poniedziałek, 24 listopada 2014

Historia naszej emigracji

Dzisiaj nieco odbiegniemy od tematyki południowoamerykańskiej. Napiszemy Wam jak się to wszystko u nas właściwie zaczęło? Czyli „Nasza historia” pisana dla „Klubu Polek na Obczyźnie”.

Był rok 2006. Albin skończył właśnie swoje mocno wydłużone studia i nadszedł czas, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, co my właściwie chcemy w życiu robić. Znaliśmy się już wówczas od dwóch lat i pomimo wzlotów i upadków wiedzieliśmy, że nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Był jednak taki mały problem: Albin chciał zamieszkać w USA, gdzie od lat mieszkają jego rodzice, natomiast ja zdecydowanie nie miałam w planach wyjazdu z Polski. Trzeba było jednak się na coś zdecydować i na drodze kompromisu zdecydowaliśmy się na leżącą „pośrodku” Wielką Brytanię. Przez chwilę zastanawialiśmy się również nad zieloną Irlandią, ale z różnych powodów pomysł ten dosyć szybko poszedł w zapomnienie.

Nadszedł styczeń 2007 roku, a ja odprowadzałam ukochanego na lotnisko szykując się na długą rozłąkę. Wciąż miałam swoje studia do ukończenia, a poza tym w planie miałam jeszcze paromiesięczne wakacje, coby tak od razu nie wpadać w kierat pracy.

Manchester przy ladnej pogodzie
potrafi sie nawet ladnie zaprezentowac :)
Czas na studiach mijał mi na pisaniu pracy magsiterskiej, imprezach i tęsknocie za Albinem. Ponieważ nie należy on do chłopaków, którzy codziennie wydzwaniają do swojej dziewczyny (wręcz przeciwnie!), gdy nadszedł w końcu listopad, czas mojego wyjazdu z kraju, miałam całe mnóstwo wątpliwości na temat tego jak to nasze nowe, wspólne życie będzie wyglądać.

Muszę przyznać, że w Anglii miałam wyjątkowo miękkie lądowanie. W przecieństwie do większości nowoprzybyłych imigrantów nie musiałam przejmować się szukaniem mieszkania, ogarnianiem połączeń komunikacyjnych w mieście, ani żadnymi innymi sprawami organizacyjnymi, bo Albin zdążył już to wszystko załatwić i rozpracować.

Pozostało mi jedynie znaleźć pracę. I tutaj znowu pomogło mi moje wrodzone szczęście. Już dzień po przylocie dostałam pierwsze zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne, a 10 dni później rozpoczynałam mój pierwszy dzień pracy w Ibisie – hotelu, w kórym przyszło mi pracować przez kolejnych 5 lat. Wiem, że dla niektórych praca w hotelu jest koniecznością, pracą, której nie znoszą i w której zdecydowanie się nie widzą, a biorą ją z braku innych możliwości. Ja zdecydowanie nie byłam jedną z tych osób. Skończywszy geografię turyzmu i hotelarstwo na Uniwersytecie Łódzkim naprawdę chciałam pracować w hotelu i przez całe 5 lat sprawiała mi ona mnóstwo radości.

Uroki przeprowadzek :)
Po 5 latach nadszedł jednak czas na zmianę. W Manchesterze, gdzie mieszkaliśmy kończyłam właśnie drugi kierunek studiów (zarządzanie zasobami ludzkimi) i chciałam robić coś w tej dziedzinie. Nie powiodły się niestety moje plany zostania asystentem menadżera w hotelu (długa i smutna historia o niesprawiedliwości, dzięki której jednak wyruszyliśmy do Ameryki Południowej, więc widać tak miało być :)), natomiast dostałam pracę w Londynie w payrollu (to tak prawie HR, tłumaczono mi...). Było to zastępstwo za dziewczynę na urlopie macierzyńskim więc idealnie wpasowywało się w nasz plan wyjazdowy. Lepsza pensja (hotele jednak nie najlepiej płacą...) pozwoliła nam szybciej oszczędzić potrzebne pieniądze i w lutym 2013 roku wyruszyliśmy w naszą 14-miesięczną podróż (o której możecie sobie dosyć szczegółowo poczytać na tym blogu :))

Niestety wszystko co dobre wszystko się kończy, tak więc i dla nas nadszedł czas powrotu. Ponieważ w Anglii czujemy się dobrze, było dla nas oczywiste, że i tym razem tutaj wylądujemy. Postanowiliśmy jednak po raz kolejny zmienić miasto zamieszkania. Manchester, pomimo, że jest wspaniałym miejscem, gdzie mnóstwo się dzieje, skąd blisko w góry (Peak Diestrict jest dosłownie na wyciągnięcie ręki!), słynie niestety również z nie najlepszej pogody. Słoneczne dni należą tam do rzadkości, a czasem wręcz zdarzają się lata bez słońca. Londyn – wielki, drogi, zatłoczony. Zdecydownie nie jest to miejsce dla nas, na założenie rodziny (tak, tak! Takie właśnie mamy plany na najbliższy rok :)). Pomimo, że uwielbiamy tam przyjeżdżać, to jednak mieszkanie tam było dla nas męczące.

Wybór padł na Bristol. Nie tylko jest to spore miasto, w którym co chwila odbywają się jakieś festiwale. Jest on również jednym z najcieplejszych i najsłoneczniejszych miast na Wyspach. Byliśmy tutaj kedyś podczas dwudniowego wypadu z Manchesteru i już wtedy bardzo się nam on spodobał. Do zalet dochodzi jeszcze fakt, że w pobliżu mieszka moja przyjaciółka z liceum, która pomogła nam po powrocie z podróży przyjmując nas pod swój dach do czasu zanim znaleźliśmy pracę i osiedliśmy „na swoim”.


Od pół roku zadamawiamy się w naszym nowym miejscu na ziemi i póki co idzie nam to całkiem dobrze :) Dzięki odbywającym się tu regularnie polskim spotkaniom podróżniczym (nawet takie fajne rzeczy tu mają!) poznajemy mega fajnych Polaków i wygląda na to, że zatrzymamy się tu na nieco dłużej... Oczywiście nie mamy zamiaru przestać podróżować! W końcu „istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej” :)

7 komentarzy:

  1. ale fajna z Was para Justyna ... podziwiam Wasze podroże ... kapitalne zdjęcia! ...
    a i Bristol zajefajny .. pozdrawiam Was bardzo ciepło :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze sie bardzo, ze sie podobamy i mam nadzieje, ze tez co nieco inspirujemy ;) Rowniez goraco pozdrawiamy z obecnie dosyc zimnego i mokrego Bristolu :)

      Usuń
  2. Bardzo fajnie i z uśmiechem się was czyta i zgadzam się w stu procentach, podróże to bardzo grozna, zarazliwa choroba - ja już chyba na nią umrę. Pozdrawiam z mokrego Kentu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umierac na nia to moze nie... ale z nia jak najbardziej! :D A Bristolu obecnie tez dosyc mokro... :/

      Usuń
  3. Powodzenia w Bristolu, brzmi ciekawie!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekujemy :) Poki co bardzo nam sie tutaj podoba. I mam nadzieje, ze tak juz zostanie :)

      Usuń
  4. Bardzo pozytywna historia:) Wszystkiego najlepszego, szczęśliwego życia w Bristolu:)

    OdpowiedzUsuń