czwartek, 20 listopada 2014

Dotknac gwiazd w Dolinie Elqui

Z żalem opuszczaliśmy Santiago i wspaniałą rodzinę Josego. Czas nas jednak gonił. Kolejnym celem naszej podróży była sielska, zielona Dolina Elqui, która słynie z licznych obserwatoriów astronomicznych, pisco oraz chilijskiej noblistki – Gabrieli Mistral, która tutaj się właśnie urodziła.

Zanim tam jednak dojechaliśmy zatrzymaliśmy się na chwilę w La Serena. Nie jest to zbyt ciekawe miasto, jest jednak naturalnym przystankiem na drodze do Elqui. Sporo w nim kamiennych kościołów (podobno aż 29), z których większość w swoim czasie była splądrowana przez angielskich piratów nękających tutejsze wybrzeże. Do odwiedzenia jest także Ogród Japoński, ZOO oraz kilka muzeów. My jednak ograniczyliśmy się do poszwędania się po ładnie odnowionym centrum i oglądania tutejszej architektury.

Martwiła nas nieco pogoda... Całe niebo pokryte było ciemnymi chmurami, a my w planie mieliśmy odwiedziny w obserwatorium i oglądanie gwiazd... Pani w infromacji turystycznej pocieszyła nas jednak mówiąc, że pogoda tutaj, ta w Dolinie Elqui to dwie zupełnie inne sprawy i bardzo często kiedy w La Serena pada, tam świeci piękne słońce.

---------------------------------

Gdy następnego dnia szliśmy na autobus do Vicuña, będącej swoistym centrum Elqui Valley niebo ciągle miało szaro-bure kolory. Nasza podróż miała trwać zaledwie około godziny. Nie napawało nas to zbytnim optymizmem. Ruszyliśmy w drogę. W połowie trasy, gdy już się zaczęliśmy zastanawiać czy sobie tych gwiazd jednak nie odpuścić nagle przejechaliśmy przez tunel i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki naszym oczom ukazało się błękitnoniebieskie niebo. Chyba jednak historia o 330 słonecznych dniach jest prawdziwa:)

Vicuña pomimo swoich malutkich rozmiarów zapewnia przyjeżdżającym tutaj turystom sporo atrakcji. Są tu trzy muzea (w tym muzeum robaków czyli Museo Entomologico), obserwatoria astronomiczne, destylarnie pisco oraz oczywiście piękne widoki. Znaleźliśmy nasz hostel, który oferował również miejsca kempingowe pod drzewem figowymi ruszyliśmy zwiedzać miasteczko.

---------------------------------

Na pierwszy rzut poszło Muzeum Gabrieli Mistral. Niestety mało w nim było informacji po angielsku, a mój hiszpański nie pozwalał mi na zrozumienie wszystkich opisów. Na terenie muzeum znajduje się malutki domek, w którym poetka się urodziła i w którym spędziła trzy pierwsze lata swojego życia zanim przeprowadziła się do pobliskiego Montegrande.


Gabriela Mistral miała bardzo smutne, przepełnione bólem po straconych osobach życie. Jej ojciec, który był wędrownym trubadurem opuścił rodzinę gdy Gabriela miała zaledwie trzy lata. Zanim na dobre weszła ona w dorosłość, ledwo skończyła 20 lat, jej narzeczony, którego poznała i pokochała dwa lata wcześniej, popełnił samobójstwo. Po jego śmierci powstał tomik wierszy „Sonety Śmierci”

W 1910 roku w Antofagaście znowu się zakochała. Tym razem ukochany porzucił ją dla bogatszej kobiety.

Na początku II Wojny Światowej zamieszkała w Brazylii, gdzie poznała austriackiego pisarza Stefana  Zweiga. Zaprzyjaźnili się. Parę lat później ten wraz z żoną popełnił samobójstwo usłyszawszy doniesienia o ludobójstwie Żydów w Europie. Niedługo później odebrał sobie życie jej 17-letni wówczas kuzyn, którym opiekowała się od 4-go roku życia i którego traktowała jak własnego syna.

Po usłyszeniu takich historii nie ma się co dziwić, że jej poezja przepełniona jest miłością, bólem oraz rozważaniami na temat życia i śmierci. W 1945 roku była pierwszą w historii osobą z  Ameryki Łacińskiej wyróżnianą Literacką Nagrodą Nobla, którą dostała za za „poezję prawdziwego uczucia, czyniącą jej imię symbolem idealistycznych dażeń dla całej Ameryki Łacińskiej”.

Urna

„Marzę o urnie ze zwykłej, prostej gliny,
co schroni twe popioły blisko spojrzen moich.
Ściana urny dla ciebie będzie mym policzkiem,
dusza twoja i moja zasną już w pokoju.
Nie chcę by twe popioły w złotej były urnie,
ni w pogańskiej amforze o kształcie człowieka,
niech prosta glina skryje ciebie ufnie
i cicho jak objęcie, na które zaczekam.
W późny wieczór, wzruszona, obejmuję chłód gliny,
ku rzece ją powiodę z sercem rozedrganym,
przechodzące z kłosami na rękach dziewczyny
nie będą nic wiedziały, że idę z Kochanym.
Garść prochu co przez dłonie złożone przeleci,
jak nic płaczu przeminie, upadając w ciszę.
Zamknę urnę pieczęcią xałunków nieziemskich,
ostatni płaszcz spojrzenia rzucę na twe życie”

(tłum. Józefa Radzymińska)

---------------------------------

Jeszcze w Santiago (w ramach spełniania mojego marzenia o biblioteczce z dziełami wszystkich laureatów Nagrody Nobla) kupiłam sobie tomik poezji Gabrieli Mistral. Teraz, spacerując po wąskich uliczkach jej rodzinnego miasta starałam się jej wiersze zrozumieć. Wczuć się w ich smutek i nostalgię. W tym celu wybraliśmy się na jedno z okolicznych wzgórz.

Wdrapaliśmy się na górę stromą, zakurzoną ścieżką. Stanęliśmy pod znajdującym się na szczycie krzyżem i w spokoju kontemplowaliśmy widoki. Ja otworzyłam przyniesioną ze sobą książkę i na głos zaczęłam czytać wiersze noblistki. Nie miało znaczenia, że nie wszystko rozumiałam. Dałam się ponieść ich rytmowi, pięknym hiszpańskim słowom, które uciekały i nikły w podmuchach dosyć silnego, gorącego wiatru. Było tak jak miało być: pięknie, dostojnie, nostalgicznie.

---------------------------------

Aby rozluźnić nieco smutne nastroje w następnej kolejności poszliśmy do destylarni pisco. Od lat Chile i Peru kłócą się o pisco. Będąc w Peru wszędzie widzieliśmy napisy: „Pisco es de Peru!”. Zupełnie inaczej wygląda to w Chile, które chyba po prostu uważa, że pisco było, jest i będzie chilijskie, a jeżeli ktoś w to nie wierzy to jego sprawa, oni tam nikogo na siłę przekonywać nie będą. Nie kwestionują oni zresztą pierwszeństwa Peru w produkcji pisco, ale jednocześnie podkreślają, że po pierwsze w czasie kiedy pisco powstało Chile i Peru stanowiły jedno państwo (Wicekrólestwo Peru), a po drugie obecnie w Chile produkuje się go 30 razy więcej niż w Peru, eksportuje 3 razy więcej, a przeciętny obywatel Chile wypija go 20 razy więcej w skali roku niż przeciętny Peruwiańczyk. Ot i taki spór.
 
Nasza przewodniczka miała szczere chęci, aby nam opowiedzieć wszystko po angielsku, ale wysiadła przy pierwszych pytaniach Albina i znowu musiałam służyć nam za tłumacza :) Akurat był czas winobrania i do destylarni co chwila przyjeżdżały wypełnione po brzegi ciężarówki ze zbiorami z okolicznych winnic. Samochody te były dokładnie ważone, a dostawcy mieli płacone za wagę, gatunek oraz ilość cukru w przywiezionych przez siebie gronach.

Tutejsze pisco produkuje się z dwóch gatunków winogron: białych (tańsze) oraz różowych (pisco premium). Podczas wizyty mogliśmy szczegółowo poznać się z całym procesem destylacji, a na koniec zwyczajowo zostaliśmy zaproszeni na degustację.

Degustacja pisco nie jest aż tak przyjemna jak degustacja wina, ale o dziwo (chyba ze względu na wysoką jakość degustowanego trunku) byłam w stanie przełknąć czyste pisco premium (które było nie było jest po prostu rodzajem wódki) bez popijania go (co naprawdę raczej mi się nie zdarza :)). Poza czystym pisco dostaliśmy także dosyć mocne wino na bazie pisco oraz moje ulubine pisco z manjarem czyli kajmakiem.

---------------------------------

Wieczorem czekała nas długo wyczekiwana wizyta w obserwatorium. Z pewnym niepokojem spoglądaliśmy na niebo czy aby nie pojawiają się na nim jakieś chmury. Na szczęście gdy o 20:30 ruszaliśmy naszym busikiem na niebie zaczęły nieśmiało pojawiać się pierwsze gwiazdy bez większych śladów zachmurzenia.

Paręset metrów przed obserwatorium, podjeżdżające samochody musiały zgasić światła i przemieszczać się dalej w całkowitych ciemnościach, aby przypadkiem nie zakłócać obserwacji. Na miejscu wszyscy zostaliśmy podzieleni na dwie grupy: anglo- i hiszpańskojęzyczną. Nasza grupa ruszyła do teleskopu podczas gdy druga grupa została zaproszona na prezentację multimedialną.

Nasz przewodnik w przeciągu ułamka sekundy odnajdywał na niebie kolejne gwiazdy, planety, galaktyki czy gwiazdozbiory. Pokazywał nam między innymi Jupitera, Marsa, gwiazdozbiór Bliźniaków, Krzyż Południa.

Przy tym zasypywał nas całą masą megaciekawych informacji. Na przykład o tym, że aż do 1995 roku nie znano innych planet poza tymi w Układzie Słonecznym. Dziś znanych jest ich ponad 2000 z czego 714 podobnych jest do Ziemi (i dlatego niemal wszyscy astronomowie wierzą w życie pozaziemskie).

Chile jest jednym z najlepszych miejsc na Ziemi do oglądania gwiazd. Znajduje się tutaj aż 40% wszystkich teleskopów na świecie, w tym największy na świecie VLT (Very Large Telescope – bardzo twórcza nazwa :)). Planuje się także budowę EELT (European Extra Large Telescope) oraz OWL (Overwhelming Large Telescope – ej serio, mogliby się nieco bardziej wysilić :)). W tej dziedzinie panuje zresztą swoisty „wyścig zbrojeń” między USA i UE.

Korzysta na tym Chile, które stopniowo wymienia oświetlenie w miastach na takie, które oświetla ulice nie dając światła w przestrzeń. Jest to droga inwestycja, ale takie światło jest tańsze w utrzymaniu, bardziej ekonomiczne, a do tego przyciąga nowe inwestycje astronomiczne.

Chile mając na swoim terytorium obserwatoria może bezpłatnie z nich korzystać przez 5% czasu w ciągu roku. A muszę dodać, że nie jest to tania impreza. Normalny koszt to 40,000 euro za noc. Pomimo tak wysokich kosztów chętnych do korzystania z teleskopów nie brakuje. Niejednokrotnie na swoją kolej trzeba czekać i po kilka lat. A co gdy na przykład trafi się akurat brzydka pogoda? Albo pełnia księżyca, która utrudnia obserwację? A no nic. Pieniądze przepadają, a pechowiec musi się znowu ustawić w kolejce.

My mieliśmy szczęście. Bezchmurne niebo i księżyc w nowiu. Na niebie jasno świeciły gwiazdy, dostojnie prezentowała się cudna droga mleczna. Albinowi nawet udało się dostrzec dwie spadające gwiazdy. Ciekawe jakie miał życzenie? ;)

Problemem są również częste trzęsienia ziemi, które mogą teleskop zdekalibrować. Jego naprawa może wówczas trwać nawet do dwóch tygodni. Obstawiam jednak, że w takim wypadku jedynie traci się swoją kolejkę, bo pobieranie pieniędzy w takiej sytuacji byłoby chyba po prostu nieuczciwe.

Na koniec zostaliśmy zabrani na pokaz programu do oglądania nieba (takie google earth dla miłośników astronomii :)) Można sobie w nim oglądać niebo z dowolnego miejsca na ziemi, w dowolnym czasie, gwiazdy, galaktyki i gwizadozbiory są popodpisywane nazwami z różnych kultur (np inkaskiej, chińskiej czy egipskiej). Naprawdę polecam!
 
---------------------------------

Następnego dnia odbyliśmy jeszcze krótką wycieczkę do malutkiej wioski Pisco Elqui. Po drodze z okna autobusu podziwialiśmy piękną Dolinę Elqui. Samo Pisco Elqui jest bardzo popularne wśród turystów, chociaż ja szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem dlaczego. Jest tam mały rynek z kościółkiem, kolejna destylarnia pisco, parę uliczek...


Dla nas było to pożegnanie z Doliną Elqui. Wycieczka tam i z powrotem zajęła nam akurat pół dnia. Wrócliśmy do Vicuña, gdzie spakowaliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy dalej na północ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz