poniedziałek, 25 maja 2015

Mombasa - ruiny, krokodyle i plaża

„Gdzie chcecie iść? Na River Road? Nie ma mowy! Przecież wy stamtąd żywi nie wyjdziecie!” – powiedziała Sally, gdy usłyszała skąd chcemy złapać autobus. No niby OK, ale w przewodniku było napisane, że stamtąd właśnie odjeżdżają wszystkie autobusy do Mombasy… Jak inaczej mamy poszukać tanich autobusów, które nie reklamują się w internecie? Jak inaczej możemy poznać prawdziwy smak afrykańskiej przygody?

Szybki telefon do siostry (tej co załatwiła nam safari) i potwierdzenie, że zabić to raczej nas tam nikt nie zabije, ale musimy uważać na kieszonkowców, a to przecież po Ameryce Południowej żadna dla nas nowina. Po krótkim odpoczynku w Nairobi mogliśmy ruszać na spotkanie z Oceanem Indyjskim.

-------------------------------------------

Taksówkarz wysadził nas tuż przy biurze jednej z firm przewozowych. Na ulicy panował normalny chaos: samochody jeździły we wszystkich możliwych kierunkach, w ogóle nie zwracając uwagi na obowiązujące przepisy ruchu drogowego, pomiędzy samochodami przeciskali się ludzie z pakunkami, żebracy, osobnicy spod czarnej gwiazdy i niesamowicie elegancko poubierane kobiety. Niemal wszyscy się nam mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali.

Trzeba przyznać, że byliśmy jedynymi mzungu (białymi) w zasięgu wzroku. Pozbawione zahamowani dzieci odwracały się za nami nie patrząc gdzie ciągnie je za rękę ich rodzicielka. Jedno wręcz z tego zapatrzenia wpadło w latarnię. Zdarzyło się także, że do Aśki podszedł chłopak – młody, około 20-paro letni i niby „przypadkiem” przejechał jej po ręce. Przyłapany na gorącym uczynku szybko odwrócił wzrok z nieco zawstydzonym uśmiechem na twarzy. Jako biali zdecydowanie rzucaliśmy się w oczy.

Bez problemu udało się nam kupić bilet (aczkolwiek swoje musieliśmy odstać walcząc, aby nikt się przed nas nie wepchnął, do i tak ślimaczo posuwającej się kolejki). Jak zwykle wybraliśmy tańszą opcję. Gdy wsiadaliśmy do autobusu okazało się wprawdzie, że miał on nawet Business class, ale wyglądała ona gorzej niż podrzędny autobus w Boliwii (tyle, że miała szerokie i dosyć wygodne, ale niemiłosiernie brudne siedzenia).

Początkowo droga prowadziła przez przepiękne kenijskie krajobrazy. Dokoła nas rozciągały się porośnięte zielenią wzgórza, krwistoczerwone pola, malutkie wioseczki pomiędzy którymi wszędzie chodzili ludzie: a to z wodą, a to z bydłem, a to po zakupy. Gdy zatrzymaliśmy się na obiad pan w budzie z pamiątkami, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski zapytał:

„Itaka?”

Haha J Chyba sporo wycieczek się tam musi zatrzymywać!

Podróż przebiegała bez większych emocji. Te zaczęły się po zapadnięciu zmroku… Przygotowując się do wyjazdu trafiłam na informację, że nie zaleca się jeździć w Kenii autobusami, bo są niebezpieczne. Pomyśleliśmy jednak z Albinem, że jak zwykle jest to pewnie gruba przesada, ludzie lubią panikować, a potem opowiadają takie niestworzone historie! Nasza historia do tego momentu zdawała się to tylko potwierdzać: przy odrobinie zdrowego rozsądku podróżowanie po Kenii autobusem nie przysparza najmniejszych problemów.

Jakoś jednak myśląc o niebezpieczeństwie nie przyszło nam do głowy to związane ze stylem jazdy. Tym bardziej, że za dnia naprawdę nie można było naszemu kierowcy nic zarzucić. No bo, co? To, że mu się zdarzyło wyprzedzać na zakręcie? Oj tam! Nie takie rzeczy się przeżyło!

Wszystko zmieniło się jak tylko zaszło słońce. W naszego kierowcę jakby się sam diabeł wcielił. Zaczął wyprzedzać na trzeciego, pod górkę, na zakrętach, gnał jak na złamanie karku, a ja nigdy w życiu się tak nie bałam i modliłam abyśmy tylko żywi dojechali do Mombasy. Naprawdę, istny koszmar! A ja raczej do strachliwych nie należę (Drogę Śmierci w Boliwii 3 razy autobusem i raz rowerem przejechałam, nie wspominając innych, naprawdę mrożących krew w żyłach historii).

Gdy dojechaliśmy w końcu na miejsce byłam chyba najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Obiecałam sobie również, że już nigdy w Kenii po zmroku do autobusu nie wsiądę. Dowiedzieliśmy się zresztą, że po zmroku nikt nie kontroluje prędkości na drogach, kierowcy często jeżdżą pijani, albo pod wpływem narkotyków. Więc jeśli macie ochotę na przejażdżkę autobusem upewnijcie się, że jedzie on w ciągu dnia (nasz miał dojechać do Mombasy tuż po zachodzie słońca, ale z powodu korków w Nairobii dotarliśmy na miejsce dopiero około 22:00)

-------------------------------------------

W Mombasie przywitało nas parne, równikowe powietrze. Pomimo późnej pory było tak duszno, że ciężko było oddychać. Pod tym względem Nairobi jest uprzywilejowane. Leżąc na wysokości 1800 m n.p.m. ma zdecydowanie przyjemniejszy klimat.

Od znajomego Sally i Davida, który zgodził się nas u siebie przenocować dowiedzieliśmy się, że lekarze przyjeżdżający pracować w Mombasie dostają całkiem niezłe pensje, mieszkanie i jeszcze parę innych dodatków, byle tylko ich zachęcić do przyjazdu tutaj.

Pierwszego dnia z samego rana wybraliśmy się do centrum zobaczyć znajdujący się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO Fort Jesus. Zanim tam jednak dotarliśmy musieliśmy stoczyć swoją pierwszą wojnę o cenę tuk-tuka. Od Martina dowiedzieliśmy się ile powinna kosztować nas przejażdżka do centrum i dostaliśmy namiary na „uczciwego” kierowcę. Gdy po nas przyjechał, zanim wsiedliśmy standardowo zapytałam się o koszt przejazdu. Gdy wyskoczył nam z ceną dwa razy wyższą od tej jaką podał nam Martin zaczęły się targi. Próbowaliśmy zaangażować ochroniarza, który początkowo przyznał nam rację, ale zmienił zdanie po krótkiej rozmowie w suahili z naszym kierowcą. Gdy do tego nie przemawiały żadne argumenty skończyło się na telefonie do wspólnego znajomego, który po krótkiej rozmowie załatwił nam miejscową cenę.


Nie spodziewaliśmy się jednak, że kolejną wojnę cenową przyjdzie nam rozegrać w samym forcie. I to dlatego, że chcieliśmy być uczciwi i zapłacić pełną cenę biletu! Pani chcąc coś tam ugrać dla siebie na siłę chciała nam wcisnąć bilety dla Kenijczyków (oczywiście licząc za nie nieco więcej dla siebie za „przysługę”). Naprawdę musieliśmy się natrudzić, aby móc kupić normalne bilety. Być może zresztą byśmy się aż tak nie upierali, ale widzieliśmy, że za chwilę jest kontrola tychże biletów i wcale by mnie nie zdziwiło gdyby się okazało, że oni w zamian za „nie zauważenie”, że mamy złe bilety też coś będą chcieli. A w takim wypadku to ja wolę, żeby te pieniądze poszły oficjalnie na utrzymanie zabytku.

Fort Jesus nie powalił nas na kolana. Rozpościera się z niego wprawdzie prześliczny widok na Ocean Indyjski oraz znajdującą się po przeciwnej stronie starówkę, ale nic poza tym. Ot, kolejny zabytek (chyba za dużo się trochę tych fortów w życiu naoglądałam, a jak zapewne wiecie, w przeciwieństwie do Albina nie jestem ich miłośniczką).

Cały pierwszy dzień postanowiliśmy spędzić na poznawaniu miasta. Po wyjściu z fortu przeszliśmy się wąskimi uliczkami starówki. Znajdującym się tam starym kamienicom przydałby się zapewne jakiś mały lifting, ale tak naprawdę odpadający gdzieniegdzie tynk idealnie wpasowywał się w leniwą atmosferę miasta, nadając mu pewnego romantyzmu. Na ulicach co krok ktoś zapraszał nas do wnętrza swojego sklepu z pamiątkami. Nie było to jednak bardzo nachalne, a ciemne, chłodne wnętrza często dawały nam wytchnienie od wszechobecnej duchoty.

Zupełnie inaczej wygląda nowsza część Mombasy: po ulicach pędzą tysiące samochodów i tuk-tuków, które za nic mają pieszych, a po obu stronach arterii wznoszą się pamiętające lepsze czasy biurowce. Spacerem doszliśmy do wielkich aluminiowych kłów, które zostały postawione w centrum miasta w 1953 roku, aby uczcić koronację Królowej Elżbiety.

Na obiad wybraliśmy się do polecanej nam przez Martina lokalnej restauracji. Gdy do niej dotarliśmy zwróciliśmy uwagę na dwie rzeczy: była pełna i siedziała tam zaledwie jedna para turystów. Gdy jedliśmy przysiadł się do nas starszy pan z żoną. Od słowa do słowa okazało się, że jest Kenijczykiem, ale od niemal 40 lat mieszka w Szwajcarii, a obecnie przyjechał z żoną na wakacje do Mombasy. Zapytany jak dotrzeć na pole golfowe, które było naszym kolejnym celem (nie to żebyśmy grali w golfa! Po prostu koło niego zaczynała się promenada wzdłuż oceanu), zaoferował nam, że nas podwiezie, bo i tak jedzie w tamtym kierunku.

Po krótkim czasie zorientowałam się, że jedziemy w złym kierunku… Najpierw nieco szybsze bicie serca i czarne myśl… czyżbyśmy źle trafili, a on nas okradnie, porwie, albo kto wie co jeszcze?! Na szczęście szybka analiza mapy uświadomiła mi, że się z miłym panem nie zrozumieliśmy… Rzeczywiście wiózł nas on na pole golfowe, ale nie to, o które nam chodziło! Ale, ale… koło naszego nowego celu znajduje się Mamba Village, czyli… Farma Krokodyli, na którą mieliśmy zamiar się wybrać następnego dnia. Szybka zmiana planów (czyli coś co pokochałam w Ameryce Południowej) i zostaliśmy wysadzeni pod samym wejściem na farmę. Super!

Mamba Village jest domem dla około 10 tys. krokodyli. Większość z nich hodowana jest na mięso oraz skóry których głównym odbiorcą są Włochy. Te zwierzaki, które czeka marny los obiadu, albo torebki wiodą sobie beztroski  żywot dobrze ukryte przed ciekawskim wzrokiem turystów.  A wszystko to dlatego, że stres może zepsuć ich mięso. Jak widać coś za coś… Farma jest zresztą miejscem bardzo ciekawym, gdzie podczas wycieczki z przewodnikiem (wliczona w cenę wstępu, ale napiwek jak zwykle mile widziany) można się sporo dowiedzieć na temat życia tych fascynujących zwierząt, zobaczyć krokodyle w każdym stadium rozwoju (od maleńkich, ledwo co wyklutych z jaja, po warzącego 800 kg „Big Daddy”), a także spróbować pysznych szaszłyków z krokodyla.

-------------------------------------------

Drugi dzień postanowiliśmy spędzić w całości na plaży. A muszę dodać, że plaże Mombasy nie są byle jakie. Bialutki, drobniuteńki piasek, turkusowa woda, bezchmurne, błękitne niebo… do tego świeżo wyciskane soki, zmrożony kokos, pyszne owoce morza... żyć nie umierać!

Na plażę przyjechaliśmy naszym zwyczajem z samego rana. Jakież było nasze zaskoczenie gdy okazało się, że aby zamoczyć stopy w wodzie oceanu musieliśmy przejść dobre kilkaset metrów! Panował akurat odpływ, a my do wody szliśmy i szliśmy. Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do czegoś co wyglądało jak ocean, a nie kałuża, woda sięgała nam zaledwie do kostek. I tak postanowiliśmy się zamoczyć nie mogąc się doczekać kontaktu z Oceanem Indyjskim. Dzięki sporawym łachom piachu odsłoniętym przez wodę mogliśmy sobie nawet zostawić rzeczy w pobliżu.

Ponownie wzbudzaliśmy zainteresowanie. W zasięgu wzroku nie było ani jednego białego człowieka. Podeszła do nas grupka półnagich dziewczynek, których ograniczony angielski oraz wrodzona nieśmiałość nie pozwalały nam na bliższe poznanie się. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. One zafascynowane przyglądały się nam pozwalając sobie robić zdjęcia. Co chwila też podchodzili do Albina jacyś faceci, zagadują skąd jesteśmy i jak nam się tu podoba.

Gdy woda zaczęła się podnosić wróciliśmy na plażę, gdzie wypiłam moją ukochaną wodę z kokosa, po czym usiedliśmy w przyjemnej restauracji z widokiem na ocean. Zamówiliśmy sobie tilapię (miejscową rybę), krewetki i kalmary. Istna uczta dla podniebienia! Nie pamiętam kiedy ostatnio (o ile kiedykolwiek) jadłam tak pyszne owoce morza!

Wraz z wyższym poziomem wody, na plaży przybywało turystów (w tym i białych. Często starszego pana z piękną młodą Afrykanką. Czy to już miłość??). Wraz z nimi pojawili się również: pan z wielbłądem, kite-surferzy, sprzedawcy pączków, łódki oferujące wycieczki do rafy i wszelkiej maści naciągacze.


Gdy woda podniosła się na tyle, że można w niej było pływać z radością pobiegliśmy się w niej wykąpać. I tutaj kolejne zaskoczenie: woda, która z daleka wydaje się turkusowa, z bliska okazuje się zwykłą zupą pełną wodorostów! Ciepłą, nie przynoszącą zbyt wiele ochłody, a do tego pozostawiającą na tych, którzy zdecydowali się do niej wejść wstrętne, oślizgłe paski… Bleee….


Około 16:00 musieliśmy się zbierać. Plaża akurat zaczęła się przepełniać i wydawało się, że zbyt wiele osób się niej już nie zmieści. W związku z tym my postanowiliśmy zwolnić swoje miejsca. Tym bardziej, że mieliśmy pociąg do złapania. No ale o tym opowiem Wam następnym razem J