czwartek, 16 lutego 2017

Plany planami, a życie życiem

Miałam tyle planów na mój miesięczny pobyt w Polsce. Wyjazdy, odwiedziny, spacery... Byłam mega nakręcona! Tym bardziej, że w Polsce prawdziwa zima więc może i narty i sanki z Oliwką. A już na pewno "próbowanie śniegu" przez Małą.

Jednak jak słynne już powiedzenie mówi: "Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Powiedz mu o swoich planach". Po pełnym przygód locie, spędziliśmy parę fajnych dni w Warszawie. Miałam nadzieję na jakąś wizytę w ZOO, może jakieś muzeum, jednak smog oraz ostrzeżenia przed nim skutecznie nas zniechęciły do dłuższych spacerów. Poza tym moja bratanica właśnie kurowała się po szkarlatynie, więc musiała siedzieć w domu, a że Oliwką się z nią świetnie dogaduje (o ile jest to możliwe pomiędzy 7-latką i półrocznym dzieckiem :)) stwierdziam, że dobrze im zrobi czas spędzony razem.


W piątek przyjechała moja mama nas odebrać i zawieźć do Kielc. Ruszyłyśmy w sobotę wczesnym przedpołudniem i moje cudowne dziecko, całą drogę spało jak zabite. Planowałyśmy po drodze jakąś przerwę na kawę, zakładając, że Mała, która w ciągu dnia budzi się średnio po pół godzinie snu, nie wytrzyma całej 3-godzinnej podróży. Oliwka nas jednak zaskoczyła i z przerwy wyszły nici.



A po przyjeździe do Kielc się zaczęło... Najpierw katar, po tygodniu doszedł męczący kaszel. Mama, która jest pediatrą jej posłuchała i stwierdziła zmiany w oskrzelach. W ruch ruszyła cała artyleria leków. Jeszcze z samym katarem trochę wychodziłyśmy na dwór (a to załatwić polski akt urodzenia, a to na sanki z moją siostrzenicą), no ale przy kaszlu zdecydowałyśmy, że jednak najlepiej siedzieć w domu i od dwóch tygodni nosa poza niego nie wyściubiamy.

Już trzeci tydzień przekładamy wyjazd do dziadków do Kolbuszowej oraz do mojej chrzestnej, która mieszka na wsi pod Radomiem. Mam nadzieję, że w tym tygodniu w końcu uda się nam do nich wszystkich dojechać. Jednakże z powodu choroby nici z wyjazdu, do Łodzi, na który bardzo liczyłam. Miałam również nadzieję na szybką wizytę w Krakowie, ale tutaj mój brat wybił mi to z głowy, mówiąc, że powietrze jest aż żółte od smogu.


Przed nami jeszcze wesele mojej przyjaciółki oraz chrzest Oliwki i mam nadzieję, że te plany już nie ulegną zmianie. Mała na szczęście w końcu wraca do zdrowia. katar jej już niemal zupełnie przeszedł, a kaszle tylko okazjonalnie. Tym sposobem pierwszą chorobę mamy za sobą. Może to i dobrze, że stało się to w Kielcach pod czujnym okiem babci-pediatry.

środa, 8 lutego 2017

Pierwszy lot

Gotowa do drogi :)
Muszę przyznać, że trochę się obawiałam tego dnia. Dnia, w którym Oliwka miała po raz pierwszy polecieć samolotem. Bałam się, że sobie sama nie poradzę z Małą, wózkiem i trzema bagażami (dla nie wtajemniczonych dodam, że Albin dzień później leciał do Chile, wspinać na Aconcaguę oraz trzy inne szczyty). Że Oliwka będzie mi całą drogę płakać. Że albo mnie, albo siedzących koło mnie ludzi szlag trafi. Oraz że na koniec Oliwka nie będzie chciala spać w zupełnie nowym miejscu, a ja skończę płacząc nad nią i błagając ją, żeby mi dała chociaż chwilę pospać.

Aby zmniejszyć liczbę walizek (w końcu leciałam do Polski na całe 5 tygodni), parę dni wcześniej wysłałam do brata do Warszawy paczkę z większością ubrań, nosidełkiem, laktatorem i innymi drobiazgami, których wiedziałam, że w między czasie nie będę potrzebowała. Do spakowania zostało mi trochę ubranek na zmianę dla Olwiki (na wypadek gdyby jednak paczka nie doszła na czas), ulubione zabawki, książeczki. Do tego elektronika, dokumenty, torba ze sprzętem do przewijania. Wyjątkowo jak na mnie zrobiłam to już dzień przed wyjazdem (czyli jednak dziecko uczy lepszego planowania ;) ).

W dniu wyjazdu od rana Albin dużo bawił się z Małą chcąc wykorzystać pozostały im do rozłąki czas. O 15:00 przyjechał zamówiony transport i ruszyliśmy na lotnisko. Jak zwykle w samochodzie Oliwka zafascynowana wyglądała przez okno podziwiając migające jej drzewka i lampy. I jak zwykle zaczęła przysypiać w momencie kiedy dojeżdżaliśmy na lotnisko (ma w sobie chyba jakiś czujnik tego, kiedy nie powinna spać i właśnie wtedy najczęściej nam zasypia).

Na lotnisku bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie odprawa bezpieczeństwa, gdzie zostałam skierowana do jedynej wolnej bramki, która wyglądała jakby była specjalnie przeznaczona dla osób na wózkach i rodziców z małymi dziećmi (aczkolwiek mogę się mylić). Bardzo sympatyczni panowie po kolei instruowali mnie co mam robić (sporo w życiu latałam, ale nigdy samej z taką ilością bagażu podręcznego, więc się trochę zaczęłam gubić). Taki młody chłopaczek potrzymał mi dziecko, kiedy musiałam złożyć wózek, a pani darowała mi "przemycony" w torbie dla dziecka płyn do dezynfekcji rąk.

Pozytywnie nastawiona, po tak dobrym początku ruszyłam do hali odlotów. Oliwka powoli zaczynała być zmęczona i zaczynała marudzić. Ale nie było tragedii. Uspokoiła się jak tylko zaczęłam z nią jeździć. W sumie nawet mnie to jej zmęczenie za bardzo nie dziwiło. Lot miałyśmy o 18:10, a ona normalnie chodzi spać o 18:30 i już godzinę wcześniej jest wyraźnie marudna i zmęczona.

Gdy wyświetlono nam numer bramki, z której mamy odlatywać szybkim krokiem skierowałam się w
Pożegnanie z Tatą
ich stronę. Na tym etapie Oliwce już wszystko przeszkadzało, a gdy tylko stanęłyśmy w kolejce do sprawdzenia karty pokładowej, rozdarła się na całe gardło. Nie pomagało wówczas nawet dosyć mocne bujanie. Na domiar złego okazało się, że nie odprawiłam wózka (nie wiedziałam o tym), o czym poinformowała mnie dosyć niemiła pani z obsługi Ryanair'a. Pomimo moich szczerych przeprosin i obietnic poprawy, oraz prób bycia tak miłą jak tylko potrafię mając trzy bagaże (dwie małe torby i jeden większy bagaż podręczny), wózek oraz płaczące dziecko na ręku na jej ustach nie pojawił się nawet cień uśmiechu, a jedynie dosyć sroga reprymenda, za nieprzestrzeganie procedur. Szczerze mówiąc trochę mnie wkurzyła. No, ale nic. Nie chciałam pozwolić, aby jakiś wredny babsztyl zepsuł mi humor.

Czekając na wejście do samolotu Oliwka płakała już na całego. Chciała jeść, a ja nie chciałam jej karmić wiedząc, że jeśli to zrobię padnie mi zanim wsiądziemy do samolotu. Większość ludzi patrzyła się na mnie modląc się pewnie w duchu, żebym tylko nie usiadła koło nich, ale było parę osób, które rzuciło mi współczujące uśmiechy i pełne życzliwości komentarze.

Gdy w końcu mogliśmy się ruszyć natknęłam się na... schody. Dosłownie. I nie widziałam nigdzie obok windy. Aczkolwiek muszę przyznać, że nie rozglądałam się za bardzo, gdyż Albert - chłopak, z którym jechałam taksówką i który leciał tym samym lotem do Warszawy chwycił bez słowa za wózek i pomógł mi go znieść, Lekko nie było biorąc pod uwagę, że miałam jeszcze oprócz wózka inne bagaże, ale jakoś dałam radę.

Przy schodach samolotu złożyłam i oddałam wózek oraz mój główny bagaż podręczny. W samolocie okazało się, że koło mnie siedziała młoda parka, która wraz ze znajomymi leciała do Polski do jakiejś znajomej. Nie byli zachwyceni faktem, że siedzą koło niemowlaka karmionego piersią. Wprawdzie wprost nic nie powiedzieli, ale coś tam pod nosem mruczeli i od czasu do czasu rzucali komentarze pełne dezaprobaty. I jak na złość Oliwka wcale nie chciała spać. Zasnęła wprawdzie przy starcie, kiedy dalam jej cyca, dając nadzieję na spokojny lot, ale moje szczęście trwało tylko pół godziny...

Po pół godzinie Mała się obudziła i nic nie było w stanie jej zmusić do snu. Ani co chwila podawane jedzenie, ani kołysanie. W końcu wyjęłam zabawkę i próbowałam ją w ten sposób uciszyć. Chwilowo pomogło. Na zmianę z przytykaną do ust piersią trzymały Oliwkę mniej więcej w ryzach. No cóż... nie był to rewelacyjny lot, ale nie było tragedii.

Mgła w Warszawie była taka, że płytę lotniska zobaczyłam dopiero kiedy już praktycznie jej dotykaliśmy. Jedna ze stewardess coś wspominała o złych warunkach pogodowych oraz że w związku z nimi lot może być skierowany na jakieś inne lotnisko, ale na szczęście poprawiły się one na tyle, że mogliśmy spokojnie wylądować.

To już tylko odebrać bagaż i mogliśmy iść witać się z moim bratem.

No właśnie... bagaż... Ponieważ wysiadłam jako jedna z ostatnich osób z samolotu na karuzeli zostały już tylko trzy walizki. Złapałam tą, która wyglądała na moją, otworzyłam, aby się upewnić, że to mój bagaż (zwykła czarna walizka firmy Dunlop, która w UK jest bardzo popularna), a tu w środku jakieś obce ubrania. No ale nic. Jeszcze nic nie podejrzewając poczekałam chwile i znowu zobaczyłam "moją" walizkę. Znowu ją otworzyłam, a to była ta sama walizka, którą otworzyłam przed chwilą. W tym momencie mnie tchnęło przeczucie, że chyba ktoś sobie pomylił bagaże. Zapytałam się faceta przy karuzeli czy czekają jeszcze na jakieś bagaże i oczywiście okazało się, że nie.

Jak pech to pech. Zgłosiłam "podmienienie" bagażu, co zajęło trochę czasu (o dziwo Oliwka dzielnie to zniosła bez marudzenia; chyba wiedziała, że chodzi o jej ulubione zabawki ;)) i w końcu mogłyśmy spotkać się z Witkiem i jechać do domu. Cóż by to była za pierwsza podróż jakby obyła się bez przygód? W ten sposób na pewno zapamiętam ją na długo :)