środa, 8 października 2014

W Krainie Mitow i Legend - Chiloe

Chile. Ostatni kraj na naszej trasie. Naszymi pierwszymi gospodarzami byli Dorota i Miguel: przesympatyczna polsko-chilijska para. Ugościli nas ciepło w swiom rodzinnym (przynajmniej dla Miguela) Puerto Montt, dali sprobowac nam pierwsze chilijskie potrawy (np. completo – chilijski hot-dog z awokado,  pomidorem i rodzajem kiszonej kapusty; pichanga – mieszanka frytek z warzywami: ogorkiem konserwowym, pomidorem, cebulą, papryką oraz różnymi rodzajami mięsa) oraz przedstawili historię Chile i jej stosunki polityczne (wcale nie takie proste) z sąsiadującymi Boliwią i Argentyną.

Jednak naszym głównym celem przyjazdu do Puerto Montt były odwiedziny pełnej mistycznych postaci wyspy Chiloe. Jak się okazało pierwsze niesamowite spotkanie przytrafiło się nam już w samym Puerto Montt.

Suszone malze na rynku w Puerto Montt
Wybraliśmy się na tamtejszy market Angelmo znajdujący się w porcie. Można tam kupić głównie pamiątki, zjeść typowe chilijskie dania.. Ot, taka atrakcja dla turystów. W jednym z dosyć ciemnych, ponurych sklepików Albin standardowo oglądał pocztówki. Ja w tym czasie bezmyślnie przeglądałam leżące na półkach bibeloty.

W pewnym momencie podszedł do mnie sprzedawca i zapytał skąd jestem, Bez większego entuzjazmu, przyzwyczajona do tego rodzaju pytań, odparłam, że z Polski i wróciłam do oglądania pamiątek. Pan tymczasem poleciał na zaplecze wołając:

„Francoise! Francoise!”

Market Angelmo
Z czeluści wyłoniła się drobna brodata postać w zadużym, obdartym swetrze, szczelnie zawinięta w poszarzałe ze starości szale i czapki. Stanęła ona nieśmiało przede mną i... przemówiła po polsku! Był to polski z silnym francuskim akcentem, jednak doskonale zrozumiały. Okazało się, że Francoisa, która pochodzi z Francji, studiowała w Krakowie jakieś studia podyplomowe i wtedy nauczyła się polskiego. Było to jednak jakieś 30 lat temu, a ona nadal doskonale mówiła w naszym języku.

Początkowo myśleliśmy, że błędnie używa ona żeńskiej formy (w końcu miała brodę, a owinięta w te wszystkie ubrania naprawdę wyglądała jak mężczyzna!), jednak na koniec dostaliśmy od niej wizytówkę, na której nazywa się ona La Francesa Bigotuda (Brodata Francuzka). Ja jednak jestem przekonana, że jest ona jedną z mitycznych postaci z Chiloe, które wylądowały w Puerto Montt!

----------------------------------------------

Puarto Varas jest małym miasteczkiem położonym koło Puerto Montt. To właśnie tam zatrzymuje się większość turystów, którzy planują odwiedzić Chiloe. Pojechaliśmy tam późnym popołudniem i w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się o szlaku starych willi (o którym już wcześniej wspominali nam Dorota z Miguelem).

Wille te są pokryte charakterystyczną drewnianą łuską i są pomalowane na różne kolory. Niektóre z nich są pięknie odnowione, inne wyglądają jak opuszczone chatki czarownic. W ciepłych promieniach późnopopołudniowego słońca prezentowały się naprawdę pięknie.

A my przynajmniej już wiemy, gdzie mieszka przynajmniej część chiloeńskich stworów.

----------------------------------------------

W drodze na Chiloe autobus ładowany jest na prom, który łączy wyspę ze stałym lądem. Stojąc na górnym pokładzie przyglądaliśmy się tafli wody. Słyszeliśmy bowiem, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć pływające tam delfiny, a przy sporej dwace szczęscia nawet orki. Pomimo jednak, że wysilaliśmy wzrok jedyne co udało się nam zobaczyć to ledwo wystające znad wody, łyse łebki fok. Z naszej perspektywy wyglądały one jak małe siostry Nessi. I jak tu nie wierzycw legendy?

----------------------------------------------

Naszym pierwszym odwiedzonym miastem na Wyspie Chiloe było Ancud. Gdy po dosyć długim spacerze (udało się nam wysiąść na złym przystanku!) dotarliśmy na Plaza del Armas, naszym oczom ukazała cała gromada mitycznych postaci.

Pod drzewem przycupnęła dumnie prężąc gołą pierś piękna Pincoya. To jej przypisuje się brak lub bogactwo ryb w morzu. Pojawia się ona często na wybrzeżu wraz ze swoim mężem Pincoy’em, który siada na skale i śpiewa. Pincoya zaczyna wówczas tańczyć, zmysłowo ruszając się w rytm głosu męża. Jeżeli podczas tego tańca  obraca się w stronę morza, oznacza to, że rybacy będą mieli obfity połów. Jeżeli jednak jej taniec zakończy się na plaży, nie będą mieli oni co łowić. Dobra Pincoya pomaga także rozbitkom na morzu.

W kącie schował się brzydki i powykrzywiany Invunche. Jest on strażnikiem jaskini czarownic. W dzieciństwie został jednej z nich podarowany w prezencie. Wiedźmy „odpowiednio” się o niego zatroszczyły trzymając go nagiego w jaskini, żywiąc ludzkim mięsem i mlekiem kota. Gdy dorósł jego „opiekunki” brutalnie go okaleczyły przymocowując mu nogę do kręgosłupa, aby przypadkiem nie mógł im uciec. Teraz porusza się on na trzech kończynach, ale z jaskini może wychodzić tylko po to, aby jeść.

Na murku przysiadła wychudzona Wdowa. Ubiera się ona na czarno, zakrywa głowę chustą, a chodząc szeleści halkami swojej sukni, spod której wystają białe jak mleko, bose nogi. Pojawia się ona nocą w odludnych miejscach i poluje na nieostrożnych mężczyzn. Uwodzi ich, zawodzi do swojej chaty, gdzie muszą oni zaspokajać jej wszelkie potrzeby. O świcie wykorzystanych wyciąga w odległe od ich domów miejsca i tam porzuca. Błąkają się oni niejednokrotnie po kilka dni zanim w końcu trafią do siebie.

Poza tym był jeszcze Trauco – zdeformowany karzeł uwodzący we śnie kobiety, walczące ze sobą węże Ten-Ten Vilu (reprezentujący ląd) i Cai-Cai Vilu (przedstawiający wodę), Bazyliszek oraz kilka wiedźm i innych nieznanych nam wcześniej postaci.

----------------------------------------------

Chyba dla ochrony przed tymi wszystkimi strasznymi postaciami, na Chiloe zaczęto stawiać kościoły. Piękne, drewniane, pomalowane na intensywne kolory, z charakterystycznymi sześciokątnymi wieżami. W sumie jest ich na wyspie około 160, jednak tylko 16 zostało wpisanych na listę UNESCO. Idealnym sposobem, żeby je zobaczyć jest wynajęcie samochodu, albo chociaż roweru (trzeba jednak wziąć pod uwagę, że pogoda na Chiloe jest dosyć nieprzewidywalna i duuuuużo pada).

My byliśmy ograniczeni do połączeń autobusowych i ewentualnego stopa. W ciągu jednego dnia, który spędziliśmy w Castro i okolicy udało się nam zobaczyć cztery z kościołów: jaskrawożółty z fioletowymi obramówkami kościół w Castro; ciemnobrązową świątynię w Nercon, gdzie można się przejść tuż pod dachem i przyglądnąć się konstrukcji tej pięknej budowli; opuszczony i zamknięty na cztery spusty, ale i tak piękny kościół Vilipulli, dokąd podrzucił nas jadący tam akurat szkolny autobus oraz bardzo turystyczny (ale zamknięty w porze siesty) kościół w Chonchi.

Oba kościoły, do których udało się nam dostać do środka miały przepiękne drewniane wnętrza, z delikatnymi rzeźbionymi, bądź malowanymi detalami.

----------------------------------------------

Do Castro przyjeżdża się także aby oglądnąć palafitos – czyli stojące na palach nad morzem kolorowe domy. Stanowią one wspaniały plener fotograficzny, jednak przypuszczam, że mieszkanie w nich do przyjemności nie należy. Może i ma się ładny widok ze sporego tarasu, ale domy te obecnie wyglądają bardziej jak slumsy niż zabytkowe, klimatyczne, drewniane chałupy. Na dodatek, gdy przyszliśmy je zobaczyć był akurat odpływ, pod palami nie było wody tylko mokry, porośnięty zielonymi glonami piasek, co potęgowało tylko wrażenie beznadziejności. Bieda pod kolorową przkrywką...

----------------------------------------------

Bardzo szybko minął nam czas spędzony z Dorotą i Miguelem w Puerto Montt i okolicach. Najedzeni, pełni nowych wrażeń i historii z żalem żegnaliśmy się z naszymi gospodarzami. Historia i mitologia Chiloe jednak zafascynowały mnie na tyle, że kupiłam sobie książeczkę na ten temat, która obecnie stanowi wspaniałe źródło wspomnień i doskonale służy mi do ćwiczenia mojego hiszpańskiego.


A jeżeli jesteście zainteresowani wyjazdem do Chile to zapraszam Was na blog Doroty „Pewnego Razu w Chile”, który jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o tym kraju!

2 komentarze:

  1. chilijski hot dog brzmi smacznie ;) szczegolnie czesc z kiszona kapusta :))
    autobus jest ladowany na prom? wow, dla mnie to brzmi strasznie :D
    ciekawe te stworki i ich legendy, szczegolnie podoba mi sie wdowa i to jak sobie przycupnela na murku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hot Dog byl przepyszny! Szczegolnie taki domowej roboty, ale jest to chyba najczestsza przekaska Chilijczykow i mozna go kupic niemal na kazdym rogu.
      Promy przewozace autobusy sa calkiem spore. Sa jednak podobno plany wybudowania mostu laczacego wyspe z ladem, Sprzeciwiaja sie temu oczywiscie wlasciciele promow obawiajac sie straty zarobkow.
      A legendy Chiloe sa zdecydowanie warte poznania.

      Usuń