środa, 14 stycznia 2015

Wstrzasajace Iquique

Do Iqiuque przyjechaliśmy po całonocnej podróży autobusem. Już od paru tygodni mówiło się o dosyć silnych wstrząsach w tej okolicy. Co mądrzejsi odradzali nam przyjazd. My jednak wiedzeni żądzą przygód postanowiliśmy nie odpuścić. W końcu tak fajnie by było poczuć jak się nam ziemia rusza pod nogami! Oczywiście nie chodziło nam o jakieś poważne trzęsienie ziemi. Co to, to nie! Chcieliśmy tylko zobaczyć jakie to uczucie, gdy ściany budynków zaczynają delikatnie drżeć, a poukładane koło siebie szklanki zaczynają grać sobie tylko znaną melodię. I byle nikomu nic się nie stało!
------------------------------------------------------

Po krótkiej drzemce na dworcu ruszyliśmy szukać jakiegoś niedrogiego noclegu. Łażąc od hostelu do hostelu, w pewnym momencie dosyć poważnie skręciłam sobie kostkę. Mam z nią problemy już od wielu lat więc się tym za bardzo nie przejęłam. Pomimo bólu i ciężkiego plecaka dalej raźnym krokiem przemierzałam ulice miasta licząc, że spokojne popołudnie wystarczą dla jej regeneracji.

Pogoda była piękna. Nie ma się zresztą co dziwić, gdyż Iquique leży na Atacamie, gdzie roczne opady należą do najniższych na świecie. Zostawiliśmy więc nasze bagaże w przyzwoitym hostelu blisko centrum, a sami ruszyliśmy zwiedzać miasto.

Doszliśmy do oczekującej na wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ulicy Baqudano. Ślicznie się ona prezentowała: opustoszała o poranku, w łagodnych promieniach wschodzącego słońca, z unoszącą się wkoło delikatną mgłą. Otoczona jest ona przez ładne drewniane domki, wśród których jak małe diamenciki wyróżniają się piękne XIX-wieczne pałacyki.
Na porośniętej drzewami Plaza Prat, przy której znajduje się śnieżnobiały Teatr Miejski oraz wieża zegarowa zjedliśmy śniadanie, przyglądając się budzącemu się powoli do życia miastu: czyścibutom polerującym na błysk buty panom w eleganckich garniturach, którzy wygodnie rozparci na malutkich krzesełkach czytają poranne gazety; ludziom jedzącym w pośpiechu hot-dogi (zwane tutaj completo) kupione z ulicznego wózka; bezdomnemu siedzącemu na ławeczce bez nadziei wbijającemu przed siebie wzrok; indiańskiemu zespołowi grającemu na swoich piszczałkach dobrze nam znane melodie
------------------------------------------------------
Po  śniadaniu wybraliśmy się do portu, gdzie można odwiedzić reprezentację okrętu Esmeralda. Brał on udział w bitwie, podczas której przejęto oglądany przez nas w Concepcion okręt Huascar. To właśnie podczas tej bitwy Esmeralda została zatopiona. Znudzona pani przewodnik stukała wykute na pamięć fakty:
„Obiekt ten jest reprezentacją, a nie repliką oryginalnego okrętu, gdyż replika byłaby zbudowana z tych samych materiałów, co oryginał, a odwiedzany przez nas obiekt z takich materiałów zbudowany nie jest”
Na okręcie odwiedzamy kabiny oficerów i zwykłych marynarzy, stołówkę, która wieczorem zmienia się w sypialnię, oglądamy różnorakie urządzenia pomagające ustalić pozycję statku na morzu.
Przy wejściu na statku panował dosyć ciekawa polityka cenowa: 
Studenci i emeryci: 1500 pesos
Dorośli: 2000 pesos
Turyści: 3000 pesos
Czyżby wychodzono z założenia, że turyści to nie dorośli? Czy też może Chilijczycy nie powinni być turystami? A co jeżeli ktoś zza granicy przyjechał tutaj w celach biznesowych, a statek odwiedza tak przy okazji? Czy wówczas może zapłacić niższą cenę? No i coś, co mnie zawsze w takich sytuacjach denerwuje: skoro jako turyści płacimy wyższą cenę, to dlaczego nie możemy wymagać anglojęzycznego przewodnika?
------------------------------------------------------
Wróciliśmy na ulicę Baquedano, gdzie wczesnym popołudniem kręciło się mnóstwo ludzi. Sprzedawcy wprost na ulicy porozstawiali swoje skarby: stare książki, płyty winylowe, biżuterię.
Doszliśmy do Muzeum Regionalnego, które można odwiedzić za darmo. Znajduje się tam nawet ciekawa ekspozycja poświęcona żyjącym tutaj od tysięcy lat plemionom. Dowiedziałam się z niej m.in., że tutejsi ludzie mumifikowali swoich zmarłych już 6000 lat temu i są to najstarsze znalezione na świecie mumie (Egipcjanie zaczęli mumifikować zwłoki zaledwie przed 3000 lat). W przeciwieństwie do innych znanych kultur tutaj mumifikowano wszystkich: kobiety, mężczyzn, dzieci, starców, a nawet niemowlęta, które urodziły się martwe. Nie miało przy tym znaczenie pochodzenie czy status społeczny.
Dosyć wcześnie wróciliśmy do hostelu. Moja skręcona wcześniej kostka spuchła po całym dniu chodzenia więc postanowiliśmy zrobić sobie wolne popołudnie.
------------------------------------------------------
Wieczorem się wykąpałam i ledwo zdążyłam położyć się do łóżka włączając kolejny odcinek „Przyjaciół” w telewizji. Była 20:40. Albin siedział z komputerem na podłodze, gdy nagle ziemia zaczęła się trząść. Początkowo Albin tylko z uśmiechem spojrzał na mnie i powiedział:
„Acha, zaczyna się!”
Z sekundy na sekundę wstrząsy robiły się coraz silniejsze, aż w końcu cały budynek zaczął się trząść tak jakby jakiś olbrzym wziął go w swoje łapy i sprawdzał co znajduje się w środku potrząsając nim jak potrząsa się prezentem przed otwarciem go. Ściany, szafa, łóżko… Wszystko dookoła trzęsło się niemiłosiernie. Nagle zgasła elektryczność, na zewnątrz słychać było odgłos tłuczonego szkła oraz spadających kamieni.
Im dłużej to trwało tym bardziej narastał we mnie strach. Usadowił się on początkowo w gardle nie pozwalając mi na swobodne oddychanie. Zmroził krew w żyłach i zatrzymał serce. Zwilżył oczy bezwiednie napływającymi do nich słonymi łzami i wysuszył rozdziawione usta. Przykuł mnie do łóżka, z którego nie mogłam, nie chciałam się ruszyć.
Albin złapał w rękę przygotowany uprzednio plecak (trochę się nasłuchaliśmy przed przyjazdem tutaj co robić w chwili trzęsienia ziemi) i krzyknął:
„Spier…my!”
Ja jednak pamiętając porady z Santiago, aby tylko trzymać się z daleka od ścian i zachować spokój (oj… to mi lekko nie przyszło….) kazałam mu na razie zostać. Wszystko trwało około 1,5 minuty, ale uwierzcie mi, że dłużyło się w nieskończoność!
Gdy wstrząsy ustały na szybko, po ciemku założyłam długie spodnie, złapałam polar w rękę, zaczęłam szukać torebki z aparatem, obiektywów (muszę przyznać, że w przeciwieństwie do Albina byłam ZUPEŁNIE nieprzygotowana!). Albin już czekając gotowy tylko mnie poganiał. W ciemności nie mogłam znaleźć butów więc szybko założyłam japonki i zamknąwszy pokój biegiem skierowaliśmy się do wyjścia.
Gdy byliśmy na schodach zaczęły się kolejne wstrząsy. Tym razem nieco lżejsze i krótsze, ale my już byliśmy na klatce schodowej, więc tylko patrząc z niepokojem czy nie leci nam coś na głowę zbiegliśmy na dół.
Na ulicy było już pełno ludzi. Cały potok uchodźców zmierzających w jednym kierunku: byle pod górę. Pieszo i samochodami, na rowerach, na wózkach, dorośli, dzieci, starsi, niepełnosprawni. Byle dalej od morza skąd może przyjść złowrogie tsunami. Dopiero po kolejnych parudziesięciu sekundach zaczął wyć alarm, a z głośników na całe miasto rozbrzmiał złowieszczy głos:

"Attencion! Attencion! Posibilidad de tsunami! W spokoju prosimy się ewakuować do bezpiecznych stref!”
I bez tego ostrzeżenia wszyscy byli w drodze: z plecakami, kanistrami z wodą, radiami w rękach.

Niby wszystko ładnie zorganizowane, wszyscy wiedzą co robić, ale ja i tak ciągle czułam w sobie atak paniki: miałam miękkie nogi i co chwila przechodziły mi ciarki po plecach. Ciężko mi było oddychać i miałam straszną ochotę się popłakać. W życiu się tak nie bałam. Albin chcąc mnie uspokoić co chwila na mnie krzyczał:
„Opanuj się! Ogarnij się!”
Mam jednak wrażenie, że zamiast mi to pomagać, to tylko pogarszało to sprawę. To czego naprawdę potrzebowałam to chwila uspokajającego , pełnego siły i pewności uścisku.
Niewiele pamiętam z tej drogi pod górę. Wyrywkowe obrazy, dźwięki. Wydawało mi się, że idziemy raptem parę minut gdy nagle okazało się, że już byliśmy w bezpiecznej strefie. Na wszelki wypadek poszliśmy jednak jeszcze trochę wyżej. W końcu zatrzymaliśmy się przy grupie ludzi z radiem. W wiadomościach podali, że trzęsienie miało siłę 7.9. Potem ta liczba wzrosła do 8.5. W końcu jednak potwierdzono, że było to 8.2 w skali Richtera. 8.2! OK. Chciałam przeżyć trzęsienie ziemi. Ale na pewno nie tak mocne!
Epicentrum trzęsienia ziemi było zaledwie 83km od Iquique. Zarządzono ewakuację całego wybrzeża Chile oraz Peru, Ekwadoru, Kolumbii i Kostaryki. W radio mogliśmy usłyszeć przewidywaną godzinę uderzenia fali. Były relacje z Arica i z Antofagasty, ale ani słowa z Iquique. Prądu ciągle nie było, a sieci komórkowe były poważnie przeciążone.
------------------------------------------------------
W międzyczasie ludzie dookoła się nieco uspokoili. I mój lęk się zmniejszył. Wkoło panowała spokojna, wręcz odświętna atmosfera: ludzie częstowali się kawą, herbatą, ciastkami. Co kto miał. Ktoś przykrył drzemiącego na chodniku Albina kocem. Mieszkańcy pobliskiego domu wynieśli nam gąbczasty materac, który dzieliliśmy z gromadą szalejących dzieciaków. Jedno z nich miało urodziny, które miano świętować w centrum w pizzerii. Z tych planów niestety nic nie wyszło. W zamian za to rodzice przynieśli rum i papierosy, którymi chętnie wszystkich częstowali. Wszyscy razem odśpiewaliśmy Cupleanos feliz. A wszystko to pomiędzy docierającymi do nas coraz to nowymi informacjami o zbliżającym się tsunami.
Po jakimś czasie siedzący koło nas Chilijczycy zaczęli nas wypytywać:
„Skąd jesteście? Z Polski? To tak daleko! A kiedy przyjechaliście do Iquique? Dzisiaj? Hahaha! No to macie szczęście! Bienvenido a Iquique!
Na horyzoncie widniały pożary w centrum. Co chwilę słychać było jadące na sygnale samochody, a nad naszymi głowami latały helikoptery.
Około północy z głośników rozległo się ostrzeżenie, aby jeszcze nie wracać do domów. Pomimo tego coraz więcej ludzi znudzonych czekaniem, zmarzniętych, pozawijanych w koce zaczęło schodzić w dół. Część szło do rodzin i znajomych mieszkających w wyższej części miasta, ale część z pewnością stwierdziła, że ryzyko jest małe i postanowiło wrócić do siebie do domów.
Około 2:00 zaczęli się zbierać ludzie, którzy z nami siedzieli. Zaczęłam się ich dopytywać czy myślą, że już jest bezpiecznie i można wracać? Zmarznięta, zmęczona, bez skarpetek i porządnych butów marzę o ciepłym łóżku. Stwierdzili, że do centrum lepiej jeszcze nie iść, ale jeśli chcemy to oni mieszkają niedaleko, w bezpiecznej strefie i możemy się u nich przespać do rana. Nie musieli nam tego powtarzać dwa razy.
------------------------------------------------------
Alarm przeciw tsunami w końcu odwołano przed 8:00, jednak wstrząsy wtórne trwały już do końca naszego pobytu w mieście. Były one dużo słabsze (6-7 stopni), ale ciągle powodowały u mnie przyspieszone bicie serca. Także drugiego dnia czekała nas ewakuacja po kolejnym (słabszym) trzęsieniu, ale ta była już dużo krótsza i noc spędziliśmy z powrotem w hostelu.
Iquique jakos widocznie nie ucierpiało z powodu trzęsienia. Chile jest na nie bardzo dobrze przygotowane i domy tam są budowane w specjalny sposób zabezpieczający je przed ewentualnym zawaleniem. Chodząc po mieście widać było trochę popękanych ścian i parę spalonych budynków, a w porcie walały się poprzewracane przez tsunami łodzie. Tsunami, które nadeszło było na szczęście bardzo niskie (1,5m) i poza portem i zalanym dworcem autobusowym również nie spowodowało większych szkód.
W mieście przez dwa kolejne dni nie było prądu, ani wody w kranach. Sklepy były patrolowane przez wojsko, a woda była racjonowana. Wyglądało to nieco jak stan oblężenia.
------------------------------------------------------
My z Iquique udaliśmy się jeszcze na wycieczkę do Humberstone i Santa Laura – opuszczonych miasteczek, które kiedyś tętniły życiem. Ich ekonomia opierała się na produkcji saletry. Niestety zostały one mocno dotknięte przez kryzys lat 30. XX wieku, z którego się już nigdy nie podźwignęły. W latach 60 wyjechali stamtąd ostatni mieszkańcy, a dzisiaj tylko wiatr hula między opuszczonymi budynkami.

Naprawdę cieszyłam się gdy w końcu wyjeżdżaliśmy z Iquique. Ciągłe wstrząsy budziły mój ciągły niepokój i już nie mogłam się doczekać powrotu do naszej starej dobrej Europy. Tutaj przynajmniej ziemia jest w miarę stabilna. A ja chyba na przyszłość muszę uważać czego sobie życzę. Bo moje „marzenie” o trzęsieniu ziemi zostało zrealizowane w dużo większym stopniu niż bym sobie tego kiedykolwiek życzyła!

2 komentarze:

  1. oj, ty to masz marzenia! Ja 'przezylam' trzy trzesienia w Boliwii, o skali 4-5.7 i juz dziekuje bardzo;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja wlasnie takie 4-5 to chcialam przezyc, ale, ze te moje marzenia tak jakos jak juz sie spelniaja to na calego, to mialam 8,3 :) Naprawde musze uwazac czego sobie zycze :P

      Usuń