niedziela, 25 grudnia 2016

Pierwsze święta

Nasza Gwiazdka w tym roku świeci jaśniej niż zazwyczaj. Świeci uśmiechem małego brzdąca, którego wielkie oczy błyszczą uroczo kiedy spogląda na rozświetloną choinkę. Świeci miłością, której doświadczamy w troskach i radościach każdego dnia. Świeci szczęściem, którego nigdy wcześniej nie doznaliśmy w takim natężeniu.

I tego też Wam życzymy nasi drodzy czytelnicy: miłości, szczęścia i radości na codzień. Odnajdywania ich nie tylko podczas wielkich podróży czy też wielkich wydarzeń w Waszym życiu, ale także w szarej prozie dnia.

My w tym roku święta spędzamy w skromnym gronie w naszym nowym mieszkanku. W zależności od pogody mamy nadzieję sobie pospacerować, może odbyć jakieś krótkie wycieczki do Bristolu czy Bath, najeść się po uszy i nacieszyć się sobą nawzajem.

W związku z (przed)świątecznym rogardiaszem dzisiaj u nas króciutko.

Wesołych Świąt!


czwartek, 15 grudnia 2016

Piechotą do Bath

Uwielbiam chodzić. Najlepiej uświadomiłam to sobie chyba podczas długiego 11-dniowego trekkingu w Peru z Choquequierao do Machu Picchu. Pamiętam jak przemierzając kolejne kilometry myślałam sobie, że jest to zdecydowanie moja ulubiona forma aktywności i jak to bym mogła przejść świat dookoła (tylko jak zwykle to bywa brak czasu i pieniędzy...). 

Z chodzeniem zresztą związana jest jedna z ulubionych anegdot mojej mamy z okresu kiedy miałam jakieś 2 lata. Mój tata wybrał się wówczas z jakimś swoim znajomym na spacer do lasu, a ja na moich malutkich nóżkach dzielnie za nimi podążałam przez naprawdę długi czas. Chodzenie miałam jak widać we krwi od urodzenia :)

Dlatego zawsze jak widzę jakiś szlak to zawsze mam nieodpartą ochotę go przejść. Gdy przeanalizujecie moją Listę Marzeń, to zobaczycie, że całkiem sporo z nich jest związanych z uchodzeniem.

Tak właśnie było ze ścieżką rowerową, o której Wam pisałam w poprzednim poście. Wprawdzie już nie raz i nie dwa przejechałam ją na rowerze, ale już od dłuższego czasu chodziło mi  po głowie ukończenie jej pieszo. Czekałam więc na odpowiedni dzień: musiało być słońce (szczęśliwie w tym roku trafiła się nam piękna złota angielska jesień :)), ja musiałam nie mieć żadnych planów (z tym już było gorzej, bo od kiedy jestem na urlopie macierzyńskim ciągle się z kimś umawiam), no i Albin musiał mieć dzień wolny w pracy (zawsze to raźniej iść z kimś z kim można porozmawiać, bo Oliwka póki co chociaż bardzo się stara, średnio się do tego nadaje :)). 

W końcu na początku listopada udało się nam zebrać i ruszyliśmy w drogę. Pogoda dopisywałą, podobnie jak humory. Ponieważ był to środek tygodnia ruch na ścieżce był dosyć ograniczony, co było nam bardzo na rękę.

Na trasie

Po drodze minęliśmy dawne stacje kolejowe:

Warmley - bardzo popularne miejsce odpoczynku na ścieżce; na dawnym peronie znajduje się kawiarnia, w której przy ładnej pogodzie ciężko o miejsce. Przy stolikach porozstawiane są miski dla psów, a przy kasie można swojego czworonoga poczęstować darmową smakoszką

Bitton - jedyna w pełni zrekonstruowana stacja na trasie. Kilka razy w tygodniu odjeżdża stąd kolej parowa, regularnie organizowane są różnego rodzaju imprezy, znajduje się tu mały sklep z pamiątkami (głównie dla miłośników historii kolei) i oczywiście kawiarnia.


Kelston - stacja, która nigdy nie powinna powstać. Została wybudowana dzięki panu Inigo Jones, który mieszkał w Kelston, i od którego to Midland Railway musiało wykupić ziemię, aby poprowadzić linię do Bath. Inigo zgodził się ziemię sprzedać pod warunkiem, że władze wybudują stację w miejscu, które będzie dogodne dla jego wioski. I nie miało tu znaczenia, że do stacji  nie prowadziła żadna droga, a potencjalni pasażerowie musieli dochodzić do niej pieszo. Pan Jones miał również prawo zatrzymania jakiegokolwiek pociągu Midland Railway pod warunkiem, że zawiadomi ich z 24 godzinnym wyprzedzeniem. Jego ostatnim warunkiem było, to żeby stacja nigdy nie została zamknięta... No cóż... chyba ciężko było wówczas przewidzieć, że cała linia zostanie zlikwidowana...

Po drugiej stronie rzeki od stacji Kelston znajduje się urocza miejscowość Saltford, której nazwa prawdopodobnie pochodzi od słonych wód, które pojawiały się w rzece Avon podczas wyjątkowo wysokich przypływów. 

W Saltford zatrzymaliśmy się na w pubie Bird in Hand na lunch. Przypuszczam, że latem, kiedy można sobie usiąść na zewnątrz jest to bardzo przyjemne miejsce dla rodzin z dziećmi, jednak kiedy my przyszliśmy chcąc usiąść w środku, aby się nieco zagrzać zostaliśmy skierowani do części dla rodzin, która jednak nie była zbyt przyjemna... Była to pierwsza wizyta Oliwki w pubie (wcześnie zaczyna!) i chyba jej się podobało. Jak zwykle kiedy jesteśmy w jakimś nowym miejscu oczka jej latały na prawo i lewo przede wszystkim obczajając wszystkie światełka dookoła.


Po zjedzeniu pożywnej zupy ruszyliśmy dalej w drogę. Niebo zasnuły chmury i zrobiło się nieco chłodniej, ale jakoś specjalnie nam to nie przeszkadzało. Mi natomiast zaczęły się dawać we znaki nogi. Wprawdzie codziennie chodzę na dosyć długie spacery jednak 10 km żwawym krokiem było dla mnie swoistym wyzwaniem. A przed nami była jeszcze połowa drogi. 

Od Kelston aż do samego Bath nie ma już więcej stacji kolejowych, ale w zamian za to drzewa rosnące wzdłuż ścieżki tworzą prześliczne korytarze, a w prześwitach można podziwiać piękne widoki na znajdującą się poniżej dolinę rzeki Avon. 


Po mniej więcej 5 godzinach marszu i przejściu w sumie nieco ponad 20km dotarliśmy do Bath. Jest to małe miasteczko, które zostało założone już w czasach rzymskich (około 60 r. n.e.). Co roku odwiedza je 3.8 mln osób, co czyni je jednym z najbardziej popularnych miejsc turystycznych w Wielkiej Brytanii. 

Tym razem byliśmy w Bath tylko na chwilę, więc nie będę się o nim za bardzo rozpisywać. Tym bardziej, że ze względu na swą urodę i znaczenie zasługuje na oddzielny wpis. W Bath złapaliśmy autobus do Bristolu. 

Oliwka całą drogę zachowywała się bardzo dobrze. Przez większość czasu smacznie sobie spała, krzykiem dając nam znać, że zgłodniała i pora ją nakarmić. 

Karmienie piersią

Nie było łatwo zacząć. Miałam całe mnóstwo momentów, kiedy miałam ochotę dać sobie spokój i przejść na mleko modyfikowane. Mała nie przybierała na wadze, nie umiała się dossać, mi nie bardzo chciał lecieć pokarm... Na szczęście w Wielkiej Brytanii istnieją grupy wsparcia dla kobiet karmiących i po paru wizytach, poradach i dużej dawce cierpliwości (oj, tej to potrzeba przy dziecku...) udało mi się wyjść na prostą i teraz karmię Oliwkę tylko piersią. 

O zaletach mleka matki, chyba nie mam się co rozpisywać, bo wszędzie o tym trąbią (zwiększona odporność dziecka, mleko zmienia swój skład wraz z wiekiem dziecka, porą roku, a nawet porą dnia, wygoda - to tylko niektóre plusy, dla tych co jednak o karmieniu piersią za wiele nie wiedzą). Obserwuję ostatnio w Polsce dyskusję na temat karmienia piersią w miejscach publicznych. I szczerze mówiąc nieco mnie ona drażni. Jak wiecie należę do osób, które nie potrafią siedzieć w domu. Czy w związku z tym mam przestać karmić piersią? Albo karmić dziecko w toalecie? (ludziom, którzy używają takich argumentów proponuję niech sobie zjedzą swój obiad w toalecie publicznej. Smacznego!) W związku z powyższym pozostaje mi karmienie publiczne. Czy się z tym obnoszę? Nie. Staram się zazwyczaj siadać gdzieś na uboczu, chusty nie używam, bo raz próbowałam i skończyło się na tym, że Oliwka była cała czerwona i zgrzana, a na jej komforcie jedzenia też mi zależy, ale zawsze staram się przykryć jak największą część piersi bluzką i szczerze mówiąc wydaje mi się, że za dużo to osoby postronne nie zobaczą. No może kawałek sutka kiedy mała się pzyłącza lub odłącza (o zgrozo!)

Pamiętam wprawdzie pierwszy raz kiedy miałam nakarmić Oliwkę na ławce i jak się wówczas stresowałam. Nie jest to komfortowa sytuacja i jeśli mogę, to zawsze wolę karmić w domu, ale jednocześnie nie daję się ograniczać. Obecnie wydaje mi się, że doszłam w miarę do wprawy w karmieniu bez urażania nikogo (chociaż tak naprawdę sama nie wiem jak karmienie piersią mogłoby kogoś urazić skoro jest to tak naturalne zjawisko?) i jeśli trzeba karmię wszędzie: w parku, w restauracji, w centrum handlowym czy w centrum miasta. Wygoda niesamowita i jeśli tylko się da polecam każdej młodej matce :)

I co, czy tak dużo widać??

czwartek, 8 grudnia 2016

Spacernik

Nie potrafię usiedzieć w miejscu. No nie potrafię. Od kiedy tylko wyszłam ze szpitala po cesarskim cięciu, z małym tobołkiem w postaci Oliwki pod pachą, codziennie ruszam w trasę. Czasami są to spacery dłuższe, czasami krótsze. Czasami idziemy po prostu przed siebie, czasami na kawę z koleżanką lub na zakupy. Czasami wychodzimy na niemal cały dzień, aby innym razem wyjść na krócej, za to dwa razy. Jednak jedno jest pewne: od kiedy Mała pojawiła się na świecie, a ja dostałam zielone światło na chodzenie, nie było jeszcze dnia, żebyśmy cały dzień siedziały w domu.

Pierwszy spacer - Oliwka ma tutaj 6 dni

Jedną z naszych ulubionych tras spacerowych jest znajdująca się niedaleko od naszego domu ścieżka rowerowa prowadząca z Bristolu do Bath. Kiedyś jeździłam nią na rowerze do pracy lub do miasta. Kiedyś to Albin codziennie zmagał się z nieprzewidywalną angielską pogodą dojeżdżając do pracy do Bath 16 km.

Teraz przemierzamy ją kilka razy w tygodniu witając się z mijanymi po drodze ludkami, którzy akurat wyprowadzają swoje czworonogi na spacer, wypatrując wiewiórek skaczących po drzewach lub latających między krzewami ptaków.

Bristol - Bath Railway Path
Na ścieżce rowerowej

Ścieżka rowerowa z Bristolu do Bath została utworzona w 1979 roku na dawnej lini kolejowej łączącej Bristol z Bath. Pierwsza część tej lini (Bristol do Mangotsfield) została otwarta już w roku 1835 i była jedną z najstarszych lini kolejowych. Używano na niej wówczas koni, które wykorzystując grawitację przeciągały węgiel wydobywany w kopalniach w Kingswood do portu w centrum Bristolu.

Druga część lini, łącząca stację Mangotsfield z popularnym kurortem Bath została natomiast otwarta w roku 1869. Nigdy nie miała ona większego znaczenia, ale przez wiele lat zapewniała dobre połączenia kolejowe mieszkańcom Birmingham wybierającym się na wakacyjny wypoczynek do dawnych łaźni rzymskich. Linia została oficjalnie zamknięta w roku 1966, ale jeszcze przez parę lat była wykorzystywana do transportu niewielkich ilości węgla.

Obecnie trasa ta jest bardzo popularna wśród mieszkańców Bristolu (odbywa się na niej ponad milion przejazdów rocznie). W weekendy, szczególnie przy ładnej pogodzie pełno na niej rowerzystów, biegaczy, ludzi wyprowadzających psy czy tak jak my po prostu spacerujących. W godzinach dojazdów i powrotów z pracy trzeba na niej nieźle uważać aby nie zostać potrąconym przez jednego z pędzących przed siebie cyklistów, a ruch jest wówczas jak na najprawdziwszej rowerowej autostradzie.

Co na spacer?

Oliwka jest naszym pierwszym dzieckiem i chyba jak wszyscy początkujący rodzice po przyjściu Małej na świat czuliśmy się zupełnie zagubieni. Nawet zwykłe wyjście na spacer było dla nas swoistym wyzwaniem. Tym bardziej, że pogoda była... dziwna... Wyglądaliśmy za okno, gdzie na niebie wisiały ciemne chmury, było szaro, buro i ponuro. Naprawdę wydawało się zimno. Pomimo sierpnia zakładaliśmy więc długie rękawy, czasami swetry, kurtki, a Małą zgodnie z zasłyszanymi zasadami ubieraliśmy w jedną warstwę więcej niż nas samych. Wychodziliśmy na dwór, a tam, pomimo chmur i smętnej pogody było całkiem gorąco. Na tyle gorąco, że rozbieraliśmy się do krótkich rękawków. I oczywiście rozbieraliśmy Małą. Odkrywaliśmy kocyki, którymi ją poprzykrywaliśmy, zdejmowaliśmy kurteczki, sweterki. Tak więc już ubieranie jej na spacer było wyzwaniem.

Podobnie było z pakowaniem torby do wózka. Czego my tam nie napakowaliśmy! Z czasem dopiero udało się nam ogarnąć podstawowy zestaw minimum, który zawsze ze sobą zabieramy:


dla dziecka (3 miesiące):

  • matka do przebierania
  • pielucha tetrowa do położenia na matce (żeby Małej było przyjemniej leżeć :) )
  • pielucha tetrowa do wytarcia ławki (szczególnie przydatna na spacery rano lub po deszczu)
  • pieluchy na zmianę (zazwyczaj staramy się mieć przynajmniej trzy)
  • chusteczki wigotne (przydają się nie tylko do wytarcia pupy dziecku, ale także na przykład do wytarcia brudnego stolika w kawiarni)
  • chusteczki higieniczne
  • ubranko na zmianę (już nie raz mi się zdarzyło, że Małą trzeba było przebierać, bo zawartość pieluchy się wydostała na zewnątrz)
  • dwie zabawki dla Małej (doszły do zestawu stosunkowo niedawno; jedna, którą sobie może złapać w rączkę i druga kolorowa, którą można jej pomachać nad głową, popiszczeć nią, a Oliwka może ją do tego próbować chwycić rączkami)
  • pokrowiec przeciwdeszczowy na wózek
dla matki:
  • butelka z wodą (nawadnianie się jest szczególnie ważne przy karmieniu piersią, a niestety czasami zdarza mi się o wodzie zapominać)
  • przekąski (zwłaszcza jeśli wybieramy się na dłuższy spacer)
  • Kindle (na wypadek jakby jednak mi się nie chciało chodzić, albo jakbym miała na kogoś czekać, a także na podróże autobusem do centrum)
  • telefon
  • klucze do domu
  • parasolka
  • aparat
Nasza torba spacerowa i jej skład na każdą (niemal) okazję

Oczywiście zestaw spacerowy ewoluuje w zależności od wieku dziecka i pory roku, a na dodatek dla dzieci karmionych butelką trzeba pamiętać aby zabrać ze sobą jedzenie. Na tym między innymi polega wygoda karmienia piersią: jedzenie jest zawsze na miejscu :)

Tak zaopatrzeni możemy ruszać na nawet najdalszy spacer. My najczęściej chodzimy między 5 a 10km dziennie, ale zdarzają się i dłuższe spacery. Chyba zresztą jeszcze mi się nie zdarzyło iść na spacer krótszy niż 45min. Mała na spacerach śpi dużo lepiej niż w domu więc służą one zarówno mi, jak i jej. Jak widać rośnie z niej prawdziwa Poriomaniaczka :)

piątek, 2 grudnia 2016

Nowa

Długo nas tu nie było... Co nie znaczy, że u nas się nic nie działo. Wbrew przeciwnie. Działo się dużo. Bardzo dużo. Chyba po prostu za dużo żeby w tym wszystkim jeszcze znaleźć czas na bloga (tym bardziej, że w tym całym zamieszaniu i liczba wyjazdów się znacznie zmniejszyła). 

A co się takiego działo, że ograniczyło wyjazdy takich Poriomaniaków jak my? Na liście są dwa wydarzenia. Oba związane z moją Listą Marzeń. Po pierwsze zaszłam w ciążę. Wprawdzie nie z trojaczkami jak mi się marzyło, ale patrząc na to z obecnej perspektywy po raz kolejny mogę sobie powiedzieć: uważaj o czym marzysz! W sierpniu na świecie pojawiła się nasza mała Kung-fu Panda  - Oliwka. 

W związku z powiększeniem rodziny musieliśmy także powiększyć nasz metraż. Mając dosyć wynajmowania kolejnych mieszkań i spłacania ludziom ich kredytów postanowiliśmy sami coś kupić. Niestety nie stać nas było na wymarzony domek z ogródkiem, ale udało się nam znaleźć całkiem przyzwoite mieszkanie z prześlicznym widokiem na wzgórza Costwold. Załatwianie wszystkich papierków i urządzanie naszego nowego gniazdka zajęło nam tyle czasu, że ledwo zdążyliśmy się wyrobić przed porodem. Powiem tylko tyle, że ostatnie pudła rozpakowaliśmy (no dobra... Albin rozpakował jako, że ja wyglądałam i poruszałam się jak słoń morski) w czwartek, a w poniedziałek powitaliśmy na tym pięknym świecie Oliwkę.

Nie oznacza to oczywiście, że w międzyczasie się nie ruszaliśmy poza Bristol. Przecież to by nie było w naszym stylu! Już z Bąblem w brzuchu pojechaliśmy na tydzień na Litwę, gdzie Albin szalał w przydomowej bani (ja też bardzo chciałam, ale niestety... nie tym razem!). Później było wesele w Polsce, na którym już ze sporym brzuchem wywijałam piruety. A na koniec Albin jeszcze się wspiął na Mont Blanc. Zanim zaszłam w ciążę plan był, że ja w tym czasie wybiorę się na trekking wokół masywu, ale jak widać przysłowie o rozśmieszeniu Pana Boga jest całkiem słuszne :)

Tak w skrócie wyglądał nasz rok. I dlatego było u nas cicho. ale obiecuję, że teraz się to zmieni. Oliwka jest prawdziwą poriomaniaczką i uwielbia swoje codzienne spacery, które dla niej (i dla nas) bywają prawdziwymi wyprawami. To o nich będę Wam na razie pisać. O Bristolu i okolicach, które są piękne i bardzo ciekawe. A niedługo zdradzę Wam nasze plany podróżnicze na 2017. Powiem tylko, że będzie się działo!

wtorek, 30 sierpnia 2016

"A.NZ.A" czyli rowerem po Azji, Nowej Zelandii i Australii

Dawno nas tu nie było, ale może wkrótce się to zmieni i znowu będę pisać regularnie :). Zanim się to jednak stanie chciałam Was bardzo serdecznie prosić o wsparcie wyprawy, do której przygotowuje się nasz znajomy Piotr Jędrzejak. Sami z chęcią byśmy się do tej wyprawy przyłączyli, ale obecnie jest to dla nas niemożliwe (o czym prawdopodobnie napiszę oddzielny post jak mi się już uda znaleźć zaginiony czas :)). Tymczasem, kto może niech daje wyprawie podniesione kciuki na Fejsie, wrzuci jakiś grosik, albo i dwa na Polak Potrafi i w ogóle niesie wieści o takim wydarzeniu w świat. Z góry dziękuję w imieniu Piotra wszystkim, którym bliskie są finansowo - podróżnicze dylematy :)

A szczegóły dotyczące wyprawy możecie znaleźć tutaj:

https://anza2016bike.wordpress.com/o-wyprawie/

piątek, 25 marca 2016

Recenzja - "Red Strangers", Elspeth Huxley

Odwiedzając nowe miejsca lubię wcześniej poczytać co nieco na ich temat. Czasami są to reportaże z podróży, czasami blogi, a innym razem książki, których akcja toczy się w miejscu, do którego się wybieram.

Nie inaczej było przed naszym wyjazdem do Kenii. Nie mając u siebie na półce zbyt wielu książek traktujących o tym odległym kraju, wybrałam się do Waterstons’a, gdzie swe kroki skierowałam wprost do działu podróżniczego. Ku mojej radości okazało się, że akurat trwa promocja na książki o Afryce (jakieś zrządzenie losu, czy co?:)). Z zainteresowaniem zaczęłam więc przeglądać wystawione na półce tytuły. Część z nich traktowała, o Afryce w całości, całkiem sporo poświęconych było krajom Afryki zachodniej, a te dotyczące regionu mnie interesującego najczęściej obejmowały kilka krajów naraz, opisując czyjąś podróż przez bezdroża wschodniej części kontynentu. Aż w końcu w moje ręce trafiła o nietypowym jakby się wydawało na tamte regiony tytule „Red Strangers” (bo czyż nie kojarzy Wam się to bardziej z czerwonymi twarzami w Ameryce Północnej?).

Już szybki rzut oka na opis na tylnej okładce przekonał mnie, że jest to lektura, którą muszę przeczytać.

Dorastając w Kenii we wczesnych latach XX wieku, dwaj bracia Matu i Muthengi, wychowani są w tradycji, o której wiedzą, że istniała od początku świata. Jednakże kiedy nagle pojawiają się „czerwoni” przybysze, spaleni słońcem Europejczycy, którzy planują skolonizować ich ziemię, życie tej pary z plemienia Kikuyu zmienia się dramatycznie.

Ci z Was, którzy czytali moje wcześniejsze posty o Kenii już zapewne wiedzą, że moja przyjaciółka, do której się wybieraliśmy pochodzi właśnie z plemienia Kikuyu. Czegoż więc więcej mi trzeba było niż właśnie historii spotkania dwóch jakże odmiennych kultur.

Książka wciąga już od pierwszych stron. Cała historia zaczyna się jeszcze przed przybyciem pierwszych osadników do Kenii. Czytając kolejne rozdziały całkowicie przeniosłam się w pierwotny świat Kikuyu: bez pieniędzy, natomiast z wiarą w duchy przodków; bez przywódców, ale z radą starszych; bez miast, ale również bez skrajnej biedy i głodu. Powoli poznawałam jak upływało życie przeciętnego Kikuyu: począwszy od obrzędu obrzezania, który wprowadza chłopców w dorosłość, poprzez małżeństwo, narodziny dziecka itp. Będąc w tym świecie, aż ciężko mi sobie wyobrazić, cóż takiego mógł biały człowiek zaoferować lokalnym plemionom, że dzisiaj tradycyjna wiara niemal przestała istnieć?

Przekonuję się o tym jednak czytając kolejne rozdziały. Książka jest podzielona na trzy główne części. Bohaterem każdej z nich jest członek kolejnego pokolenia Kikuyu. Jako pierwszy pojawia się Muthengi, który wyrósł właśnie w świecie przed kontaktem z Europejczykami. W drugiej części poznajemy historię Matu – syna Muthengi, który poznaje kulturę i religię białych przybyszów i jest nią w jakimś stopniu zainteresowany. Jedzie on nawet na wojnę, chociaż nie bardzo wie, o co, za co i po co ma walczyć. Bohaterem ostatniej, trzeciej części jest natomiast Karanja, syn Matu i wnuk Muthengi, który zupełnie zafascynowany Europejczykami przeprowadza się do Nairobi, gdzie spotyka się z nieznanymi mu wcześniej obyczajami, jak chociażby opłata za nocleg. Ta rodzinna saga kończy się spełnieniem marzenia Motu, który za opłatą 50 centów może przelecieć się samolotem. Na pamiątkę tego wydarzenia nadaje swojej córce imię Aeroplane. Przy czym twierdzi on, że jego żona nigdy nie będzie w stanie wypowiedzieć takiego trudnego słowa, ale wykształceni ludzie będą wiedzieli i rozumieli co ono oznacza.

Lektura tej książki była dla mnie niesamowitą podróżą w czasie do świata, który już nie istnieje. Zafascynowała mnie ona do tego stopnia, że kupiłam tą książkę Sally i jej mężowi jako prezent ślubny, a w niej pozaznaczałam szczególnie ciekawe fragmenty pokazujące jak wyglądała tradycyjna ceremonia zaślubin u Kikuyu. Z relacji Sally (która za czytaniem książek nie przepada) wiem, że David (jej mąż) pochłonął ją w ciągu paru dni i bardzo mu się ona spodobała. Opowiadał nam on, że historia jego ojca przypomina właśnie historię Karanja.

Książka ta niestety nie została do tej pory wydana w języku polskim, a i po angielsku nie miała zbyt wielu wersji. Po raz pierwszy opublikowana w roku 1939 do chwili obecnej miała jedynie dwa wznowienia przez wydawnictwo Penguin: w roku 1999 i później w 2006. Wszystkim Wam jednak, którym angielski pozwala na swobodne czytanie książek gorąco polecam tą lekturę. Zwłaszcza jeżeli w planach macie wyjazd do Kenii.