niedziela, 25 stycznia 2015

Długa droga powrotna


Po trzęsieniu ziemi w Iquique miałam trochę dosyć tej całej Ameryki. Ziemia ruszała się nam pod nogami niemal bez ustanku, a wyjechać nie było tak łatwo. Podczas trzęsienia uszkodzona została droga wyjazdowa i duże autobusy nie wyjeżdżały z miasta. Ilekroć pytaliśmy się kiedy będziemy mogli w końcu wydostać się z Iquique odpowiedzią było niezmienne "nie wiadomo".

Iquique położone jest u podnóża bardzo wysokiej góry, wciśnięte między jej strome zbocze i Ocean Spokojny z drugiej strony. Uszkodzona droga prowadziła właśnie na szczyt tej góry, gdzie znajdował się rozległy płaskowyż, którym już bez problemu dojechalibyśmy sobie do Arica, skąd zaczynaliśmy naszą długą drogę powrotną do Europy.

Po dwóch dniach udało się nam dowiedzieć, że wprawdzie duże autobusy z i do miasta nie jeżdżą, ale parę razy dziennie można stamtąd wyjechać małym colectivo. Tym samym sposobem dostaliśmy się jeszcze do Humberstone i St Laura, a po dwóch dniach w końcu dostaliśmy się do głównej drogi, gdzie spokojnie mogliśmy złapać autobus jadący do Arica.

------------------------------------------------------

Podczas naszego dwudniowego pobytu w Arica też nie czułam się jakoś super bezpiecznie. I tym razem wcale nie chodziło o wstrząsy. Ani o jakiś bandytów. Tym razem chodziło o tsunami. A konkretnie, o to, że o tyle, o ile w Iquique było gdzie uciekać, o tyle Arica jest bardzo płaska i w razie alarmu i ewakuacji naprawdę trzeba przejść spory kawał zanim się dojdzie do jakiś konkretnych wzgórz. Dlatego też nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu.

W Arica znajduje się całkiem sporo dzieł Gustava Eiffel'a: zaprojektowana parę lat przed słynną paryską wieżą katedra św. Marka, czerwony Dom Gubernatora, dawny budynek Urzędu Celnego oraz budynek stacji kolejowej Arica – La Paz. Weszliśmy na Morro de Arica. Było to wzgórze, na które ewentualnie myśleliśmy aby uciekać jakby tsunami jednak zdecydowało się zaatakować, ale martwiło nas, że trochę mało tam miejsca jakby wszyscy mieszkańcy wpadli na taki sam genialny pomysł. Na górze w niedzielne popołudnie odpoczywało sporo ludzi: rodziny z dziećmi, tulący się do siebie zakochani, popisujący się nastolatkowie.

W przeciwieństwie do Iquique, w Arica nie w ogóle nie było widać skutków trzęsienia ziemi. Gdy w poniedziałek rano wróciliśmy do centrum ulice tętniły życiem, ludzie robili zakupy, spieszyli się do pracy. My natomiast wybraliśmy się do znajdującego się w Dolinie Azapa poświęconego wymarłej kulturze Chinchorro Museo Universidad de Tarapaca.

------------------------------------------------------

Chinchorro żyli w Dolinie Azapa oraz wzdłuż północnego wybrzeża Chile 7 tysięcy lat temu. Byli oni ludźmi niskiego wzrostu: kobiety mierzyły średnio zaledwie 1,40 – 1,50 m, a mężczyźni byli niewiele wyżsi ze swoimi 1,55 - 1,60 m. Zajmowali się oni głównie połowem ryb i owoców morza. Tworzyli piękne harpuny, które dzięki tutejszemu suchemu klimatowi przetrwały w nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego.

Dzięki szczegółowym badaniom archeologicznym wiadomo, że Chinchorro umierali głównie na zapalenie płuc i mieli spore problemy ze słuchem. Prawdopodobnie miało to związek z nie suszeniem uszu po wyjściu z wody oraz silnie wiejącymi wiatrami. Cierpieli oni także na problemy z kośćmi (w tym złamania nabyte prawdopodobnie w czasie walk o łowiska) oraz… syfilis J

Jednym z powodów ich dzisiejszej sławy jest zwyczaj mumifikowania zwłok. Ich mumie należą do najstarszych na świecie (są nawet starsze od tych w Egipcie), a mumifikowali wszystkich jak leci: dzieci, kobiety, mężczyzn, starców. Dzięki temu teraz w muzeum można oglądać całkiem sporo przykładów zmumifikowanych ciał.

------------------------------------------------------

Do Europy wylatywaliśmy z Limy w Peru, ale ponieważ przez 14-miesięcy nie mogliśmy za bardzo poszaleć z kupowaniem pamiątek ze względu na ograniczoną przestrzeń bagażową, postanowiliśmy to teraz nadrobić. Jednym z najtańszych miejsc w całej Ameryce Południowej jest La Paz, a że było ono tak jakby po drodze (cóż to w końcu jest 8-10 godzin jazdy autobusem?!) postanowiliśmy zrobić taki mały de-tour i odwiedzić na koniec jedno z naszych ulubionych południowoamerykańskich miast.

Droga prowadząca z Arica do La Paz jest cudowna! Wiedzie ona przez pustynie, góry, parki narodowe. Z poziomu morza wjeżdża się na niemal 5000 m n.p.m. Dało mi się to trochę we znaki i przekraczanie granicy, kiedy to musiałam wysiąść z autobusu i chwilę podejść aby zdobyć pieczątki wyjazdowe z Chile było dla mnie prawdziwą męczarnią. Już niemal zdążyłam zapomnieć przez ostatnich parę miesięcy jak to się człowiek czuje kiedy mu nagle zaczyna brakować tlenu. Na szczęście wszystko to trwało dosyć krótko, a granica boliwijska znajdowała się już nieco niżej, gdzie czułam się zdecydowanie lepiej.

Różnica między Chile a Boliwią uderza niemal od razu po przekroczeniu granicy. Niby tylko parę kilometrów, umowna linia między dwoma państwami, a jakże dwa różne światy! W Chile porządek, otynkowane budynki i wyjątkowo zadbane i przyjazne, mimo iż bezdomne psy. Natomiast w Boliwii syf, tony śmieci: w sadzawkach, rzekach, na ulicach, wyrzucane przez okna samochodów i autobusów, wszystko niedokończone, budynki jeśli już mają tynk, to tylko na przedniej ścianie, a wygłodniałe psy rzucają się na ludzi. Parę kilometrów różnicy…

-----------------------------------------------------

W La Paz przywitał nas wszechobecny harmider, ciągłe trąbienie klaksonów, wpychający się na siłę kierowcy i manewrujący między samochodami, busikami i autobusami piesi. Brak poszanowania dla siebie nawzajem. Wieczna przepychanka: "Jeszcze ja!" "I ja!" "I ja!" Ulice pełne samochodów, chodniki pełne ludzi. Godziny szczytu.

Wieczorem, po zameldowaniu się w "naszym" hostelu poszliśmy się przejść po mieście. Przed kościołem San Francisco tańczył ten sam Michael Jackson, który tańczył tu parę miesięcy wcześniej. Na deptaku siedział ten sam drący się w niebogłosy wariat, a uliczki były identycznie wypełnione sprzedawcami pirackich płyt z filmami i programami komputerowymi. Niewiele się La Paz zmieniło w czasie naszej kilkumiesięcznej nieobecności. Wybudowano kolejkę linową łączącą miasto z El Alto. Rozkopano trochę ulic. I tyle.

----------------------------------------------------

Dwa dni w La Paz, zakupy (to chyba jednak zasługuje na oddzielny wpis J)i ruszamy do Limy. Skromne 28 godzin jazdy. Nasz rekord. Autobus odjeżdża z typowo boliwijskim poślizgiem: dwie godziny później Niby, że korki w El Alto. Manana. Czekać trzeba.

Dojazd do granicy z Peru był typowo latynoski, chaotyczny na maxa. Ponieważ granica znajduje się w samym centrum małego handlowego miasteczka, aby do niej dojechać trzeba się dosyć namęczyć. Ulice są tak wypełnione ludźmi ciągnącymi na wózkach swoje towary oraz mototaxi, że pomagier z autobusu musiał wyjść na ulicę i torować nam przejazd.

Po obu stronach granicy na ulicy porozstawiali się sprzedawcy wszystkiego: owoców, ubrań, garnków, koców. Najwięcej jednak jest tam cinkciarzy zajmujących się wymianą waluty. Mają oni porozstawiane malutkie stoliczki, na których leżą wielkie kalkulatory, a na pasach mają saszetki z pieniędzmi. My już wprawdzie wymieniliśmy pieniądze wcześniej w La Paz, ale samo obserwowanie pracy tego zbiorowego kantoru było dla nas sporą atrakcją.

----------------------------------------------------

W Limie tym razem zatrzymaliśmy się w hostelu. Czekała nas tylko jedna noc i nie chcieliśmy nikomu zawracać głowy na tak krótki czas. Poszliśmy się pożegnać z Pacyfikiem, który tym razem przybrał bardzo smętną, szaro-burą postać. Taką akurat na nasz wyjazd. Nieco nostalgiczną, pełną zadumy. Ostatni posiłek. Ostatni spacer. Wszystko ostatnie.

I lotniska. Lima – Paryż – Madryt. Tam noc na lotnisku. Wciśnięci gdzieś między maszynę do sprzedaży soków i ścianę. Byle do rana. I kolejne loty: Madryt – Berlin – Warszawa. W końcu. Dwa dni w powietrzu.

W Warszawie byliśmy dosyć późno, tuż przed północą. Gdy poszliśmy odebrać nasze bagaże okazało się, że ich nie ma. Świetnie… Ładne zakończenie wyjazdu. Poszliśmy do biura zgłosić brak naszych plecaków, a tam się okazało, że dotarły one do Polski przed nami, jakimś wcześniejszym samolotem J W końcu mogliśmy wyjść i przywitać się ze stęsknioną mamą. Ale żeby nie było tak łatwo zatrzymała nas jeszcze pani celniczka ze słowami:

"Dobry wieczór. Polska Kontrola Celna. Skąd Państwo wracają?

"Z Berlina"

"A wcześniej?" – pytała się jakby wiedziała, że lecimy z Ameryki Południowej, a przecież wiadomo, po co się tam lata!

"Z Madrytu" – odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą

"Dobrze, mogą Państwo iść. Witamy w Polsce."

Czasami opłaca się kombinować z lotami! I oczywiście, żeby nie było, chodzi mi tylko o to, że biedna Pani Celniczka marnowałaby swój i nasz czas na znalezienie niczego, bo jedyne co "przemycaliśmy" z Ameryki Południowej to tysiące zdjęć i setki wspaniałych wspomnień. A to chyba nie jest nielegalne J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz