niedziela, 19 marca 2017

Ukryta perła Swindon

W drugą sobotę marca pojechaliśmy do Swindon odwiedzić moją przyjaciółkę Agnieszkę. Dla Oliwki była to pierwsza w życiu podróż pociągiem. Swoją drogą w jakich to czasach żyjemy, że dziecko już leciało samolotem, a w pociągu jeszcze nie siedziało!



Z dzieckiem w pociągu

Na dworcu w Bristolu i w Swindon są windy umożliwiające ludziom podróżującym z wózkami oraz osobom niepełnosprawnym ominięcie licznych schodów. Są one jednak dosyć wolne (za wolne jak na Albina pokłady cierpliwości), w związku z czym Albin chwycił nasz wózek z Oliwką w ręce i zniósł go po schodach (dobrze, że mamy lekki wózek :))

Gdy weszliśmy na peron nasz pociąg już czekał. Nie wiedząc za bardzo gdzie możemy wsiąść z wózkiem zaczęliśmy iść do przodu pociągu. Zobaczył nas wówczas jeden z panów z obsługi i odesłał na drugi koniec składu. Był tam wagon przeznaczony dla rowerów. Zastanawiałam się czy to tam mamy zostawić wózek na czas podróży. Dosyć szybko jednak pani konduktor odesłała nas do wagonu przystosowanego dla ludzi niepełnosprawnych. Jest tam sporo miejsca, gdzie można się wygodnie z wózkiem rozsiąść. W drodze powrotnej jeszcze przed przyjazdem pociągu zapytaliśmy się obsługi, w którym wagonie możemy się ulokować i już nie musieliśmy latać w te i we w te jak nawiedzeni :)

Oliwka po raz kolejny pokazała, że płynie w niej prawdziwa podróżnicza krew.  Szybko zmieniające się krajobrazy niemal zahipnotyzowały mi dziecko. Oczka jej tylko latały z prawa na lewo za mijanymi po drodze drzewkami, domkami, samochodami. 



Po przyjeździe do domu Agnieszki zjedliśmy wczesny obiad i ruszyliśmy do parku na spacer. W Swindon byliśmy już wcześniej sporo razy i szczerze mówiąc nie jest to jakieś super ciekawe miasto. Tym razem postanowiłam jednak poszukać jakiś atrakcji i znalazłam Lydiard Park. Idealne miejsce na spacer z wózkiem w ciepły wiosenny dzień. Agnieszka potwierdziła, że jest tam całkiem przyjemnie i całą ekipą zapakowaliśmy wózek do samochodu i pojechaliśmy.

Lydiard Park

Piękna wiosenna pogoda nie tylko nas wygoniła na świeże powietrze. Park pełen był rodzin z małymi dziećmi, staruszków na spacerach ze swoimi czworonogami oraz zakochanych par. Znajdujący się przy wejściu plac zabaw tętnił życiem i rozbrzmiewał głosami szalejących po nim dzieci. Nieco spokojniej było na ścieżce wiodącej wokół jeziora, którą podążyliśmy. 



W parku poza wspomnianym już jeziorem i placem zabaw znajduje się także rozbudowany w XVIII wieku dwór, średniowieczny kościół oraz ogród. Niestety nie udało się nam odwiedzić dworu, gdyż jest on dostępny dla zwiedzających dopiero od kwietnia. Nie bardzo chciało się nam także wchodzić do ogrodu, gdyż o tej porze roku raczej nie spodziewaliśmy się tam żadnych cudów. Kościół oglądnęliśmy z zewnątrz, ale karteczka z napisem "OPEN" zachęciła nas do wejścia do środka. 

St Mary’s Lydiard Tregoze

W środku powitał nas wyczekujący turystów miejscowy przewodnik. Na pierwszy rzut oka St. Mary's Church wygląda jak wiele innych angielskich kościołów: mały, ciemny, zbudowany z kamienia. Wytarte malowidła na ścianach dały mi jednak nieco do myślenia. Zresztą chwilę później usłyszeliśmy niesamowitą historię tego malutkiego kościółka. 

Jego historia sięga aż 1000 lat wstecz. Wprawdzie obecnie jego najstarsza część pochodzi z XIII wieku, jednak już wcześniej stał w tym miejscu kościół. Został on następnie znacznie rozbudowany w XV wieku. Z tego samego okresu pochodzą niesamowite wyblakłe malowidła, pokrywające większą część ścian w nawie głównej, które przykuły moją uwagę. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje znajdujący się po prawej stronie od wejścia malunek Jezusa. Patrząc na jego żywe kolory, aż ciężko uwierzyć, że liczy on grubo ponad pół wieku. 



Przewodnik zwrócił nam również uwagę na malutkie witraże w oknach. Pochodzą one z XV wieku. Część z nich została wyprodukowana w Yorku i stamtąd przywieziona do kościoła w Lydiard, inne natomiast stworzyli flamandzcy artyści. Ciekawostką jest, że malujący je flamandzki artysta za modeli brał mieszkańców okolicznych wsi. Tym samym, wieśniacy przychodząc na mszę mogli patrzeć na swoje twarze, przez które do kościoła wpadało przytłumione światło. Najpiękniejszy witraż znajduje się we wschodnim oknie został on namalowany przez flamandzkiego artystę Abrahama van Linge w latach 1628-31. Jego piękna kolorystyka do dziś budzi zachwyt. 



W kościele znajduje się także sporo wartych uwagi rzeźb. W tym uznawana za jedną z najpiękniejszych rzeźb renesansowych w Anglii, stworzona w Londynie i stamtąd przewieziona do Lydiard – rzeźba pierwszego barona Lydiard - St John'a. Wygląda ona jak potężny grób, jednak jak zapewniał nas przewodnik pełni ona jedynie funkcje dekoracyjne. 



Przy ołtarzu natomiast znajduje się przepiękny tryptyk przedstawiający `rodziców pierwszego barona Lydiard wraz z ich dziećmi. Niestety podczas naszej wizyty tryptyk był zamknięty, ale nawet jego zewnętrzne panele robią olbrzymie wrażenie.

Wszystkie te informacje zapewne byśmy zupełnie przegapili, gdyby nie opowieści przewodnika. Jak za rękę prowadził nas przez kolejne okresy historii kościoła St Mary's, przeplatając je ciekawostkami z historii Anglii. 

Obecnie w kościele co niedzielę odbywają się msze święte. Jest on także bardzo popularnym miejscem do brania ślubów. Dla zainteresowanych organizowane są także kursy grania na dzwonach. Ich piękny, delikatny dźwięk można usłyszeć w każdy wtorek wieczorem między 19:30 a 21:00 oraz podczas niedzielnych mszy. 

Z kościoła wyszliśmy zachwyceni ilością i jakością uzyskanych informacji. Sympatyczny przewodnik miał olbrzymią wiedzę i potrafił ją przekazać w naprawdę ciekawy sposób. Kościół St Mary's zdecydowanie jest ukrytym skarbem Swindon i wizyta w nim była dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Ciekawa jestem jakie ukryte skarby macie w swoich miastach?

środa, 8 marca 2017

Kolbuszowa - z wizytą u pradziadków

Jak już Wam wcześniej wspominałam, będąc w Polsce miałam nadzieję sobie troszkę po niej pojeździć i poodwiedzać rodzinę i znajomych. Choroba Oliwki niestety mi te plany skutecznie pokrzyżowała. Ponieważ grypa na szczęście jednak nie trwa wiecznie, w końcu udało nam się na chwilę wyrwać i wyskoczyć na jeden dzień z wizytą do pradziadków Oliwki, którzy mieszkają w położonej pod Rzeszowem Kolbuszowej.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja siostra akurat jechała na jakąś konferencje do Rzeszowa i zaoferowała nam transport. Oliwka całą drogę (2 godziny) sobie słodko spała z tyłu samochodu, podczas gdy my z Gosią podziwiałyśmy mijane krajobrazy Gór Świętokrzyskich i Kotliny Sandomierskiej. Wbrew różnym pogłoskom zdecydowałyśmy się zaufać wujkowi Google i jego mapom i pojechałyśmy najkrótszą trasą przez Staszów, Połaniec i Mielec i była to zdecydowanie dobra decyzja. Drogi może i nie były w najlepszym stanie, ale ruch na nich był znikomy, a widoki po drodze malownicze.


Do pradziadków dotarłyśmy około godziny 11:00. Oliwka od razu wylądowała na rękach u babci i było jej tam tak dobrze, że do mnie wracała jedynie na karmienie i przewijanie. Dziadka natomiast uwiodła próbując bawić się jego laską. Studiowała dokładnie jej kształt i teksturę, a na koniec próbowała ją zjeść.

Historia miasta

Według legendy Kolbuszowa została założona przez zbója o imieniu Kolbusz. O zbóju tym jednak niewiele wiadomo, ani czym się zajmował, ani skąd się wziął. Wiadomo jednak, że nazwa Kolbuszowa (a właściwie Coluschowa) pojawiła się w roku 1508 w spisie posiadłości Tarnowskich z Zochowa. Korzystne położenie na szlaku handlowym z Sandomierza do Przemyśla zapewniło jej rowój i w XVI wieku Kolbuszowa była jedną z największych osad rolniczo-rzemieślniczych na terenie Puszczy Sandomierskiej.



Dużą rolę w historii miasta odegrała gmina żydowska, która powstała tutaj przed rokiem 1736. W XVIII wieku Żydzi stanowili już połowę mieszkańców, a w 1866 roku miasto przyjęło nowy herb, podkreślający koegzystencję społeczności chrześcijańskiej i żydowkiej. Składają się na niego krzyż grecki, gwiazda Dawida i splecione w uścisku dłonie.  Dawną obecność Żydów widać dzisiaj między innymi w charakterystycznej zabudowie Rynku.



Spacer po mieście

Próbując uśpić Oliwkę, wybrałam się wraz z ciocią na szybki spacer po mieście. Nie udało się nam wprawdzie dotrzeć do głównej atrakcji miasta, czyli skansenu, na co miałam sporą nadzieję, ale po drodze zobaczyłam trochę innych atrakcyjnych budynków i starych, kolorowych chat. Ciocia przedstawiła mi również miejsca ważne ze względu na rodzinną historię, jak choćby szkołę, do której uczęszczał tata Albina, czy szpital, w którym się Albin urodził. Gdy na Rynku robiłyśmy sobie zdjęcia z krokodylem, spadły na nas pierwsze krople, czającego się na nas już od jakiegoś czasu deszczu. Zakończył on przedwcześnie nasz spacer, ale Oliwka wyraźnie się ucieszyła mogąc wrócić w ramiona prababci.



Dzień spędzony u pradziadków minął nam bardzo szybko i zanim się obejrzałam Gosia dzwoniła, że wraca już z Rzeszowa i niedługo po nas przyjedzie. Do Kielc wracałyśmy w całkowitych ciemnościach. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła mojej kochanej siostry w jakieś manowce :) Podążając trasą wytyczoną przez wujka Google (tym razem wybrał nam inną drogę, niż tą którą dojechałyśmy), nagle wylądowałyśmy na wąskiej polnej drodze, która jak się zdawało prowadzila do nikąd. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... A my twardo (za moją namową) jechałyśmy dziurawą drogą. Na szczęscie po jakiś 20 minutach nasza "malownicza" (zapewne w dzień) droga, połączyła się z główną drogą do Kielc, a my mogłyśmy już bez obaw dojechać do domu. Oliwka znowu całą drogę smacznie spała i nawet w domu nie bardzo miała ochotę się budzić. Moja mała Poriomaniaczka :)

Pradziadków będzie trzeba ponownie odwiedzić podczas kolejnej wizyty w Polsce. Mam nadzieję, że wtedy korzystając z majowej pogody uda się nam w końcu dotrzeć do skansenu :)