sobota, 1 listopada 2014

My i muzea? Czasami jednak tak :) - Santiago de Chile

Josego poznaliśmy w ZiemiOgnistej. Rozbiliśmy namiot na opustoszałym, darmowym polu namiotowym i ruszyliśmy w góry. Gdy wieczorem przemoczeni do suchej nitki wróciliśmy, koło nas stał nowy namiot, a przy nim krzątał się uśmiechnięty chłopak. Chwile pogadaliśmy i zmęczeni poszliśmy spać. Rano przed wyruszeniem w dalszą drogę jeszcze chwila rozmowy i pamiętne słowa:

„Jak będziecie w Santiago musicie mnie odwiedzć!”

Wymieniliśmy sie danymi do Facebooka i w drogę.

Zanim przyjechaliśmy do Santiago długo się wahaliśmy czy napisać. Z Jose rozmawialiśmy zaledwie parę minut, a poza tym nie mówił on po angielsku i miałam spory problem ze zrozumieniem jego megaszybkiego hiszpańskiego. Zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować: wysłaliśmy wiadomość z informacją o naszym przyjeździe.

-----------------------------------------------

W Santiago spotkaliśmy się z Jose na stacji metra. Z daleka powitał nas jego szeroki uśmiech. Droga do domu upłynęła nam na rozmowie o naszych wspólnych podróżach (i jak tu nie mówić, że podróżnicy to jedna wielka rodzina! :)) Zbliżając się do domu już z daleka widzieliśmy wesoło machającą nam z okna postać, która przy bliższym poznaniu okazała się być tatą Josego.

Już dawno nie mielśmy tak ciepłego powitania. Ta mocno religijna rodzina w 100% wychodziła z założenia: „Gość w dom – Bóg w dom”. Mama Josego – Maria Angelica, gdy usłyszała, że jesteśmy z Polski, kraju papieża, uściskała nas i wycałowała na dzień dobry. I cały pobyt u nich taki był: królewski. Dostaliśmy swój własny pokój z łazienką, codzinnie byliśmy zapraszani na pyszne śniadania, obiady, popołudniową herbatę. Specjalnie dla nas Maria Angelica przygotowywała takie chilijskie smakołyki jak pastel de choclo, empanady, różne ciasta.

W zamian za tę gościnę my odwdzięczyliśmy się klasycznymi polskimi pierogami z mięsem, wspólną modlitwą, rozmowami.

-----------------------------------------------

Podczas pobytu w Santiago sporo włóczyliśmy się po uliczkach kolorowej dzielnicy Bellavista zachwycając się sztuką uliczną, życiem tamtejszej bohemy, podziwiając widoki rozpościerające się z Cerro San Cristobal (widoki, które tak bardzo przypominały mi Bogotę, w której to byliśmy już chyba całe wieki temu!).

Odwiedzaliśmy ciekawe muzea miejskie. Do tych szczególnie wartych uwagi na pewno należy La Chascona – dawny do Pablo Nerudy, chilijskiego poety, zdobywcy literackiej nagrody Nobla. Tematyka jego wierszy obraca się w dużej mierze wokół miłości (nie ma się czemu dziwić skoro żenił się trzy razy :)), ale poruszał on również różne tematy polityczne.

Sto sonetów o miłości - XVII

Nie kocham cię tak, jakbyś była różą soli, topazem
albo strzałą z goździków rozsiewających ogień:
kocham cię, jak się kocha jakieś rzeczy mroczne,
w tajemnicy, pomiędzy cieniem a duszą.

Kocham cię jak roślinę, która nie kwitnie, a niesie
w swoim wnętrzu ukryte światło owych kwiatów,
i dzięki twej miłości mroczny w mym ciele mieszka
zwykły aromat, który wydźwignął się z ziemi.

Kocham cię nie wiedząc jak ani kiedy, ani czemu,
kocham cię po prostu, bez zawiłości i bez pychy:
tak cię kocham, bo nie umiem cię kochać inaczej,

tylko w ten sposób, który nie rozróżnia jestem i jesteś,
tak blisko, że twoja ręka na mojej piersi jest moją,
tak blisko, że zamykają się twoje oczy w moim śnie.


Pablo Neruda
przekład Jan Zych

El Chascona została wybudowana dla jego ówczesnej kochanki, a późniejszej trzeciej żony Matilde Urrutia. Po  śmierci poety musiała ona walczyć z rządem o zachowanie domu, który Pinochet chciał zniszczyć zamazując pamięć o poecie, który był mu przeciwny.

W domu znajduje się bogata kolekcja przedmiotów z jego licznych podróży. Są tam lalki z Polski, stoły z Francji, konik ze Sri Lanki, piękne meble, książki, nagrody, zdjęcia.

Wstep do tego domu – muzeum nie jest tani (4,000 pesos), ale jest warty wydanych pieniędzy. W cenę wliczony jest audio przewodnik, z którego sporo można się dowiedzieć o życiu tego wspaniałego poety.

-----------------------------------------------

Będąc w Santiago nie można nie odwiedzić Museo de la Memoria. Jest ono poświęcone epoce panowania Pinocheta (1973 – 1988). Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym muzeum, pomyślałam sobie: no dobram jak będziemy mieli czas to do niego wstąpimy. Teraz uważam, że jest to jedno z muzeów, które koniecznie trzeba zobaczyć przyjeżdżając do Chile. Chociażby po to, aby lepiej zrozumieć historię kraju, który obecnie się świetnie rozwija, ale kiedyś przechodził przez naprawdę ciężkie chwile, kiedy to aresztowania, tortury, zniknięcia ludzi były na porządku dziennym.

Muzeum znajduje się w bardzo nowoczesnym budynku. W jego obszernym wnętrzu można znaleźć całe mnóstwo dokumentów, zdjęć, filmów z okresu dyktatury. Zadbano także o turystów nie mówiących po hiszpańsku. Pomimo, że nie wszystkie części ekspozycji są opisane po angielsku, można tam znaleźć sporo krótkich filmów dokumentalnych z angielskimi napisami. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Wystawa jest zorganizowana chronologicznie. Zwiedzanie rozpoczyna się od 11.09. 1973 kiedy to w wyniku zamachu stanu Pinochet przejął władzę. W kolejnych etapach możemy dowiedzieć się o torturach stosowanych przez władzę, o zniknięciu 90 tysięcy ludzi, o głodzie panującym w kraju, oraz tym jak zwykli mieszkańcy sobie z nim radzili organizując składki na jedzenie  i wspólnie gotując dla calej lokalnej społeczności.

Kolejne etapy to protesty przeciwko dyktaturze, przyjazd Jana Pawła II, który dał Chilijczykom nadzieję na lepsze jutro. Podczas wizyty papieża ludzie po raz pierwszy mogli głośno wypowiedzieć swoje obawy, troski i zmartwienia związane z sytuacją panującą w kraju.

Podczas uroczystej mszy świętej, na tyłach tłumu nawiązała się bójka z policją. Filmik z youtuba, który załączam poniżej w skrócie pokazuje całą wizytę naszego Wielkiego Rodaka. Mniej więcej od 8 minuty pokazane są wspomniane wcześniej zamieszki. I na koniec pamiętne słowa: „El amor es mas fuerte!” („Miłość jest silniejsza!”) wypowiedziane stanowczym, pewnym siebie głosem. Słowa, które do dziś są wspominane.


Wystawa kończy się krótkim filmem prezentującym kampanię wyborczą przed pierwszymi wolnymi wyborami. Panujące wówczas optymistyczne nastroje, ale i obawy, że wynik wyborów będzie sfałszowany. I w końcu olbrzymią radość, huczne świętowanie na ulicach, kiedy opcja NO wygrywa. Zainteresowanych tematem odsyłam do chilijskiego filmu nominowanego do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojezyczny w 2012: „No”



Wizyta w Museo de la Memoria pełna emocji. Zawsze będąc w takich miejscach zastanawiam się dlaczego ludzie czynią sobie nazwzajem takie rzeczy... Tym bardziej denerwowali mnie amerykańscy turyści, którzy szybko przelecieli przez prezentowaną ekspozycję nie wgłębiając się w to, co tak właściwie ona przedstawia, a chodząc po muzeum bardziej zajęci byli opowiadaniem sobie dowcipów i głośnymi rozmowami. Kompletny brak szacunku....

-----------------------------------------------

Nasza wizyta w Museo de la Memoria rozpoczęła bardzo ciekawą, pełną wspomnień rozmowę z rodzicami Josego. Dowiedzieliśmy się, że początkowo większość społeczeństwa uważała Pinocheta za wybawienie. Pod koniec panowania poprzedniego prezydnta, Salvadora Allende w Chile nastały naprawdę ciężkie czasy: w sklepach brakowało żywności, a media co chwila mówiły o brutalnych starciach policji z obywatelami. Dlatego Pinochet wydawał się być „mniejszym złem” i jego nadejście było witane z radością.

Dopiero po paru latach zaczęły docierać informacje o zniknięciach członków opozycji, torturach, podsłuchach. Jedna z pierwszych czystek przeprowadzonych przez armię miała miejsce na boisku szkolnym znajdującym się blosko domu Josego.

Mama Josego, która nie miała wówczas swojej rodziny zgłaszała się do różnych akcji protestacyjnych przeciwko dyktaturze. Miała jednak na tyle dużo szczęścia, że nigdy nie wpakowała się w żadne poważne kłopoty.

Rodzice Josego bardzo ciepło wspominają wizytę Jana Pawła II, którego kochają całym sercem. Są oni bardzo wdzięczni za wypowiedziane przez niego słowa otuchy i uważają, że jego wizyta była jednym z czynników, które przyczyniły się do upadku Pinocheta.

Oczywiście usłyszeliśmy także historie o wielkim świętowaniu w dniu zwycięstwa demokracji. O wielodniowych fiestach na ulicach, o tym jak nieznajomi padali sobie z radości w ramiona, a w powietrzu panowała atmosfera ogólnego optymizmu i nadzieji na lepsze jutro.

-----------------------------------------------

Jednym z ostatnich odwiedzonych przez nas w Santiago muzeów było Museo Chileno de Arte Precolombiano. 3500 pesos wydane na bilety były całkowicie warte wydanych pieniędzy. Muzeum uznawane jest za najlepsze muzeum w Chile i chyba rzeczywiście coś w tym jest. Pomimo, że my do fanów muzealnictwa nie należymy (no dobra, wiem, nie widać tego z tego posta, ale taka jest prawda :)), tutaj spędziliśmy bite pół dnia.

Muzeum jest naprawdę spore i zawiera niesamowicie ciekwą kolekcję sztuki przedkolumbijskiejz terenu całej Ameryki Łacińskiej. Była ona dla nas swoistym podsumowaniem całej naszej 14-miesięcznej wyprawy.

Mnie jednak najbardziej zainteresowały opisy poszczgólnych kultur, ich obrządków, zwyczajów i tradycji. Zwłaszcza ludów zamieszkujących Chile. Naprawdę dużo się na ich temat dowiedziałam! Muzeum posiada także świetną stronę internetową, która jest istną skarbnicą wiedzy dotyczącej kultur prekolumbijskich.

-----------------------------------------------

Po 10 dniach nadszedł dla nas czas pożegnania. Pożegnania z Jose oraz jego wspaniałą rodziną, a także z miastem, które zdążyliśmy polubić (nawet w którymś momencie stwierdziłam, że moglabym tu mieszkać!), Nie było to łatwe pożegnanie. Zdążyliśmy się do nich przywiązać. Poczulośmy się częścią rodziny, którą przez ten krótki czas byliśmy. Mama Josego pobłogosławiła nas i obiecała się za nas modlić, Długo trwałyśmy w ciepłym uścisku. Rozstając się obie miałyśmy łzy w oczach.

I to jest chyba najgorsza część podróżowania: rozstania ze wspaniałymi ludźmi, z którymi nie wiadomo czy przyjdzie się nam jeszcze kiedyś spotkać...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz