czwartek, 5 listopada 2015

The best of Nairobi

Nairobi. Stolica Kenii, a dla nas punkt wypadowy na kolejne wycieczki po kraju. I oczywiście miejsce, gdzie moja Sally brała ślub J

Pomimo, że ciągle się wokół Nairobi kręciliśmy zwiedzanie miasta zostawiliśmy sobie na samiuteńki koniec. Może też dlatego, że nie ma w nim aż tak dużo do oglądania. Długo przed przylotem do Afryki słyszałam opinie, że w Afryce miast nie ma co zwiedzać. Że wszystkie są takie same: brudne, głośne, chaotyczne. I chyba rzeczywiście coś w tym jest. Pomimo, że Kenia jest jednym z najbogatszych krajów w regionie i co roku odwiedza ją tysiące turystów, jej stolica zdecydowanie nie jest jej główną atrakcją. Safari, Kilimandżaro, plaże koło Mombasy: jak najbardziej, a Nairobi? No właśnie: brudne, głośnie, chaotyczne... ale nie tylko!

Jest tutaj parę miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić. I wcale nie mówię teraz o slumsie Kibera, który jest jednym z największych slumsów na świecie, a w internecie reklamuje się jako „the friendliest slum in the world”. Nam udało się zobaczyć tylko parę z polecanych nam atrakcji miasta i szczerze mówiąc każdą z nich możemy Wam z czystym sercem zarekomendować

1. Nairobi National Museum

Muzeum to zostało założone w 1910 roku przez grupę entuzjastów historii naturalnej, którzy chcieli znaleźć miejsce gdzie mogliby przechowywać i prezentować swoją kolekcję zwierząt. Szybko okazało się, że oryginalny budynek (Nyayo House) jest za mały, aby pomieścić wszystkie eksponaty i w 1922 roku muzeum przeniesiono do nowego budynku, w którym obecnie znajduje się Nairobi Serena Hotel. W roku 1930 trafiło ono w końcu w miejsce, gdzie znajduje się dziś.

Obecnie muzeum mieści niesamowitą kolekcję sztuki afrykańskiej, olbrzymią kolekcję wypchanych ptaków oraz ssaków zamieszkujących Kenię, a także wystawę geologiczną. Moją szczególną uwagę przykuła jednak wystawa poświęcona zwyczajom plemion zamieszkujących Kenię oraz historii kraju. Na wizytę w muzeum zdecydowanie warto poświęcić kilka godzin.

Porady praktyczne: Muzeum otwarte jest codziennie od 08:30 do 18:00. Można do niego dojść na piechotę z centrum (około 20-30 minut spacerem) albo złapać taksówkę, bądź autobus. Cena wstępu: 1200 KSH (można połączyć z biletem do Parku Węży: 1500 KSH)

2. Park Węży (Snake Park)

Nie jest to może miejsce szczególnie godne polecenia dla osób, które po pierwsze za wężami nie przepadają, a po drugie nie są takimi fanatykami tych uroczych stworzeń jak Albin, jednakże zdecydowanie warte odwiedzenia przy okazji wizyty w Nairobi National Museum.

Pierwsze węże zostały wystawione na pokaz odwiedzających w roku 1958  i szybko stały się dużą atrakcją. Trzy lata później od Nairobi National Museum odkupiono część ziemi, aby zapewnić naukowcom miejsce do badań nad rozmnażaniem się gadów. Wówczas oficjalnie został otwarty Park Węży oraz przylegający do niego ogród botaniczny. Obecnie jest on odwiedzany przez ponad 100,000 turystów rocznie i służy nie tylko badaniom nad gadami, ale także jako swoisty sierociniec dla różnych gadów przechwyconych z rąk kłusowników, handlarzy, czy też złapanych u mieszkańców stolicy w przydomowych ogrodach.

Porady praktyczne: Park Węży znajduje się przy Nairobi National Museum i jest otwarty codziennie od 08:30 do 17:30. Cena wstępu za sam park: 1200 KSH (wg nas zdecydowanie za dużo, warto natomiast kupić wspomniany już przez nas wcześniej łączony bilet za 1500 KSH obejmujący Park Węży oraz Narodowe Muzeum Nairobi)

3. Sierociniec Słoni - David Sheldrick Wildlife Trust

Jak dla mnie atrakcja Nairobi numer 1! Jest to fundacja charytatywna założona w roku 1977 przez Daphne Sheldrick ku pamięci jej zmarłego męża Davida. Daphne jako pierwszej na świecie udało się opracować specjalną formułę mleka, którymi karmi się słoniątka. Słonie w sierocińcu najczęściej są ofiarami kłusowników, którzy zabiwszy matkę dla jej wspaniałych kłów, zostawiają maleństwo na niemal pewną śmierć. Jeżeli uda się je na czas znaleźć zwożone są one tutaj z obszaru całej Kenii. W fundacji dostają one swoich opiekunów, którzy się nimi na co dzień zajmują: karmią je, bawią się z nimi, przytulają… A takie słoniątko potrzebuje bardzo dużo uwagi i miłości. Jedna z moich koleżanek starała się dostać do nich na wolontariat. Odmówiono jej mówiąc, że niestety nie przyjmują oni do pracy kobiet. Pewnie zastanawiacie się niby dlaczego? (ja się zastanawiałam J) Przyczyną jest natura: kobieta może zajść w ciążę i musieć opuścić słoniątko, aby zająć się swoim maleństwem, a że słonie się bardzo do swoich opiekunów przywiązują, toteż w fundacji starają się im takich niepotrzebnych nerwów oszczędzić. Na swojej stronie internetowej (https://www.sheldrickwildlifetrust.org/) przedstawieni są wszyscy pracujący dla fundacji opiekunowie i łatwo można zauważyć, że wszyscy pracują tam już od dłuższego czasu. A jeżeli mielibyście ochotę wesprzeć fundację (do czego ogromnie zachęcam) to możecie sobie na stronie fundacji wybrane słoniątko adoptować J

Porady praktyczne: Najłatwiej oczywiście dostać się tam taksówką, która z centrum powinna kosztować około 1500 -2000 KSH. Nas przywiozła moja przyjaciółka, ale wiem, że do samego wejścia do parku narodowego można podjechać autobusem bądź matatu (lokalnym busikiem). Potem wystarczy przejść drogą około kilometra uważając na krążące wokół dzikie zwierzęta (w końcu to park narodowy J). Turyści mogą odwiedzać centrum codziennie o godzinie 11:00 kiedy to słoniątka są karmione przez swoich opiekunów z mega wielkich butelek. Cena wstępu to 500 KSH.

4. Centrum Żyraf - African Fund for Endangered Wildlife

Miejsce, gdzie dla odmiany chroni się żyrafy, a w szczególności ich jeden gatunek: żyrafy Rothschilda. Główną atrakcją jest karmienie tych uroczych zwierząt z położonego na wysokości ich głów tarasu. Przy wejściu dostaje się garść czegoś co wygląda jak karma dla psów, którą żyrafy się ze smakiem zajadają. Ponieważ ich języki są antyseptyczne, niektórzy decydują się na karmienie ich podając im smakoszki z ust (taki jakby pocałunek z języczkiem J). Ponieważ w centrum nie ma zbyt wiele poza tym do roboty warto się wybrać na krótką prezentację, podczas której dowiemy się sporo ciekawych faktów nie tylko na temat samych żyraf (np. jak rozróżniać ich poszczególne gatunki, czy też jaką długość ma język żyrafy), ale także często im towarzyszących im guźców.

Porady praktyczne: Centrum żyraf położone jest niedaleko od Sierocińca Słoni i warto je odwiedzić podczas jednej wycieczki. Poruszanie się pomiędzy tymi dwoma miejscami transportem publicznym nie należy do najbardziej oczywistych, więc najłatwiej będzie wynająć taksówkę. Ewentualnie można się popytać miejscowych o jadące w tym kierunku matatu. Nam się udało dzięki temu, że po mieście obwoziła nas moja kochana Sally. Cena wstępu:  1000 KSH (w cenę wliczone jedzenie dla żyraf)

Oczywiście na tym nie kończy się lista miejsc wartych odwiedzenia podczas pobytu w Nairobi. Oto niektóre, z tych, które były nam gorąco polecane, a do których nie udało się nam dotrzeć z powodu braku czasu:

1.  Bomas od Kenya –skansen i centrum kulturowe, w którym codziennie odbywają się różnego rodzaju przedstawienia, tańce itp.
2.      Archiwum Narodowe – mieści m.in. kolekcję sztuki afrykańskiej

3.     Muzeum Karen Blixen – muzeum mieszczące się w domu, który dawniej należał do Karen Blixen (tej od „Pożegnania z Afryką” dla niewtajemniczonych ;) )

wtorek, 27 października 2015

Afrykańskie wesele (współcześnie)

W zeszłym tygodniu przytoczyłam Wam fragment książki opisujący jak wyglądał ślub Kikuyu przed przybyciem białych do Kenii. A jak wygląda współczesne kenijskie wesele? Nie było nam dane brać udziału w uroczystości zapłaty posagu, podczas, których ustala się cenę panny młodej, gdyż miały one miejsce parę miesięcy wcześniej. Wszystko co wiem z opowieści mojej przyjaciółki, to to, że cenę nadal tradycyjnie ustala się w kozach, ale przelicza się je na gotówkę. Sama uroczystość dla niej samej była bardzo nudna, gdyż musiała ona siedzieć schowana przed resztą rodziny przyszłego męża i tylko od czasu do czasu koleżanki przychodziły ją rozerwać. W pewnym momencie wraz z innymi koleżankami, całe zakryte zostały pokazane narzeczonemu, który musiał rozpoznać swoją wybrankę spośród innych dziewczyn. Sally mówiła mi również, że trochę się denerwowała, że może się on pomylić, a jest to straszny wstyd dla wybranki, więc wcześniej ostrzegła Davida, jakie buty będzie nosić i jaką spinkę będzie miała we włosach, aby wiedział, na którą z dziewczyn wskazać.

Jeżeli chcecie poznać relację z ceremonii zapłaty posagu możecie więcej o niej przeczytać u Ewy Serwickiej z Daleko Niedaleko.

Ja tymczasem opowiem wam o kenijskim (czy też raczej powinnam powiedzieć Kikuyu) weselu.

---------------------------------------------------------------

Śpię twardo, kiedy cały dom powoli zaczyna budzić się do życia. Dzień przed ślubem Sally wygoniła z domu wszystkich facetów i na noc zostałyśmy same dziewczyny – 7 druhen. Gdy otwieram oczy za oknem jest jeszcze zupełnie ciemno.

„Wstawaj. Pora się zbierać” słyszę za uchem. Jennyyy… która to godzina? 4?! Rety… a tu cały dzień uroczystości nas czeka… No ładnie… No ale skoro o 7:00 mamy być u mamy Sally, która mieszka w wiosce Kikuyu pod Nairobi, a w międzyczasie mamy się ubrać, umalować, to chyba rzeczywiście musimy się zbierać. O 4:30 kierowcy już czekają  na nas pod domem i wszystkie jedziemy do kosmetyczki. Tam szybkie, skromne śniadanie, makijaż, ubrania, strojenie się, pindrzenie i o 06:30 połowa z nas jest już w drodze do Kikuyu. Druga połowa dojedzie nieco później, bo nie wyrobiły się z makijażem.

U Sally mamy w domu już czekają goście. Żarty, przyśpiewki, dzieciaki latają dookoła, wesoła rodzinna atmosfera. Wszyscy czekają na rodzinę pana młodego, która ma przyjechać odebrać pannę młodą. Niby cena już była wcześniej ustalona, ale zawsze jeszcze można się coś tam starać wytargować. Rodzina panny młodej może się rozmyślić, zażądać większej kwoty. Negocjacje mogą się ciągnąć w nieskończoność. Parę dni wcześniej siostra Sally ostrzegała mnie, że jeśli negocjacje będą się przeciągać, to mam ją ukradkiem wyprowadzić tylnym wyjściem, chyłkiem, chyłkiem, przez wąską błotnistą ścieżkę. Wszystko po to, aby NA PEWNO być  w kościele przed 10:00, gdyż podobno pastor jest bardzo surowy i już zdarzało mu się odwoływać spóźnialskim śluby.


Około 08:00 przyjeżdża rodzina Davida. Już z daleka słychać ich śpiewy. Przez paręnaście minut stoją pod bramą śpiewając i prosząc o wpuszczenie. Gdy w końcu udaje im się dostać pod dom następują śpiewne negocjaje. Punktem kulminacyjnym jest ustalenie ostatecznej ceny za pannę młodą. Obchodzi się bez zbędnego przeciągania, jako, że dobrze sytuowana rodzina Davida zaproponowała cenę na tyle wysoką, że nie bardzo jest tam już co negocjować, więc całe śpiewy i dalsze negocjacje odbywają się już tylko dla utrzymania tradycji.

Może jeszcze dodam, że podczas negocjacji panna młoda ponownie jest ukryta w domu. Dopiero kiedy ustalona zostaje ostateczna cena jest ona przekazana z rąk swoich rodziców w ręce rodziców pana młodego. Podobno według tradycji powinna ona tutaj rzewnie płakać i zawodzić, ale Sally tego oszczędzono. Od domu do samochodu musi ona przejść po pięknych chustach podarowanych przez rodzinę pana młodego, a jej noga nie powinna dotknąć ziemi.

Ponieważ wszystko odbyło się tak sprawnie pod kościołem jesteśmy już około 09:00. Godzina czekania podczas której pan młody nie może zobaczyć panny młodej, która sprytnie skryła się w zakrystii.

Sally jest katoliczką i bardzo jej zależało na katolickim ślubie, a David, który jest metodystą się zgodził. Niestety kościół Sally stwarzał jakieś tam problemy, w związku ze ślubem z osobą z innego wyznania i okazało się, że dużo prościej będzie im zorganizować ślub w kościele metodystów. Tym bardziej, że pastor jest dosyć dobrym znajomym rodziny.

Parę dni wcześniej odbyła się próba ślubu, aby każdy wiedział kiedy ma wejść, gdzie stanąć co i kiedy robić. Teraz gdy nastała godzina 10:00 do kościoła najpierw jeden za drugim weszli druhowie z panem młodym na czele, a za nimi poubierane na pomarańczowo druhny. Na samym końcu pojawia się zasłonięta gęstym welonem panna młoda. Nigdy wcześniej nie byłam na nie-katolickim ślubie, ale wydaje mi się, że cała ceremonia była chyba dosyć amerykańska. Dużo mówienia, przysięga małżeńska, wymiana obrączek, przesypywanie kolorowego piasku do szklanego naczynia (to jak piasek się w tym naczyniu układa ma przedstawiać jak będzie się rozkładać ‘władza’ w związku). Do tego jakieś tańce masajskie (jedna z sióstr Davida ma męża Masaja i stąd ten pokaz). Brakuje za to modlitwy, ewangelii, skupienia.

Po ślubie wszyscy wychodzimy z kościoła. Znowu według ściśle ustalonego wcześniej porządku. Tym razem parami. Najpierw uśmiechnięta od ucha do ucha para młoda, a zaraz za nimi druhny z druhami. Czas na zdjęcia. Najpierw pod kościołem we wszystkich możliwych kombinacjach: rodzina panny młodej, rodzina pana młodego, znajomi z Manchesteru, znajomi z Nairobi, same kobiety, sami mężczyźni, tylko druhny, tylko druhowie… i tak w nieskończoność. A to dopiero początek sesji!

Na ciąg dalszy jedziemy do jednego z najstarszych hoteli w mieście: Fairmont hotel. Piękne miejsce na sesje zdjęciową! Tylko wszystko się strasznie przeciąga. Jest już po 13:00 a my nic nie jedliśmy poza skromnym śniadaniem o 4:00 u kosmetyczki… Do tego upał… Pić… Jeść… Wszyscy są już nieco zmęczeni.

Na 14:00 docieramy na miejsce wesela. Olbrzymi namiot mieszczący stoliki dla 800 osób postawiono w Jockey Club. Zanim się jednak tam dotrzemy czeka nas jeszcze taneczne wejście przy akompaniamencie wykonywanej na żywo pieśni ludowej. Takie pomieszanie naszego węża z „Na prawo, na lewo, w górę i w dół!”. Zresztą sami zobaczcie:



Kiedy w końcu udaje się nam usiąść, nam jako „orszakowi ślubnemu” jedzenie zostaje podane do stołu. Reszta gości musi odstać swoje w kolejce. Do wyboru koza (a raczej jakieś jej suche pieczone kości), paluszki rybne, kurczak, jakiś gulasz, ryż… Na stołach nie ma alkoholu, a na parkiecie się już nie tańczy. To wszystko jest zarezerwowane na wieczorną imprezę w pubie. Teraz czas na przemowy. Och przemowy! Żebym to ja jeszcze mogła je zrozumieć! Ale niby jak, skoro część jest w suahili, część w kikuyu, a gdy w końcu słyszę coś po angielsku to jestem już tak znudzona, że absolutnie mi się tego wszystkiego słuchać nie chce. Od czasu do czasu odchodzę od stołu gdzieś się przejść, zobaczyć co się dzieje dookoła. A nie dzieje się zbyt wiele. Przemowami zaaferowani są chyba tylko państwo młodzi oraz ludzie, którzy akurat przemawiają. Reszta rozłazi się po całym namiocie, część ewakuuje się do lokalnego baru, gdzie można kupić whisky z colą, a ci co pozostali przy stolikach gadają ze sobą nawzajem. Ot i takie wesele. Młodzi dostają od mam piękne, ręcznie wyplatane kosze na zakupy oraz biżuterię. Przemówienia przeciągają się w nieskończoność, gdyż co chwila ktoś z przemawiających się odzywa: „ale ja nie mogę mówić dopóki nie wypowie się ktoś taki i siaki”. W ten sposób zamiast zaplanowanych 6 osób mówi chyba z 12, a cała część oficjalna wesela zamiast 2 godzin trwa 4.

Na koniec po raz kolejny prezentują się Masajowie, pan młody tańczy razem z resztą mężczyzn na sali specjalny taniec dla swojej małżonki, aby potem wspólnie podzielić liczne ciasta, które następnie druhny roznoszą do stolików. I wydaje się, że to właśnie na tą część wszyscy czekali. Właśnie na to ciasto weselne. Kiedy zanoszę talerzyki zgromadzeni na sali ludzie niemal rzucają się na nie biorąc po dwa, trzy, cztery kawałki. Czasem pakując je w serwetki „na wynos”.


Gdy już wszyscy dostali po cieście możemy się zacząć pakować i wracamy do domu. Tam krótka drzemka (pobudka o 04:00 daje o sobie znać) i jedziemy do pubu. Zaczyna się część nieoficjalna. Para młoda w normalnych wyjściowych ubraniach, druhny również pozakładały wygodniejsze, mniej balowe sukienki, a panowie pozdejmowali garnitury. Zaczynają się tańce, picie, jedzenie… Ot… takie wyjście do pubu. Impreza trwa do białego rana, my jednak znużeni całym dniem padamy i około 2:00 wracamy do domu, gdzie z błogą radością wpadamy w ramiona Morfeusza. 

wtorek, 20 października 2015

Afrykańskie wesele (tradycja Kikuyu)

 „[Muthengi]poszedł do matki i poprosił ją o uwarzenie piwa. Następnego dnia rano wyruszył wraz z Ambui oraz młodą żoną Ngarariga. Obie niosły ze sobą pełne tykwy. Znalazł Irumu siedzącego w cieniu drzewa w swojej zagrodzie wraz ze swoimi czterema żonami, ich córkami oraz grupą dalszych krewnych zebranych dookoła. Muthengi przywitał ich z należnym im szacunkiem, przedstawił się, a po krótkiej rozmowie powiedział:

„Widziałem twoją córkę Hiuko przy pracy na polu. Chciałbym, aby uprawiała ona moje pole.

Irumu spojrzał na córkę i spytał:

„Chcesz uprawiać pole syna Waseru?” na co ona odparła: „Tak, chcę”

Wtedy jej matka nalała piwa do rogu i wręczyła go Irumu. Patrząc ponownie na Hiuko powiedział: „Córko, jeśli nie podoba ci się ten mężczyzna, nie pij”. Ale ona odparła: „Wypiję”. Po tym jak Irumu wypił, napełnił róg ponownie piwem i podał go matce Hiuko, a następnie swoim pozostałym żonom oraz krewnym. Przez resztę poranka ustalano cenę za pannę młodą. Irumu poprosił o zwyczajowe trzydzieści kóz oraz dodatkowo cztery grube barany, 15 tykw piwa oraz 10 kóz po narodzinach pierwszego dziecka.

Tego wieczora, kiedy kozy zostały zagnane do zagrody, Muthengi i jego ojciec wybrali ze stada dwadzieścia]. Wraz z dwoma przyjaciółmi z tej samej grupy wiekowej, Muthengi zawiózł je do Irumu. Szaman dokładnie oglądnął każdą kozę, która została przed nim postawiona i w końcu opłata została zaakceptowana. Następnego wieczora przywieziono kolejne dziesięć kóz oraz dwa barany (…)

Następnego ranka wszystkie kobiety z domostwa Waseru przyniosły tykwy pełne piwa do Irumu, gdzie czekając na prezenty zgromadziła się rodzina panny młodej. Jeden z tłustych baranów został zabity i usmażony na ruszcie. Cały dzień rodziny Irumu i Waseru razem jadły i piły. Tego wieczora kobiety z obu rodzin, rozgrzane alkoholem oraz emocjami wykonały w zagrodzie taniec kobiet zwany Getiro. Jako znak wielkiego zadowolenia Wanjeri [matka pana młodego] wylała sobie, a następnie kobietom z rodziny swoje męża na głowę kleik podarowany jej przez matkę Hiuko. Na koniec dnia matka Hiuko, wsadziła w puste tykwy podarowane przez Wanjeri, po źdźbłu trawy na znak pokoju między dwoma klanami, po czym goście rozeszli się do swoich domów.

Tego samego dnia Muthengi poszedł do szamana ze swojego klanu prosić o pozwolenie na kultywację ziemi, z lasu koło pola swojego ojca. Szaman się zgodził, gdyż ten fragment lasu należał do klanu i nikt nie rościł sobie do niego praw.

---------------------------------------------------------------

Następnego dnia grupa młodych mężczyzn z grupy wiekowej Muthengi pojawiła się wcześnie rano, aby pomóc mu wykarczować las i przygotować zagrodę, w przygotowaniu na przybycie panny młodej. Kobiety w domu zajęte były przygotowywaniem trzciny na piwo, pite do mięsa. Dwa inne napoje piwne były także warzone: jeden na wprowadzenie panny młodej do nowego domu oraz drugie na proszenie młodej o uprawianie ogrodu pana młodego. Wieczorem Irumu dał pozwolenie na wydanie córki za mąż i następnego dnia Muthengi mógł ją do siebie zabrać.

Od wschodu słońca przyjaciele Muthengi wraz z przyjaciółmi pracowali nad budową chaty w bezpośrednim sąsiedztwie domu matki Muthengi. Popołudniu chata została pokryta strzechą przez matkę Mathengi oraz jej przyjaciółki i przed wieczorem dom był gotowy. Tego wieczoru czterech młodzieńców z grupy wiekowej Muthengi, ubranych w pełne stroje obrzędowe, wyskoczyło  z krzaków z dzikim krzykiem na Hiuko, podczas gdy opuszczała ona zagrodę swojej matki. Szarpała się i krzyczała jak było w zwyczaju, ci natomiast zanieśli ją do jej nowego domu.

Tam przez cztery dni leżała ona na łóżku twarzą w dół, jęcząc i płacząc oraz śpiewając melancholijne pieśni wychwalające zalety jej klanu, skąd została zabrana z przyjaznego schronienia. Jej mąż w tym czasie do niej nie podchodził, ani się do niej nie odzywał. Ambui oraz żona Ngarariga przynosiły jej jedzenie, a jej przyjaciółki przychodziły ją pocieszać. Jednak Hiuko jęczała i płakała jak opuszczona przez wszystkich dusza, śpiewając pieśni, których słów nauczyła się podczas swojej ceremonii obrzezania.

Po czterech dniach Muthengi po raz pierwszy wszedł do domu przynosząc tykwę z tłuszczem. Panna młoda wysmarowała sobie tłuszczem głowę, po czym w towarzystwie Ambui opuściła dom i złożyła wizytę swojej matce. Tej nocy po raz pierwszy wróciła do domu i spała ze swoim mężem. Następnego dnia Muthengi zaniósł Irumu piwo za kradzież córki.

Przez następny miesiąc Hiuko nie gotowała tylko jadła to co ugotowała jej teściowa. Po miesiącu ogolono jej głowę, a ona złożyła po raz ostatni wizytę w domu swojego ojca. Irumu wyszedł jej na powitanie z małą koziczką na ręce. Wiele dzieci przybiegło jej na powitanie, ale ona miała twarz zasłonięta bukietem liśćmi. Była to ostatnia szansa, aby zerwać małżeństwo. Jeżeli powiedziałaby ojcu, że jest bardzo nieszczęśliwa ten mógłby się zgodzić na oddanie tego co zostało mu zapłacone i przyjąć córkę z powrotem. Ale Hiuko nie miała żadnego powodu, aby to robić. Ojciec wysmarował jej głowę tłuszczem, a matka dala jej tykwę pełną kleiku dla męża. Zanim nastała noc panna młoda wróciła do swojego nowego domu.

Następnego dnia rano Wanjeri wzięła ją do lasu, po drewno na ogień, a następnie nad rzekę, aby wybrała sobie trzy wielkie kamienie na swoje panisko. Te kamienie, raz wybrane, staną się tak bliskie Hiuko, że nigdy nie mogą zostać porzucone bądź wymienione na inne. Tego dnia Wanjeri dala jej też garnek do gotowania, nóż oraz świeżo zrobiony kleik. Wanjeri ugotowała pierwszy posiłek złożony z czarnej fasoli w nowym garnku, aby pokazać synowej jak należy gotować. Młodzi zjedli ten posiłek w samotności.”

(fragment książki „Red Strangers” Elspeth Huxley, tłumaczenie własne)

wtorek, 13 października 2015

Stworzenie swiata wedlug Kikuyu

Na początku Bóg stworzył świat. Najpierw zmieszał ziemię z wodą tak jak kobieta miesza glinę na garnek i stworzył Kerinyagga (Górę Kenia) oraz uformował świat wokół nas. Następnie Bóg stworzył mężczyznę, którego nazwał Gikuyu i wysłał go do kopania ziemi w miejscu koło rzeki Chania. Jednakże tęcza, która wówczas zamieszkiwała ląd i była rodzajem węża  przyszła walczyć z Gikuyu. Dlatego Bóg dał mu żonę, której na imię było Mumbi, rodzicielkę, od której wywodzą się wszyscy ludzie z plemienia Kikuyu. Urodziła ona 9 córek, od których wywodzi się 9 grup plemiennych Kikuyu (…)

Gikuyu miał syna Njiri, któremu nakazał rozdzielić wodę od ziemi. Wykopał on wiele tuneli, którymi popłynęła woda tworząc rzeki. Wtedy Bóg uwięził tęczę w wodospadach, gdzie żyje ona do dzisiaj. Czasami można ją zobaczyć przyczepioną do kamienia, gdzie woda się rozbryzguje. Nocą natomiast wychodzi ona z wody w poszukiwaniu kóz i bydła, które mogłaby  zjeść, skacze ona wówczas między drzewami, jednakże jej ogon musi zawsze pozostawać w wodzie.

(…) Dawno temu stary mężczyzna ze swoją żoną rozpoczęli wędrówkę przez Kerinyagga. Po drodze zabrakło im jedzenia i niemal umarli z głodu. Starzec wspiął się wówczas na szczyt Góry Kenia, aby spotkać się z Bogiem i poprosić go o jedzenie. Bogu zrobiło się go szkoda i podarował mu owce i kozy. To od tych zwierząt pochodzą obecnie wszystkie owce i kozy Kikuyu.” (fragment książki „Red Strangers” Elspeth Huxley, tłumaczenie własne)

---------------------------------------------------------------

Po powrocie z Mombasy wybraliśmy się wraz z bratem Sally na wycieczkę dookoła Góry Kenia (Kerinyagga). Jest to najwyższa góra w Kenii oraz druga najwyższa góra w Afryce. Wznosi się ona na wysokość 5199 m n.p.m. i przez chwilę nawet rozważałam opcję wejścia na szczyt. Niestety ograniczenia czasowe (skończyło się nasze cudne bezterminowe podróżowanie, a wróciły 2-tygodniowe, ściśle ograniczone kupionymi biletami wakacje) oraz moje „zamiłowanie” (a raczej jego brak) do dużych wysokości skutecznie na ten pomysł z głowy wybiły. Zdecydowaliśmy się w zamian za to na przejazd główną drogą prowadzącą wokół góry.

Niestety Kerinyagga (co w języku kikuyu oznacza dosłownie Noszący Koronę) nie była dla nas łaskawa i przez całe dwa dni chowała się za szczelną zasłoną z szarych chmur. Niby nie padało, niby było gorąco, a góry nawet na chwilę nie udało nam się zobaczyć pomimo, że była całkiem blisko nas. Zobaczyliśmy natomiast kenijskie wioski i miasteczka, pełne kolorowych ulicznych sprzedawców owoców, przydrożnych hotelików oraz brudnych marketów; po raz kolejny przekroczyliśmy równik; zmierzyliśmy się z pędzącymi na złamanie karku i niedbającymi o nikogo na drogach sprzedawców khat’u (lokalnego narkotyku jeszcze do niedawna legalnie sprowadzanego między innymi do Wielkiej Brytanii); zobaczyliśmy jak wygląda „letni domek” na wsi bogatych Kenijczyków.


Pomimo więc, że samej świętej góry Kikuyu nie udało się nam zobaczyć wycieczka obfitowała we wrażenia, a Kerinyagga? No cóż… Będzie tu trzeba wrócić :)


---------------------------------------------------------------

P.S. Zainteresowanym kulturą Kikuyu gorąco polecam niesamowitą książkę Elspeth Huxley "Red Strangers". Recenzja niedługo na blogu :)



piątek, 5 czerwca 2015

"Jedzie pociąg z daleka i na wszystkich poczeka" czyli kenijskie "pole, pole!"

Po całym dniu na boskiej plaży czekała nas długa podróż pociągiem. 500 kilometrów, które poprzednio pokonaliśmy jadąc pędzącym na złamanie karku autobusem, postanowiliśmy tym razem pokonać w dawnym stylu: starym, wolnym pociągiem, wlekącym się koło za kołem między innymi przez malownicze okolice Parku Narodowego Tasvo. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy z tego jak wolna, ale i pełna nowych znajomości to będzie podróż.

Gdy parę dni wcześniej kupowaliśmy bilety jak zwykle zaoferowano nam najpierw najdroższą opcję: pierwsza klasa z obiadem (4405 KSHS). My jednak nie lubimy pławić się w luksusach, więc wprost powiedziałam miłemu panu, że chcemy jak najtańsze bilety. Opcja drugiej klasy ze śniadaniem (2335 KSHS). Czy to jest najtańsze co macie? Tak. No to bierzemy! 

Przy odbiorze naszych miejscówek przed odjazdem pociągu pani poinformowała nas, że pociąg będzie miał opóźnienie. Prawdopodobnie około dwóch godzin. Zapytana dlaczegom jak gdyby nigdy nic odparła: „Engine is not ready”. Hmmm.. No fakt, bez silnika za daleko nie dojedziemy… Trzeba czekać…

Z Asią wybrałyśmy się na zakupy spodziewając się, że opóźnienie może ulec zmianie, a my zagwarantowane mamy tylko śniadanie. Gdy około 22:00 (planowany odjazd 19:00) usłyszeliśmy, że pociąg odjedzie po północy, to tylko pół żartem – pół serio stwierdziliśmy, że no tak, po północy… ale ile po tej północy tego już nie wiadomo… 

Albin zmęczony upałem postanowił pójść do przedziału spać. Mnie z Aśką gryzły trochę komary, ale wolałyśmy je niż duchotę pociągu. Przy okazji miałyśmy okazję poprzyglądać się nieco otaczającym nas ludziom oraz zawrzeć pierwsze znajomości. Znudzeni pasażerowie rozsiedli się wzdłuż całego peronu. Niektórzy siedzieli na swoich walizkach, inni spali przy ścianie czy na ławkach. Jeszcze inni stali w grupach żywo rozmawiając. Gdzie się nie pojawiliśmy wywoływałyśmy małą sensację. 

Po pierwsze byłyśmy białe. A poza nami w całym pociągu biała była tylko para Niemców z pierwszej klasy, którzy przyszli na chwilę z nami pogadać, ale do rozmów z miejscowymi jakoś za bardzo im się nie spieszyło. A my na wszelkie próby nawiązania znajomości byłyśmy bardzo otwarte.

Po drugie przydała się tutaj moja szczątkowa znajomość suahili. Ilekroć ktoś nas zaczepiał, grzecznie odpowiadałam: „Habari ya jioni!” (Dobry wieczór!), po czym się przedstawiałam, mówiłam, że mówię troszkę w suahili oraz pytałam jak ten ktoś ma na imię. Przyjemnie było obserwować prawdziwe zdziwienie malujące się na twarzach Kenijczyków, że jakaś tam mzungu z dalekiego kraju postarała się i coś tam w tym ich języku szprecha. 

Prawdziwą jednak furorę zrobiłam popisując się swoją znajomością języka Kikuyu. I chyba należy się Wam nieco wyjaśnienia. Kenię zamieszkują 42 różne plemiona (o czym Kenijczycy przypominali nam niemal na każdym kroku, aczkolwiek według różnych informacji plemion tych może być nawet do 60). Najbardziej znanym są oczywiście Masajowie. Co wcale nie oznacza, że są najliczniejsi. Po prostu się najlepiej reklamują. Najliczniejszym plemieniem są natomiast właśnie Kikuyu. Szczerze jednak mówiąc jeżeli ktoś w Kenii nie był, albo nawet był, ale sprawy etniczne ma głęboko w poważaniu, to tego wiedział nie będzie. Co dopiero mówić o znajomości ich języka! Moja znajomość kikuyu ograniczała się wprawdzie do zwrotów: „Dzień dobry, mam na imię Justyna, nie mówię w kikuyu”, ale wystarczyło to, aby stać się lokalną atrakcją.

Bycie takim zjawiskiem jak znająca kikuyu mzungu wiąże się także z wyzwaniami. Po krótkim zapoznaniu się z przesympatyczną Kenijką z trzeciej klasy (no jak się okazało taka też jest, ale podobno nikt by nam na nią biletu nie sprzedał bojąc się o nasze bezpieczeństwo), w którym ona stwierdziła, że uwielbia śpiewać, poprosiłam ją o zaśpiewanie dla nas piosenki w swoim języku. Ona jednak odparła, że zaśpiewa pod warunkiem, że my zaśpiewamy najpierw. No i tutaj należą się duże brawa dla Asi, która kiedyś śpiewała w jakimś znanym chórze w Polsce, bo inaczej chyba byśmy się na maksa skompromitowały :) Wydzierając się wniebogłosy na cały peron zaśpiewałyśmy pierwsze, co nam przyszło do głowy czyli: „GDY STRUMYK PŁYNIE Z WOLNA!!!!!! ROZSIEWA ZIOŁA MAJ!!!!!!” Dotarłyśmy do końca pierwszej zwrotki i stwierdziłyśmy, że wystarczy, już chyba cały pociąg nas usłyszał! :) W zamian usłyszałyśmy piękną, zaśpiewaną delikatnym głosem, nieco rzewną pieśń kikuyu (a ja byłam przekonana, że wszystkie pieśni afrykańskie są pełne rytmu i energii!). 

Chwilę po północy, kolejny komunikat o dalszym opóźnieniu… Czekamy… Kenijskie pole, pole, czyli odpowiednik południowoamerykańskiej mañany, (slowly, slowly - jak mi tłumaczył mój kenijski kolega) nabiera tu nowego znaczenia. Powoli… gdzie się spieszyć… przecież na wszystko jest czas… 

W międzyczasie na ławce koło nas przysiadł nieco podpity facet koło którego latała dwójka dzieci: prześliczna około pięcioletnia dziewczynka i nieco młodszy chłopiec. Okazało się, że rezolutna mała, która wszystkich rozstawia po kątach jest jego córką. Dziewczynka ma na imię Blessing czyli Błogosławieństwo, gdyż tym właśnie jest dla swojego ojca. Parę miesięcy wcześniej jej matka zostawiła mu ją na wychowanie sama wybierając komfortowe życie bez dzieci. On twierdzi, że dobrze się stało, gdyż zanim matka zupełnie zrzekła się praw do dziecka, młoda była przenoszona raz do jednej raz do drugiej szkoły. Teraz uczy się w prywatnej szkole jego siostry, która zresztą wkrótce przyłącza się do rozmowy.

Z czerwonym irokezem na głowie już dawno rzuciła się nam w oczy. Przy bliższym poznaniu okazała się być pełną werwy dyrektorką szkoły pod Mombasą, o której opowiada nam z zapałem. O tym jak w jej szkole uczą się biedne dzieci, których normalnie nie stać na naukę w prywatnych szkołach. Ich nauka jest opłacana z czesnego płaconego przez rodziców bogatszych dzieci. Mądra dyrektor widzi, kto naprawdę nie ma pieniędzy, a kto tylko zgrywa biedaka. W małej wiosce ciężko coś takiego ukryć. Dzieci w szkole dostają mundurki, książki i posiłki. A jej zadaniem jest aby nikomu nic nie brakowało. Pokazywała nam zdjęcia nowo wybudowanej szkoły oraz różnych imprez, które się tam odbywają. Podczas rozmowy jak mantrę powtarzała, że do wszystkiego doszła własnymi rękoma, bez praktycznie żadnej pomocy z zewnątrz.

Około drugiej nad ranem schowałyśmy się do przedziału. Temperatura wewnątrz spada do znośnej, a nam już chciało się spać. Aśka dołączyła do Albina, a ja nie chcąc przegapić momentu odjazdu pociągu (bo jak później będę mogła dać znać Sally w Nairobi gdzie jesteśmy i za ile będziemy?) stałam na korytarzu patrząc w powoli usypiające życie na peronie. W pewnym momencie podszedł do mnie młody chłopak. Okazało się, że wraz ojcem jadą na święta do babki mieszkającej w Kisumu nad Jeziorem Wiktorii. Babka Ligondo jest chrześcijanką, ale ojciec, gdy poznał matkę postanowił przejść na islam, aby móc wziąć z nią ślub. W Kenii zresztą taka zmiana religii nikogo chyba za bardzo nie dziwi. Tym sposobem pomimo, że rodzina mojego nowego znajomego jest muzułmańska, wraz z babką obchodzą chrześcijańskie święta. Prawdziwy ekumenizm, który stworzył nam okazję do pełnej refleksji rozmowy o religii do białego rana.

O 05:00, gdy na horyzoncie powoli zaczął się budzić nowy dzień, naszym pociągiem w końcu szarpnęło. Wyglądnęłam przez okno i zobaczyłam wskakujących do wolno jadącego pociągu ludzi. Odczekałam jeszcze chwilę, aby się upewnić, że tym razem już na dobre jedziemy (wcześniej parę razy nami szarpnęło, ale nigdzie nie pojechaliśmy) i wysłałam smsa do Sally, po czym błogo wpadłam w objęcia Morfeusza.

Niecałe trzy godziny później obudził mnie panujący w przedziale zaduch. Ze zdziwieniem zorientowałam się, że znowu stoimy na jakiejś bocznicy. Ludzie znowu powychodzili z wagonów i porozkładali się w cieniu pociągu przy torach. Nic nie wskazywało abyśmy mieli niedługo ruszyć. Wyszliśmy zorientować się w sytuacji. Dosyć szybko natknęliśmy się na znajomych Niemców. Jak przystało na turystów z rozwiniętego kraju mieli ze sobą GPS-a i po krótkim przywitaniu podzielili się z nami radosną nowiną:

„Daleko, to żeśmy nie dojechali… Jesteśmy 3 km od stacji wyjazdowej. Na przedmieściach Mombasy…”

O żesz… No to ładnie… Według oryginalnego planu o tej godzinie to mieliśmy już dojeżdżać do Nairobi… No, ale to w końcu Kenia… Pole, pole. No nic. Na ten dzień i tak nie mieliśmy żadnych planów. Równie dobrze możemy go spędzić w pociągu.

Okazało się, przed nami zepsuł się inny pociąg blokując przejazd. Teraz czekaliśmy na powrót lokomotywy, która pojechała go ściągnąć. Według obietnicy kierownika pociągu maksymalnie pół godziny. „Słowo!”

Z pół godziny szybko zrobiła się godzina, która minęła nam na jedzeniu śniadania oraz toczeniu rozmów z ludźmi podróżującymi trzecią klasą. Schodzili się do nas grupami ciekawi gości z tak egzotycznego dla nich kraju jakim jest Polska. Rozmawialiśmy z nimi dużo o sytuacji polityczno-gospodarczej w Kenii, uświadamiając im, jak dużo osiągnęli jako kraj biorąc pod uwagę, że niepodległym państwem są dopiero od 1963 roku. Wszyscy narzekali jak to u nich jest biednie i źle, w ogóle nie zwracając uwagi na postępujący rozwój kraju, budowane koleje, drogi, nowe inwestycje. Kenia uważana jest za drugie po RPA państwo w Afryce pod względem atrakcyjności dla inwestycji zagranicznych. Wiadomo, nie powinno się tego porównywać z krajami europejskimi, ale biorąc pod uwagę inne kraje w regionie wydaje mi się, że Kenia zaszła naprawdę daleko. A walka z wszechobecną korupcją jest chyba problemem większości młodych krajów.

Po godzinie czekania nasz pociąg rzeczywiście w końcu ruszył. I tym razem już na dobre. Jechaliśmy dużo wolniej, gdyż co chwila musieliśmy się zatrzymywać, aby przepuszczać jadące z naprzeciwka pociągi, ale poruszaliśmy się do przodu i to było dla nas najważniejsze.

Po drodze mijaliśmy maleńkie wioseczki, z których zlatywały się całe gromady dzieci, aby machać do przejeżdżającego pociągu. Jak tylko zobaczyły wystające z pociągu białe gęby, do machania dochodziły radosne okrzyki i podskoki. Pocieszny widok :) Zapewne rzadko mają okazję zobaczyć w dzień pociąg pasażerski i taki przejazd jest dla nich nie lada atrakcją.

I tak powoli jechaliśmy… W upale… Podziwiając mijane krajobrazy… Bawiąc się z dzieciakami z pociągu… Jedząc owoce… Rozmawiając… Kontemplując… 17 godzin… Pole, pole....

Do Nairobi dotarliśmy w końcu o 5:00 nad ranem. Świat ponownie budził się do życia. Obudziliśmy „naszego” taksówkarza, który zawiózł nas wprost do domu Sally, gdzie po krótkiej drzemce mogliśmy podzielić się naszymi opowieściami z podróży z naszymi wspaniałymi gospodarzami.

poniedziałek, 25 maja 2015

Mombasa - ruiny, krokodyle i plaża

„Gdzie chcecie iść? Na River Road? Nie ma mowy! Przecież wy stamtąd żywi nie wyjdziecie!” – powiedziała Sally, gdy usłyszała skąd chcemy złapać autobus. No niby OK, ale w przewodniku było napisane, że stamtąd właśnie odjeżdżają wszystkie autobusy do Mombasy… Jak inaczej mamy poszukać tanich autobusów, które nie reklamują się w internecie? Jak inaczej możemy poznać prawdziwy smak afrykańskiej przygody?

Szybki telefon do siostry (tej co załatwiła nam safari) i potwierdzenie, że zabić to raczej nas tam nikt nie zabije, ale musimy uważać na kieszonkowców, a to przecież po Ameryce Południowej żadna dla nas nowina. Po krótkim odpoczynku w Nairobi mogliśmy ruszać na spotkanie z Oceanem Indyjskim.

-------------------------------------------

Taksówkarz wysadził nas tuż przy biurze jednej z firm przewozowych. Na ulicy panował normalny chaos: samochody jeździły we wszystkich możliwych kierunkach, w ogóle nie zwracając uwagi na obowiązujące przepisy ruchu drogowego, pomiędzy samochodami przeciskali się ludzie z pakunkami, żebracy, osobnicy spod czarnej gwiazdy i niesamowicie elegancko poubierane kobiety. Niemal wszyscy się nam mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali.

Trzeba przyznać, że byliśmy jedynymi mzungu (białymi) w zasięgu wzroku. Pozbawione zahamowani dzieci odwracały się za nami nie patrząc gdzie ciągnie je za rękę ich rodzicielka. Jedno wręcz z tego zapatrzenia wpadło w latarnię. Zdarzyło się także, że do Aśki podszedł chłopak – młody, około 20-paro letni i niby „przypadkiem” przejechał jej po ręce. Przyłapany na gorącym uczynku szybko odwrócił wzrok z nieco zawstydzonym uśmiechem na twarzy. Jako biali zdecydowanie rzucaliśmy się w oczy.

Bez problemu udało się nam kupić bilet (aczkolwiek swoje musieliśmy odstać walcząc, aby nikt się przed nas nie wepchnął, do i tak ślimaczo posuwającej się kolejki). Jak zwykle wybraliśmy tańszą opcję. Gdy wsiadaliśmy do autobusu okazało się wprawdzie, że miał on nawet Business class, ale wyglądała ona gorzej niż podrzędny autobus w Boliwii (tyle, że miała szerokie i dosyć wygodne, ale niemiłosiernie brudne siedzenia).

Początkowo droga prowadziła przez przepiękne kenijskie krajobrazy. Dokoła nas rozciągały się porośnięte zielenią wzgórza, krwistoczerwone pola, malutkie wioseczki pomiędzy którymi wszędzie chodzili ludzie: a to z wodą, a to z bydłem, a to po zakupy. Gdy zatrzymaliśmy się na obiad pan w budzie z pamiątkami, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski zapytał:

„Itaka?”

Haha J Chyba sporo wycieczek się tam musi zatrzymywać!

Podróż przebiegała bez większych emocji. Te zaczęły się po zapadnięciu zmroku… Przygotowując się do wyjazdu trafiłam na informację, że nie zaleca się jeździć w Kenii autobusami, bo są niebezpieczne. Pomyśleliśmy jednak z Albinem, że jak zwykle jest to pewnie gruba przesada, ludzie lubią panikować, a potem opowiadają takie niestworzone historie! Nasza historia do tego momentu zdawała się to tylko potwierdzać: przy odrobinie zdrowego rozsądku podróżowanie po Kenii autobusem nie przysparza najmniejszych problemów.

Jakoś jednak myśląc o niebezpieczeństwie nie przyszło nam do głowy to związane ze stylem jazdy. Tym bardziej, że za dnia naprawdę nie można było naszemu kierowcy nic zarzucić. No bo, co? To, że mu się zdarzyło wyprzedzać na zakręcie? Oj tam! Nie takie rzeczy się przeżyło!

Wszystko zmieniło się jak tylko zaszło słońce. W naszego kierowcę jakby się sam diabeł wcielił. Zaczął wyprzedzać na trzeciego, pod górkę, na zakrętach, gnał jak na złamanie karku, a ja nigdy w życiu się tak nie bałam i modliłam abyśmy tylko żywi dojechali do Mombasy. Naprawdę, istny koszmar! A ja raczej do strachliwych nie należę (Drogę Śmierci w Boliwii 3 razy autobusem i raz rowerem przejechałam, nie wspominając innych, naprawdę mrożących krew w żyłach historii).

Gdy dojechaliśmy w końcu na miejsce byłam chyba najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Obiecałam sobie również, że już nigdy w Kenii po zmroku do autobusu nie wsiądę. Dowiedzieliśmy się zresztą, że po zmroku nikt nie kontroluje prędkości na drogach, kierowcy często jeżdżą pijani, albo pod wpływem narkotyków. Więc jeśli macie ochotę na przejażdżkę autobusem upewnijcie się, że jedzie on w ciągu dnia (nasz miał dojechać do Mombasy tuż po zachodzie słońca, ale z powodu korków w Nairobii dotarliśmy na miejsce dopiero około 22:00)

-------------------------------------------

W Mombasie przywitało nas parne, równikowe powietrze. Pomimo późnej pory było tak duszno, że ciężko było oddychać. Pod tym względem Nairobi jest uprzywilejowane. Leżąc na wysokości 1800 m n.p.m. ma zdecydowanie przyjemniejszy klimat.

Od znajomego Sally i Davida, który zgodził się nas u siebie przenocować dowiedzieliśmy się, że lekarze przyjeżdżający pracować w Mombasie dostają całkiem niezłe pensje, mieszkanie i jeszcze parę innych dodatków, byle tylko ich zachęcić do przyjazdu tutaj.

Pierwszego dnia z samego rana wybraliśmy się do centrum zobaczyć znajdujący się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO Fort Jesus. Zanim tam jednak dotarliśmy musieliśmy stoczyć swoją pierwszą wojnę o cenę tuk-tuka. Od Martina dowiedzieliśmy się ile powinna kosztować nas przejażdżka do centrum i dostaliśmy namiary na „uczciwego” kierowcę. Gdy po nas przyjechał, zanim wsiedliśmy standardowo zapytałam się o koszt przejazdu. Gdy wyskoczył nam z ceną dwa razy wyższą od tej jaką podał nam Martin zaczęły się targi. Próbowaliśmy zaangażować ochroniarza, który początkowo przyznał nam rację, ale zmienił zdanie po krótkiej rozmowie w suahili z naszym kierowcą. Gdy do tego nie przemawiały żadne argumenty skończyło się na telefonie do wspólnego znajomego, który po krótkiej rozmowie załatwił nam miejscową cenę.


Nie spodziewaliśmy się jednak, że kolejną wojnę cenową przyjdzie nam rozegrać w samym forcie. I to dlatego, że chcieliśmy być uczciwi i zapłacić pełną cenę biletu! Pani chcąc coś tam ugrać dla siebie na siłę chciała nam wcisnąć bilety dla Kenijczyków (oczywiście licząc za nie nieco więcej dla siebie za „przysługę”). Naprawdę musieliśmy się natrudzić, aby móc kupić normalne bilety. Być może zresztą byśmy się aż tak nie upierali, ale widzieliśmy, że za chwilę jest kontrola tychże biletów i wcale by mnie nie zdziwiło gdyby się okazało, że oni w zamian za „nie zauważenie”, że mamy złe bilety też coś będą chcieli. A w takim wypadku to ja wolę, żeby te pieniądze poszły oficjalnie na utrzymanie zabytku.

Fort Jesus nie powalił nas na kolana. Rozpościera się z niego wprawdzie prześliczny widok na Ocean Indyjski oraz znajdującą się po przeciwnej stronie starówkę, ale nic poza tym. Ot, kolejny zabytek (chyba za dużo się trochę tych fortów w życiu naoglądałam, a jak zapewne wiecie, w przeciwieństwie do Albina nie jestem ich miłośniczką).

Cały pierwszy dzień postanowiliśmy spędzić na poznawaniu miasta. Po wyjściu z fortu przeszliśmy się wąskimi uliczkami starówki. Znajdującym się tam starym kamienicom przydałby się zapewne jakiś mały lifting, ale tak naprawdę odpadający gdzieniegdzie tynk idealnie wpasowywał się w leniwą atmosferę miasta, nadając mu pewnego romantyzmu. Na ulicach co krok ktoś zapraszał nas do wnętrza swojego sklepu z pamiątkami. Nie było to jednak bardzo nachalne, a ciemne, chłodne wnętrza często dawały nam wytchnienie od wszechobecnej duchoty.

Zupełnie inaczej wygląda nowsza część Mombasy: po ulicach pędzą tysiące samochodów i tuk-tuków, które za nic mają pieszych, a po obu stronach arterii wznoszą się pamiętające lepsze czasy biurowce. Spacerem doszliśmy do wielkich aluminiowych kłów, które zostały postawione w centrum miasta w 1953 roku, aby uczcić koronację Królowej Elżbiety.

Na obiad wybraliśmy się do polecanej nam przez Martina lokalnej restauracji. Gdy do niej dotarliśmy zwróciliśmy uwagę na dwie rzeczy: była pełna i siedziała tam zaledwie jedna para turystów. Gdy jedliśmy przysiadł się do nas starszy pan z żoną. Od słowa do słowa okazało się, że jest Kenijczykiem, ale od niemal 40 lat mieszka w Szwajcarii, a obecnie przyjechał z żoną na wakacje do Mombasy. Zapytany jak dotrzeć na pole golfowe, które było naszym kolejnym celem (nie to żebyśmy grali w golfa! Po prostu koło niego zaczynała się promenada wzdłuż oceanu), zaoferował nam, że nas podwiezie, bo i tak jedzie w tamtym kierunku.

Po krótkim czasie zorientowałam się, że jedziemy w złym kierunku… Najpierw nieco szybsze bicie serca i czarne myśl… czyżbyśmy źle trafili, a on nas okradnie, porwie, albo kto wie co jeszcze?! Na szczęście szybka analiza mapy uświadomiła mi, że się z miłym panem nie zrozumieliśmy… Rzeczywiście wiózł nas on na pole golfowe, ale nie to, o które nam chodziło! Ale, ale… koło naszego nowego celu znajduje się Mamba Village, czyli… Farma Krokodyli, na którą mieliśmy zamiar się wybrać następnego dnia. Szybka zmiana planów (czyli coś co pokochałam w Ameryce Południowej) i zostaliśmy wysadzeni pod samym wejściem na farmę. Super!

Mamba Village jest domem dla około 10 tys. krokodyli. Większość z nich hodowana jest na mięso oraz skóry których głównym odbiorcą są Włochy. Te zwierzaki, które czeka marny los obiadu, albo torebki wiodą sobie beztroski  żywot dobrze ukryte przed ciekawskim wzrokiem turystów.  A wszystko to dlatego, że stres może zepsuć ich mięso. Jak widać coś za coś… Farma jest zresztą miejscem bardzo ciekawym, gdzie podczas wycieczki z przewodnikiem (wliczona w cenę wstępu, ale napiwek jak zwykle mile widziany) można się sporo dowiedzieć na temat życia tych fascynujących zwierząt, zobaczyć krokodyle w każdym stadium rozwoju (od maleńkich, ledwo co wyklutych z jaja, po warzącego 800 kg „Big Daddy”), a także spróbować pysznych szaszłyków z krokodyla.

-------------------------------------------

Drugi dzień postanowiliśmy spędzić w całości na plaży. A muszę dodać, że plaże Mombasy nie są byle jakie. Bialutki, drobniuteńki piasek, turkusowa woda, bezchmurne, błękitne niebo… do tego świeżo wyciskane soki, zmrożony kokos, pyszne owoce morza... żyć nie umierać!

Na plażę przyjechaliśmy naszym zwyczajem z samego rana. Jakież było nasze zaskoczenie gdy okazało się, że aby zamoczyć stopy w wodzie oceanu musieliśmy przejść dobre kilkaset metrów! Panował akurat odpływ, a my do wody szliśmy i szliśmy. Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do czegoś co wyglądało jak ocean, a nie kałuża, woda sięgała nam zaledwie do kostek. I tak postanowiliśmy się zamoczyć nie mogąc się doczekać kontaktu z Oceanem Indyjskim. Dzięki sporawym łachom piachu odsłoniętym przez wodę mogliśmy sobie nawet zostawić rzeczy w pobliżu.

Ponownie wzbudzaliśmy zainteresowanie. W zasięgu wzroku nie było ani jednego białego człowieka. Podeszła do nas grupka półnagich dziewczynek, których ograniczony angielski oraz wrodzona nieśmiałość nie pozwalały nam na bliższe poznanie się. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. One zafascynowane przyglądały się nam pozwalając sobie robić zdjęcia. Co chwila też podchodzili do Albina jacyś faceci, zagadują skąd jesteśmy i jak nam się tu podoba.

Gdy woda zaczęła się podnosić wróciliśmy na plażę, gdzie wypiłam moją ukochaną wodę z kokosa, po czym usiedliśmy w przyjemnej restauracji z widokiem na ocean. Zamówiliśmy sobie tilapię (miejscową rybę), krewetki i kalmary. Istna uczta dla podniebienia! Nie pamiętam kiedy ostatnio (o ile kiedykolwiek) jadłam tak pyszne owoce morza!

Wraz z wyższym poziomem wody, na plaży przybywało turystów (w tym i białych. Często starszego pana z piękną młodą Afrykanką. Czy to już miłość??). Wraz z nimi pojawili się również: pan z wielbłądem, kite-surferzy, sprzedawcy pączków, łódki oferujące wycieczki do rafy i wszelkiej maści naciągacze.


Gdy woda podniosła się na tyle, że można w niej było pływać z radością pobiegliśmy się w niej wykąpać. I tutaj kolejne zaskoczenie: woda, która z daleka wydaje się turkusowa, z bliska okazuje się zwykłą zupą pełną wodorostów! Ciepłą, nie przynoszącą zbyt wiele ochłody, a do tego pozostawiającą na tych, którzy zdecydowali się do niej wejść wstrętne, oślizgłe paski… Bleee….


Około 16:00 musieliśmy się zbierać. Plaża akurat zaczęła się przepełniać i wydawało się, że zbyt wiele osób się niej już nie zmieści. W związku z tym my postanowiliśmy zwolnić swoje miejsca. Tym bardziej, że mieliśmy pociąg do złapania. No ale o tym opowiem Wam następnym razem J

poniedziałek, 16 marca 2015

Safari

W Nairobi powitało nas gorące, ciężkie, równikowe powietrze. Powietrze, za którym tęskniliśmy od momentu opuszczenia Ameryki Południowej. Mające swoją specyficzną konsystencję i charakterystyczny zapach. Odetchnęliśmy pełną piersią!

Na lotnisku specjalny skaner zmierzył nam temperaturę, przepchnęliśmy się przez grupkę nieco zdezorientowanych turystów i przy małym stoliczku zapłaciliśmy 50$ za naszą kenijską wizę.

Przed lotniskiem zastał nas cały tłum ludzi oczekujących na przyjezdnych. Właśnie zaczęłam się zastanawiać jak ja w tym tłumie wypatrzę Sally gdy nagle zza moich pleców usłyszałam moje imię i niemal od razu wylądowałam w ramionach mojej przyjaciółki.


W drodze do domu ze względu na panujące w Nairobi korki zdecydowaliśmy się wziąć nieco dłuższą drogę prowadzącą wzdłuż granicy z Parkiem Narodowym Nairobi. Gdy już niemal dojeżdżaliśmy do domu Sally, nagle niespodziewanie zatrzymaliśmy się, a nasz kierowca zaczął o czymś rozmawiać ze stojącymi na ulicy ludźmi. Ponieważ rozmawiali oni w suahili nie byłam w stanie zrozumieć czego dotyczy rozmowa. Zanim się ona skończyła, zza pobliskiego wzgórza pojawiły się setki mężczyzn biegnących w naszym kierunku. Najwyraźniej przed czymś uciekali. Z tyłu ktoś rzucał puszki z jakimś gazem. Nie wiele myśląc nasz kierowca zawrócił samochód i pędem wrócił na główną, zakorkowaną drogę. Co było dosyć dziwne jadące razem z nami samochody policyjne również się wycofały. Wyglądało to dosyć przerażająco… Później dowiedzieliśmy się, że był to strajk pracowników drogowych. No to ładnie nas ta Kenia przywitała!

---------------------------------------------------------------

W Nairobi spędziliśmy cały dzień, który spędziliśmy na kwestiach organizacyjnych: zakończona sukcesem (ale poprzedzona dużą dawką stresu) próba odzyskania zgubionego bagażu przez Aśkę, przymierzanie sukienki ślubnej, kupno przekąsek na safari…

We wtorek rano ruszyliśmy natomiast na długo wyczekiwane safari. Siadłam z przodu wykorzystując okazję i ćwiczyłam mój bardzo podstawowy suahili. Widoki od samego początku były niesamowite. Zjawisko, które bardzo rzuciło nam się w oczy w Kenii to chodzący ludzie. Niesamowita ilość chodzących ludzi. Czasami odnosiłam wręcz wrażenie, że tam WSZYSCY chodzą! I to zarówno w miastach, we wsiach, jak i na terenach gdzie w odległości kilku kilometrów nie widać żadnego domostwa.



Podróż z Nairobi do Masai Mara zajmuje około 6 godzin. A po drodze mija się mniejsze i większe wioski i miasteczka. Niestety podobnie jak w Boliwii (oraz innych krajach rozwijających się) zbliżanie się do nich   sygnalizują śmieci, których kumulacja następuje przed miejskim/wiejskim sklepem.

Po drodze zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym na Dolinę Ryftową. Typowo turystyczne miejsce: tablica, stoiska z pamiątkami, jakieś budy z jedzeniem. Nam gorąco, a Kenijczycy w puchowych kurtkach. Jak przypuszczam kwestia przyzwyczajenia…


Z każdym napotkanym Kenijczykiem starałam się przywitać w suahili. I to nie tylko zwykłym „Jambo”, które znają wszyscy turyści przyjeżdżający na wakacje do Kenii, ale ładnym „Habari ya asubuhi”. Gdy jeszcze do tego potrafiłam się w suahili przedstawić i zadać parę pytań niemal w 100% lody były przełamane, a ludzie z olbrzymim uśmiechem na ustach się przed nami nieco otwierali.

---------------------------------------------------------------

Zanim wjechaliśmy do Parku Masai Mara zatrzymaliśmy się w tradycyjnej wiosce masajskiej. Wiadomo, zrobiona jest ona typowo pod turystów, a Masajowie w tradycyjnych strojach nie kryją przed nami zegarków. Ciągle jednak wizyta była dosyć ciekawa, dowiedzieliśmy się sporo na temat tradycji masajskich, zobaczyliśmy jak się rozpala ogień (chociaż to akurat im za bardzo nie szło!), Masajowie urządzili dla nas konkurs skoków wzwyż, a Masajki odtańczyły i odśpiewały tradycyjne masajskie pieśni. Na koniec zostaliśmy zaproszeni na malutki ryneczek, gdzie „bez absolutnie żadnego przymusu zakupu” mogliśmy sobie pooglądać ręczne wyroby masajskie. Ten brak przymusu wyglądał tak, że przez cały czas szło koło mnie 4 Masajów przekonując mnie, że jeśli na stoiskach nie znajdę kolczyków jakich szukam, to oni mi je na miejscu zrobią. No i tak się skończyło. Moje kolczyki zostały zrobione z przerobionego wisiorka. Prawdziwa ręczna robota. Na moich oczach J





---------------------------------------------------------------

Niemalże od pierwszych chwil od przekroczenia granicy parku Masai Mara wkraczamy w inny świat. Świat pełen zwierząt, bezkresnych przestrzeni i długich pylastych dróg. Naprawdę ilość i różnorodność zwierząt spokojnie wypasających się na sawannie robi niesamowite wrażenie. Wystając z dachu naszego samochodu nie wiedzieliśmy w którą stronę się patrzyć, aby nie przegapić, a to żyrafy, a to słonia, a to kolejnego gatunku antylopy, a to jakiegoś wielkiego pięknego ptaka. Nic tylko mieć oczy dookoła głowy.






Celem każdego safari w Masai Mara (a pewnie i większości safari w Afryce) jest ustrzelenie Wielkiej Piątki. Należą do niej: lew, słoń, nosorożec, lampart, bawół afrykański. Trzy z nich są praktycznie gwarantowane: lew, bawół i słoń. Aby zobaczyć nosorożca i lamparta trzeba mieć sporo szczęścia.

Słonie spokojnie wypasały się praktycznie przed naszym hotelem, który znajdował się w samym centrum parku. Bawołów na sawannie jak mrówków. Dosłownie. Czasami aż czarno od nich. Pierwszym poważnym do „ustrzelenia” celem był więc lampart.






Gdy jeździliśmy sobie po bezdrożach parku nagle nasz przewodnik – Peter dostał przez CB radio wiadomość od kumpli:

„Jest lampart! Śpi na drzewie! W drogę!”

I zaczęła się nasza pierwsza gonitwa przez park. Jak się pewnie domyślacie gnanie jak na złamanie karku po wyboistych drogach, stojąc w samochodzie i trzymając się jako tako sufitu do najprzyjemniejszych nie należy… Ale… Wróć! Przecież to właśnie to co Poriomaniakowe Tygryski lubią najbardziej! Oboje z Albinem złapaliśmy wiatr w żagle i odbijając się to w jedną, to w drugą stronę, próbując robić zdjęcia w locie, śmialiśmy się przy tym głośno delektując się każdą chwilą tego szaleństwa! J



Już z daleka mogliśmy zobaczyć samotnie stojące drzewo otoczone przez wianuszek podobnych do naszego samochodów. Gdy podjechaliśmy okazało się, że na jednej z gałęzi najspokojniej pod słońcem śpi sobie piękny lampart nic sobie nie robiąc z całego zamieszania jakie spowodował. Ludzie (i my oczywiście też) patrzyli się na niego jak zahipnotyzowani, czekając na jego najmniejszy ruch. Jak tylko podniósł jedną powiekę, migawki aparatów ruszały w ruch. Przekrzywił nieco głowę, ludzie pokazywali to sobie palcami, włączając do tego sceniczny szept. Istny cyrk. Ale naprawdę ciężko nie ulec urokowi tego pięknego kociaka. Postaliśmy tak lampiąc się na niego może z 10 minut, po czym ustąpiliśmy miejsca innym nadjeżdżającym samochodom.


I tutaj taka ciekawostka: normalnie jeżdżąc po parku, ma się wrażenie, że poza nami nikogo w tym parku nie ma. Nie widać innych samochodów, turystów, cisza, spokój, pustka i tylko pasące się dookoła zwierzęta. I dopiero kiedy rozejdą się wieści, że gdzieś znajduje się lampart albo nosorożec, widać ilu tak naprawdę jest w parku turystów. Nagle wyłaniają się oni ze wszystkich zakamarków i wszyscy pędzą oglądać rzadkie zwierzę.



Tym sposobem już pierwszego dnia udało się nam zobaczyć 4 z 5 Wielkich Zwierząt.

---------------------------------------------------------------

Drugiego dnia umówiliśmy się z Peterem, że zamiast jechać na dwa krótkie objazdy (rano i wieczorem po 3 godziny) pojedziemy na całodniową wycieczkę, co da nam możliwość pojechać do dalszych zakątków parku. Wyjeżdżając z hotelu znowu natknęliśmy się na przecinającego naszą drogę pięknego słonia. Do „ustrzelenia” został nam nosorożec. Byliśmy przygotowani na to, że nie będzie łatwo. Wieczorem Aśka z Billy rozmawiały z parą, która w parku spędziła 4 dni i nosorożca nie zobaczyli. Wszyscy nas ostrzegali, że bardzo ciężko je spotkać i aby jakiegoś zobaczyć musimy mieć naprawdę dużo szczęścia i żeby na za dużo nie liczyć…

Postanowiliśmy cieszyć się wszystkim co przyniesie dzień. Peterowi powtarzaliśmy, że jesteśmy szczęściarze, a ja właśnie spełniam swoje marzenie o safari w Kenii więc nie ma takiej możliwości żebyśmy nosorożca nie zobaczyli, ale czy sami tak do końca w to wierzyliśmy to nie wiem.

Tak czy inaczej niedługo po wyruszeniu z hotelu Peter dostał informację. O czym? Nie wiedzieliśmy, bo był jakiś bardzo tajemniczy. Znowu zaczęliśmy pościg, a im dalej jechaliśmy tym więcej informacji Peter nam udzielał, odkrywając przed nami w końcu, że wie gdzie jest nosorożec! Jak ci kierowcy nie gubią się w parku to ja nie wiem. Jak oni sobie tych informacji o zwierzakach udzielają? Tam pod tym dużym drzewem, za 5 zakrętem w kierunku Tanzani, koło małego jeziorka, za kępką buszu? Byłam pełna podziwu, za tempo w jakim Peter odnajdywał poszczególne zwierzęta.

Po parunastu minutach pościgu dotarliśmy na miejsce. Znowu przy drodze stało już kilka samochodów, których pasażerowie coś tam sobie palcami pokazywali w oddali. Albin nagle krzyknął:

„Tam jest!”

Potem zobaczyły go Asia i Billy. I tylko ja taka ślepa pozostałam… Ale w końcu wielki szary nosorożec wyłonił się zza krzaków, tak, że chyba nawet ślepy by go zobaczył, tylko po to, aby za chwilę znowu się w tych krzakach schować…

„No wiele to go nie było…” pomyślałam sobie… ciesząc się tym nie mniej, że to niemal mistyczne zwierzę udało się nam jednak zobaczyć. Pomimo pewnej dawki rozczarowania i tak już skakałam z radości pod sam sufit!

Gdy ja się tak cieszyłam Albin i Peter uważnie obserwowali skrytego w krzakach nosorożca. Okazało się, że idzie w górę, w kierunku drogi z której przyjechaliśmy! I znowu pościg! Chwila pełnego napięcia oczekiwania… Wyjdzie nam na spotkanie czy nie? Wyjdzie… czy… nie… Wyjdzie…. JEST!!! Niemal tuż przed naszym samochodem przekroczył majestatycznie drogę i ponownie zniknął w pobliskim buszu dając jednak tłumowi paparazzich się ładnie obfotografować ze wszystkich stron J





Teraz już mogliśmy sobie spokojnie jeździć po parku delektując się widokami, podziwiając kolejne zwierzęta, których nazw często nawet nie znam (tylko z tych bardziej znanych, poza wspomnianymi wcześniej były: gepard, hieny, gnu, strusie, krokodyle, hipopotamy). Mieliśmy okazję zjeść lunch po drzewem (wypatrując czy w okolicy nie czai się jakiś drapieżnik, licząc na łatwy obiad ;)), wejść na punkt widokowy, a na koniec nawet udało się nam po raz kolejny zobaczyć lamparta. Cała Wielka Piątka jednego dnia! Marzenie w 120% spełnione J



---------------------------------------------------------------

Na koniec nieco informacji praktycznych:

Cena za safari waha się w okolicach 350 – 500 funtów i zależy od biura podróży, standardu samochodu, przewodnika, hotelu i wielu innych rzeczy. My zastanawialiśmy się czy nie zorganizować sobie safari na własną rękę (z namiotami, własnym samochodem itp.), ale po odbyciu safari z przewodnikiem z całą pewnością stwierdzamy, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Przewodnicy porozumiewają się za sobą przez CB radio i w sobie tylko znany sposób potrafią wytropić najtrudniejsze do wytropienia zwierzęta. Tak więc pomimo, że normalnie jesteśmy na bakier z tego typu imprezami tutaj zdecydowanie polecamy!

Wstęp do Parku Masai Mara z tego co się orientuję większość biur podróży wlicza już w cenę wycieczki. Jakby się tak jednak nie stało (o co zawsze się warto dopytać) to jest to koszt 70 USD / osobę / dzień

Wstęp do Wioski Masajów – 20 USD / osobę


Przelot balonem – 100 USD / osobę (jeżeli dobrze pamiętam)