piątek, 20 stycznia 2017

Ashton Court - sobotni spacer

W sobotę od rana przywitała nas piękna zimowa pogoda: błękitne niebo, słońce i delikatny mrozik. Nie zastanawialiśmy się więc długo: jak tylko Oliwka się obudziła ze swojej pierwszej drzemki, zapakowaliśmy ją w wózek i pognaliśmy na autobus jadący do centrum Bristolu. 


Już od jakiegoś czasu przymierzaliśmy się do wycieczki do Ashton Court. Znajduje się tam ładny dwór z 1632 roku oraz duży park. W parku tym byliśmy raz podczas odbywającej się co roku fiesty balonowej, jednak w tym czasie, jak się zapewne domyślacie, tłum ludzi uniemożliwia jakiekolwiek delektowanie się widokami (no może poza widokiem balonów, które się przychodzi oglądać :)) Trzeba nam więc było wrócić, aby zobaczyć jak Ashton Court wygląda podczas dnia powszedniego.

Ponieważ mieszkamy praktycznie na obrzeżach miasta, każdy wyjazd do centrum traktujemy jak mniejszą wyprawę: pakujemy więc wszystko czego możemy potrzebować przez cały dzień. Nie mamy tutaj problemu ze standardowo zapakowaną torbą Oliwki, ale musimy pamiętać o jedzeniu i wodzie dla nas oraz aparacie (co nie zawsze jest aż tak oczywiste :)) 


Autobus jak na złość jechał baaaardzo długo... Zatrzymywał się na każdym przystanku, a ludzie wyjątkowo się ślamazarzyli kupując bilety. Na domiar złego okazało się, że na znajdującym się w pobliżu parku stadionie Ashton Gate Bristol City FC (czyli główna drużyna piłkarska z Bristolu, grająca w EFL Championship) rozpoczynała wkrótce swój mecz, w związku z czym na drodze były olbrzymie korki, spowodowane między innymi eskortą kibiców drużyny przeciwnej. 

Całe to opóźnienie nie przypadło za bardzo do gustu Oliwce, która przespawszy całą drogę, po przybyciu do parku, dobitnie nam oznajmiła, że nadeszła pora karmienia. Usiadłam więc przy stoliku, zamówiłam kawę i wystawiłam pierś na ziąb. Dobrze, że Oliwka mnie ogrzewała, to niska temperatura aż tak mi nie doskwierała :)


Pierwsze wzmianki o Ashton Court pochodzą już z XI wieku, kiedy to stojący na tym miejscu ufortyfikowany dówr został podarowany przez Williama Zdobywcę Geoffrey'owi de Montbaray - biskupowi Countances. W XIV wieku posiadłość została rozbudowana przez pochodzącego z  Francji szlachcica - Thomasa de Lions. Wówczas też został do niej dołączony park. Najdłużej, bo aż 400 lat Ashton Court znajdował się w rękach rodziny Smyth. W internecie znajduję sprzeczne informacje dotyczące sprzedaży dworu Thomasowi Smyth (1495 lub 1545 rok). W roku 1946 zmarła Esme Smyth - ostatnia właścicielka Ashton Court. Od tego czasu przez 13 lat stał opuszczony, ale już w 1959 roku został wykupiony i zrestaurowany przez Bristol City Council. Obecnie jest to popularne miejsce weekendowych spacerów dla mieszkańców Bristolu. 

Miejsce jest idealne na spacery (piękne widoki na Bristol, ładne ścieżki, stare drzewa i park jeleni) ale Oliwka jakoś nie była w humorze. Pomimo, że sprawdziliśmy jej wszystkie systemy (jedzenie, pielucha, spanie) cały czas nam marudziła. Trochę niby przysypiała, ale co i rusz się budziła pomrukując pod nosem. Najwyraźniej nie spodobał się jej nasz pomysł spędzenia ładnej soboty. Do tego niebo się nieco zachmurzyło i nawet spadło na nas trochę deszczu. Postanowiliśmy być jednak twardzi i dokończyć nasz zaplanowany spacer. Doszliśmy sobie (może nieco szybszym niż nornalnie krokiem) do Clifton Bridge, a potem przez Clifton zeszliśmy do centrum miasta, skąd wróciliśmy do domu.


No cóż... jak widać nawet dziecko Poriomaniaków nie zawsze ma nastrój na wycieczkę i czasem sobie trochę pomarudzi. W końcu jak każdy jest człowiekiem (tylko nieco mniejszym) i ma prawo do swoich humorków. Mam jednak nadzieję, że jej tak nie zostanie i jednak polubi zwiedzanie :)

sobota, 14 stycznia 2017

Paszport tymczasowy dla niemowlaka

Do Londynu pojechaliśmy w bardzo konkretnym celu: aby wyrobić Oliwce paszport. I o ile nigdy nie miałam problemów z wyrobieniem sobie paszportu, o tyle jeżeli chodzi o Oliwkę, zaginęłam w informacjach zamieszczonych na stronie polskiej ambasady. I nawet nie chodziło tutaj o sam paszport (tutaj procedura jest dosyć prosta), a o PESEL. 

Na stronie ambasady przeczytamy, że:

"W przypadku gdy małoletni urodzony na terenie Wielkiej Brytanii nie posiada odpisu polskiego aktu urodzenia, należy w pierwszej kolejności przeprowadzić procedurę wpisania brytyjskiego aktu urodzenia dziecka do polskich ksiąg stanu cywilnego. Można tego dokonać m.in. za pośrednictwem najbliższej rodziny w Polsce lub za pośrednictwem działu prawnego Wydziału Konsularnego."

No dobra, niby wszystko pięknie, ale jak możemy tego dokonać za pośrednictwem rodziny? Jakie są wówczas procedury i jakie dokumenty są wymagane? Tych infomracji na stronie ambasady już nie znajdziemy. Znalazłam jedynie informacje jak można się ubiegać o numer PESEL w ambasadzie, ale też był to jakiś urzędniczy bełkot. 

Od znajomej natomiast dowiedziałam się o możliwości wyrobienia paszportu tymczasowego dla dziecka które nie ukończyło roku. Jednak i w tym przypadku strona ambasady nie była zbyt pomcna:

"(...) w szczególnie uzasadnionych przypadkach dopuszcza się wydanie przez konsula paszportu tymczasowego małoletniemu urodzonemu za granicą bez zamieszczania w tym paszporcie numeru PESEL. Wydział Konsularny Ambasady w Londynie wydaje takie dokumenty wyłącznie w szczególnie uzasadnionych przypadkach dla dzieci które nie ukończyły 1 roku życia."
Co to znaczy "szczególnie uzasadniony przypadek"? Czy fakt, że rodzice są sieroty i nie bardzo wiedzą jak się o ten PESEL ubiegać jest wystarczającym uzasadnieniem?

W końcu pomógł nam e-mail do ambasady, gdzie udzielono mi informacji, że bez numeru PESEL możemy się starać o paszport tymczasowy bez zbędnego tłumaczenia (czyli chyba jednak takich rodzców-sierot mają więcej :))

Najpierw na stronie www.e-konsulat.gov.pl musimy zarezerwować wizytę w konsulacie. Przy ubieganiu się o paszport tymczasowy wybieramy opcję "paszport 5-letni" i w miejscu numeru PESEL wpisujemy swój numer.

Dokumenty, których potrzebujemy do wyrobienia paszportu tymczasowego to:
  • wypełniony wniosek paszportowy (do wypełnienia na miejscu w ambasadzie)
  • brytyjski akt urodzenia
  • jedna fotografia dziecka (kolorowa 3,5x4,5cm, na jasnym tle; wymagania są generalnie takie same jak do paszportu brytyjskiego więc takie zdjęcie można zrobić w większości punktów, gdzie wykonywane są zdjęcia paszportowe w UK; ja na wszelki wypadek dzwoniłam aby się upewnić, że robią zdjęcia małym dzieciom: Oliwka została położona na takiej śmiesznej białej poduszcze i miły pan zrobił jej zdjęcie od góry - to tak jakby ktoś się zastanawiał jak się robi maluszkom zdjęcie do paszportu)
  • ważne paszporty lub w przypadku obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej ważne dowody osobiste rodziców rodziców lub opiekunów prawnych dziecka.
  • Odpis skrócony aktu małżeństwa - my swój przywieźliśmy, ale nikt się o niego nie pytał, a wręcz gdy zapytałam się czy jest potrzebny to usłyszałam, że niekoniecznie :)
Na stronie ambasady jest również napisane, że należy napisać podanie do Konsula z wyjaśnieniem powodu wnioskowania o paszport  dla dziecka na podstawie zagranicznego aktu urodzenia. Nie mieliśmy takiego podania ze sobą i nikt się nas o nie nie pytał. 

My zarezerwowaliśmy sobie wizytę w punkcie paszportowym Londyn POSK. Oczywiście, jakoś nie przyszło mi do głowy, że jest to w zupełnie innym miejscu niż ambasada. Przyjeżdżając do Londynu sprawdziliśmy gdzie jest ambasada i jak się do niej dostać. Całe przedpołudnie się włóczyliśmy po centrum, mając w planie na spokojnie sobie podejść bądź podjechać do ambasady, która znajduje się w pobliżu Muzeum Madame Tussaud. 

Około południa stwierdziłam, że jeszcze raz sprawdzę gdzie dokładnie mamy się dostać i spojrzałam na maila, z potwierdzeniem wizyty. I tutaj surprise! POSK znajduje się na Hammersmith w zachodnim Londynie! Dobrze, że mnie tchnęło, bo inaczej nie mielibyśmy szansy dostać się tam na czas, gdyż dojazd tam z centrum zajmuje około pół godziny. Szczęsliwie mieliśmy wystarczająco czasu, więc złapaliśmy granatową linię metra i jeszcze nawet starczyło nam czasu na kawę i karmienie w pobliskim Nero (chociaż z miejscami było kiepsko, bo akurat pora lunchu). 

W POSK-u bardzo miła atmosfera. Zostaliśmy serdecznie przywitani przez pana w recepcji, który od razu skierował nas do okienka do pana Konsula. Poza nami nie było innych petentów, więc na spokojnie wypełniliśmy wniosek, złożyliśmy dokumenty u sympatycznego  pana Konsula i jeszcze tylko musiałam podbiec na pocztę, aby uiścić opłatę za paszport. Chyba miałam na twarzy wypisane, po co tam przyszłam, albo Konsul wysyła na tą pocztę naprawdę dużo ludzi, gdyż jak tylko weszłam usłyszałam:

"Przyszłaś z POSK-u zapłacić za paszport, prawda?"

I wszystko jasne. Nie musiałam nic tłumaczyć, opłata została sprawnie dokonana. Po powrocie do POSK-u natknęłam się na Albina otoczonego wianuszkiem starszych pań, które do UK najwyraźniej przybyły w okolicy II Wojny Światowej, które zachwycały się naszą Oliwką. Chwilę mnie nie ma, a Albin już wyrywa laski na dziecko ;)

Po tak mile zakończonej wizycie pora nam była wracać do domu. Jeszcze tylko na koniec dodam, że od znajomej słyszałam, że w ambasadzie, atmosfera jest zupełenie inna, ludzie niemili, tłok, gwar i kolejki. Więc jeśli wybieracie się do Londynu tylko po paszport dla dziecka poniżej 12-go roku życia to zdecydowanie polecam POSK. 

Ciekawa jestem jak wyglądają Wasze doświadczenia z różnych placówek dyplomatycznych na świecie :)

czwartek, 5 stycznia 2017

Londyn z niemowlakiem

Sprzątam mieszkanie. Dokładnie. Po nocy. A to może oznaczać tylko jedno: ruszamy w drogę! Sprzątanie jest u mnie typowym objawem raisefieber, czyli gorączki przedwyjazdowej. Sama nie wiem skąd się to bierze, ale chyba stąd, że uważam, iż nie ma nic gorszego niż powrót do domu po urlopie do brudnego domu. 

Tym razem wyjazd był tylko jednodniowy, ale potrzebowałam go jak tlenu do życia. Praktycznie od lutego, kiedy to byliśmy na Litwie, mało się poza Bristol ruszałam (nie liczę tutaj wypadu do Polski na wesele kuzynki). Ciąża, a potem malutkie dziecko jakoś nie sprzyjały dalekim podróżom. Tym bardziej, że chciałam oszczędzić przysługujące mi dni urlopu wypoczynkowego i dołączyć je do mojego urlopu macierzyńskiego. 

Wyjazd do Londynu był podyktowany koniecznością wyrobienia Oliwce paszportu, ale i tak cieszyłam się na niego jak małe dziecko. Posprzątałam chałupę, porobiłam nam jedzenia jakbyśmy mieli jechać na cały tydzień, spakowałam plecaki z rzeczami dla nas i dla Oliwki. Jak to jednak ze mną bywa najważniejszą rzecz, czyli dokumenty potrzebne do wyrobienia paszportu zostawiłam na sam koniec, kiedy to Oliwka już spała, co wywołało małą kłótnię pomiędzy mną i Albinem. 

Na szczęście do rana nam przeszło i długo przed świtem zebraliśmy siebie i ciągle śpiącego Maluszka do samochodu. Termometr pokazywał -8°C, wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą białego szronu. Na autostradzie panował znikomy ruch (i o to nam chodziło!), a Oliwka spała w swoim foteliku jak dziecko.

Do Londynu udało się nam dojechać około 7:00. Zaparkowaliśmy na Park&Ride przy stacji Hounslow West, jeszcze w samochodzie Małą nakarmiłam, przebrałam i ruszyliśmy na podbój stolicy. 

Muszę przyznać, że miałam sporo obaw związanych z wyjazdem. W końcu to nasza pierwsza "wyprawa". Oliwka miała spędzić cały dzień w nosidełku, co jeszcze do tej pory się jej nie zdarzyło. Nie wiedziałam czy wzięłam dla niej odpowiedni zestaw ubrań (szczególnie, że mróz nie odpuszczał, co w Anglii za często się nie zdarza). No i w ogóle czy dobrze zniesie jazdę i cały dzień poza domem. Moje obawy okazały się jednak zupełnie bezpodstawne. Mała jest taką samą poriomaniaczką jak my i przez cały dzień zachowywała się doskonale. 

Bardzo spodobała się jej podróż metrem. Podziwiała widoki za oknem (kiedy coś było widać) oraz ludzi w pociągu. Gdy wysiedliśmy w centrum, kołysanie nosidełka niemal natychmiast ją uśpiło. Spała prawie trzy godziny, podczas których my sobie połaziliśmy oglądając miasto (wprawdzie mieszkaliśmy tutaj przez prawie rok, ale Londynu chyba nigdy nie ma się dosyć jeżeli chodzi o zwiedzanie!). Leicester Square, Covent Garden, St Paul's Cathedral, Waterloo Bridge, London Eye. Po trzech godzinach głośnym płaczem Oliwka zakomunikowała nam, że pora zrobić sobie przerwę na kawę i ją nakarmić. Na szczęście w Londynie kawiarni jest całkiem sporo więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. Chwila odpoczynku, zabawa z Bąblem, aby potem ruszyć w dalszą drogę.

Tym razem nosidełko przejął ode mnie Albin, a miarowe kołysanie znowu kojąco wpłynęło na naszego Maluszka, który niemal natychmiast zasnął jak tylko ruszyliśmy. Kolejnej przerwy Mała zażyczyła sobie przy Pałacu Buckingham. I tutaj niesety zonk, bo kawiarni jak na lekarstwo. Dookoła parki (St. James i Green Park) i aby coś znaleźć musieliśmy dosyć szybkim krokiem przejść przez cały Green Park. Oliwka trochę sobie pomarudzila, ale gdy tylko dostała cyca w Nero Cafe od razu poprawił się jej humor i podobnie jak poprzednim razem, po chwili zabawy była gotowa na dalszą drogę. 

Spokojnym krokiem wróciliśmy sobie pod Piccadilly Circus skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Odwiedziliśmy nowootwarty sklep Lego (bardzo polecamy!), gdzie od usłyszeliśmy, że nasze dziecko będzie bardzo szczęśliwym człowiekiem mając takich radosnych rodziców :), naszą ukochaną księgarnię podróżniczą Stanfords, gdzie kupiliśmy Oliwce kolorową książeczkę o Londynie i powłóczyliśmy się po China Town. 

Gdy przyszła pora ruszać nam do ambasady, po ponownym sprawdzeniu adresu, okazało się, że wizytę mamy jednak umówioną nie w ambasadzie, a w siedzibie POSK na Hammersmith. Dobrze, że wcześniej to sprawdziłam! Ponowna przejażdżka metrem, kawa i karmienie oraz wizyta u konsula. Będąc na Hammersmith miałam nadzieję spotkać się z koleżanką z byłej pracy, ale ponieważ nie dałam wcześniej znać, że będę (bo przecież nie wiedziałam...) okazało się, że miała ona akurat spotkanie w czasie lunchu. 

Chcąc uniknąć godzin szczytu zaraz po złożeniu wniosku o paszport ruszyliśmy z powrotem do samochodu. Tym razem utknęliśmy trochę w korku przy wyjeździe z Londynu. co nie bardzo się Oliwce spodobało. Płakała, a ja nie bardzo mogłam cokolwiek zrobić poza głaskaniem jej po główce... Na szczęście jak tylko ruszyliśmy w drogę Mała znowu zasnęła i poza krótką przerwą na zatankowanie benzyny i skorzystanie z toalety spała już do samego domu. 

Porady praktyczne:

Dojazd: my zdecydowaliśmy się na wynajęcie samochodu i skorzystanie z tutejszych park & ride. Bardzo dobrą wyszukiwarkę parkingów znajdziecie tutaj: http://parkandridelondon.com/ Zaznaczacie skąd jedziecie i gdzie w Londynie chcecie się dostać, a wyszukiwarka pokazuje Wam najdogodniejszy parking wraz z cenami. Oczywiście do Londynu można również przyjechać pociągiem lub autobusem (Megabus lub National Express). Wówczas wysiadacie w samym centrum miasta i dojazdami się już nie przejmujecie. 

Poruszanie się po mieście: Już kiedy mieszkaliśmy w Londynie zwróciliśmy uwagę jak nieprzyjazne wózkom jest to miasto. W metrze tylko na niektórych stacjach są windy i udogodnienia dla osób niepełnosprawnych. Stąd nasza decyzja o wzięciu nosidełka, która sprawdziła się w 100%. 

Jeżeli planujecie poruszać się transportem miejskim (pod tym względem Londyn jest dla mnie najlepiej zorganizowanym miastem na świecie i naprawdę ciężko się tu zgubić) zaopatrzcie się w kartę Oyster, dzięki której będziecie mniej płacić za pojedyncze przejazdy (jest na niej także dzienny limit, powyżej którego nie płacicie za bilety) lub w bilet całodzienny. Za kartę Oyster płaci się £5 depozytu, który zostanie Wam zwrócony przy oddaniu karty w kasie. 

Z karmieniem nigdzie, poza samą okolicą Buckingham Palace, o czym już pisałam, nie miałam problemów. Kawiarni wszędzie mnóstwo. A gdyby było lato, to i w parku na ławce bym nakarmiła. My natomiast jedliśmy trochę w biegu, ponieważ chcąc nieco oszczędzić pieniądze przygotowałam dla nas wałówkę na cały dzień. 

W następnym poście opowiem Wam jak wyglądają procedury wyrobienia paszportu dla dziecka za granicą oraz jak przebiegała nasza wizyta w konsulacie. Jeżeli w międzyczasie macie jakieś pytania dotyczące Londynu, dajcie znać a ja postaram się na nie wszystkie odpowiedzieć (także na podstawie mojego doświadczenia kiedy to jeszcze bez dziecka mieszkałam w Londynie).

ZDJĘCIA LONDYN

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Sylwestrowo

Międzybrodzie Żywieckie, 2004 - nasz pierwszy wspólny Sylwester. Całodniowa wędrówka po górach zakończona imprezą sylwestrową do białego rana. Pyszny grzaniec z owocami i ognisko następnego dnia.

Gdańsk, 2005 - wycieczka kolejowa po zamkach. Zakończony przedwcześnie sylwester na rynku z Dodą w roli głównej. Rozmowa z żulikiem w kolejce po kebaba. Deszcz. Nocleg na dworcu skąd niemal zostaliśmy wygonieni jako bezdomni przez SOK. Pani Moher walcząca o nasze prawa.

Białka Tatrzańska, 2006 - sylwestrowy wyjazd z najlepszą kielecką ekipą. Kompot jagodowy o wyglądzie spirytusu. Śmiganie na nartach po okolicznych stokach. Niekompetentni kelnerzy w drogiej knajpie. Pijackie wieczory ze wspaniałymi ludźmi.

Manchester, 2007 - nocna zmiana w hotelu. Telewizor nastawiony na oglądanie fajerwerków w Londynie. Gość za dwie dwunasta chcący kupić butelkę wina. Nici z fajerwerków. Od 00:15 wszyscy chcą jeść. Praca wrze.

Londyn, 2012 - północ na dachu - tarasie naszego domu. Szampan. Oglądanie fajerwerków nad miastem i obietnica, że już nigdy więcej nie spędzimy samotnie Sylwestra w domu.

Nasz widok z okna w Londynie

Paragwaj, 2013
 - piwo udające szampana, 12 winogron i pięć fajerweków na krzyż po argenytyńskiej stronie rzeki.


Bristol, 2016 - czapeczki, baloniki i seria zdjęć robiona z Małą o 18:00. Wieczór przy grze planszowej z moją mamą. O północy sok ze świeżo wyciśniętych owoców robiący za szampana, tradycyjne już 12 winogron i oglądanie fajerwerek przez okno oraz na laptopie z Londynu. Najlepszy Sylwester ever!