środa, 5 listopada 2014

Spacer po Rajskiej Dolinie - Valparaiso

Valparaiso. Ileż to ja się o nim nasłuchałam! Że takie piękne, romantyczne, kolorowe. Same superlatywy. Do tego wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Chyba nie ma się więc co dziwić, że spodziewałam się tam zastać pradziwie Rajską Dolinę (co po hiszpańsku oznacza nazwa miasta). Jakież więc było moje rozczarowanie, kiedy wysiadłam na dworcu autobusowym i zobaczylam... NIC. Ale jak to NIC? A no po prostu. Całe miasto spowite było w gęstej białej chmurze i poza otaczającą nas wszechobecną bielą nie widzieliśmy prawie NIC.

Ponieważ jednak przed przyjazdem sprawdziliśmy prognozę pogody, która była dosyć optymistyczna (w wydaniu Albina oznacza to zazwyczaj ZERO chmur, błękitne niebo i pięknie świecące słońce; wszystko co odbiega od tej normy jest uznawane za beznadziejną pogodę), postanowiliśmy nie popadać w podłe nastroje tylko ruszyć przed siebie mając nadzieję, że może jednak miasto zdecyduje się pokazać nam swoje piękne oblicze.

--------------------------------------

Dla tych z Was, którzy o Valparaiso nigdy nie słyszeli, wspomnę tylko, że jest to drugie największe miasto Chile oraz największy port handlowy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej. Miasto położone jest na 50 (!) wzgórzach, które dosyć szczelnie oblepione są przytulonymi do ich zboczy kolorowymi domkami. Na szczyty tych wzgórz można wjechać skrzypiącymi windami pochodzącymi z przełomu wieków XIX i XX.

Miasto to pokochał między innymi słynny chilijski poeta, zdobywca Literackiej Nagrody Nobla – Pablo Neruda. Znalazł on sobie tam dom, willę właściwie, o której mówił, że jest „zawieszona w powietrzu, ale mocno stąpa po ziemi”. Uroczysta inauguracja domu odbyła się 18 września 1961 roku. Neruda organizował tutaj huczne zabawy noworoczne, przy okazji których przygotowywane było specjalne menu z wymyślnymi nazwami dań. Wszystko napisane zielonym atrmentem, który był znakiem rozpoznawczym poety,

-------------------------------------- 

Niewiele widząc szliśmy w kierunku centrum miasta. Najpierw przez typowo handlową dzielnicę pełną malutkich sklepików i ulicznych sprzedawców. Potem pojawiły się jakieś parki oraz nieco podniszczone, ale piękne pałace. Gdy doszliśmy do centrum pomimo otaczającej nas gęstej chmury zdecydowaliśmy się wjechać na Cerro Concepcion. Do tego momentu Valparaiso mnie jakoś szczególnie nie zachwyciło...


Na górę wjechaliśmy najstarszą z wind w mieście – Ascensor Concepcion, pochodzącą z 1883 roku. W jej małym wagoniku mieściło się zaledwie parę osób.

Ze szczytu wzgórza nie widzieliśmy zbyt wiele: ładne kolorowe domki naokoło nas, a morze... Może to może i było, a może i nie... Tak czy inaczej my go nie widzieliśmy...

Doszliśmy do Kościoła Luterańskiego, w którym już na samym progu powitał nas uśmiechnięty od ucha do ucha brodaty pastor. Gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski od razu stwierdził, że musimy być fajni, bo on jeszcze nie spotkał żadnego „palanta” z naszego kraju :) Był on pół-Szwedem / pół-Irlandczykiem i był bardzo sympatyczny. Bardzo spodobało mi się co powiedział o chodzeniu na mszę: „Przecież nie chodzi, o to aby odbębnić godzinę w niedzielę, a przez resztę tygodnia róbta co chceta, tylko o to, aby przez cały tydzień kontynuować pracę na rzecz społeczności i kościoła”. Z tego co mówił wygląda, na to, że jego mała społeczność rośnie w siłę i wszyscy się bardzo angażują w życie parafii. Ale z takim pastorem, to naprawdę nie ma się co dziwić :)


Gdy wyszliśmy z kościoła chmura zaczęła powoli opadać i naszym oczom ukazały się okoliczne wzgórza (chociaż leżące w dole miasto ciągle pozostawało spowite w białym obłoku). Chodząc po wąskich, krętych uliczkach mogliśmy się zauroczyć miastem. Tym razem biały welon, przez który coraz odważniej przebijały się promienie słońca nadawał mu romantycznej, nieco mistycznej atmosfery. Kolorowe domki, ciekawa sztuka uliczna, brukowane uliczki... Wszystko to dodawało uroku.
 
Po obejściu całego Cerro Concepcion i porobieniu chyba miliona zdjęć zjechaliśmy z powrotem do centrum. Jest ono zdecydowanie „brzydszą siostrą”. Podniszczone budynki, mnóstwo tanich restauracji z naganiaczami próbującymi naciągnąć coraz to nowych turystów na dosyć standardowe menu za 35 pesos, ciągły pośpiech, korki.

Doszliśmy do portu gdzie stał olbrzymi wycieczkowiec. Aż wierzyć mi się nie chciało, że nie było go widać z góry. Jego obecność tutaj tłumaczyła nam niesamowicie dużą ilość anglojęzycznych turystów włóczących się po mieście.

Będąc w porcie zauważyliśmy, że towarzysząca nam od rana chmura powoli znika. Wstąpiliśmy do jednej z restauracji licząc na to, że gdy zjemy na zewnątrz powita nas piękne słońce. Nie zawiedliśmy się! Szybki powrót na Cerro Concepcion, aby zobaczyć miasto w jego całej okazałości. Zdecydowanie z tej perspektywy wygląda ono najlepiej. I to właśnie będąc na górze byłam w stanie zrozumieć tak powszechny zachwyt miastem. Bo to właśnie tam jest pięknie, romantycznie i kolorowo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz