poniedziałek, 13 października 2014

Relaks w stolicy aktywnego wypoczynku - Pucon

Pucon jest bardzo popularnym miejscem trekkingowym w Chile. Co roku tysiące turystów przyjeżdżają tutaj aby wspiąć się na szczyt górującego nad miasteczkiem wulkanu Villarica. I my początkowo mieliśmy taki plan. Ten jednak został zweryfikowany przez pogodę.

Gdy dotarliśmy do Pucon niebo pokrywały ciężkie chmury, z których siąpił rzęsity deszcz. W takich warunkach musieliśmy szukać nocelgu. Gdy tylko udało się nam dostać przyzwoitą dwójkę (z jakiegoś powodu w Pucon pokoje wieloosobowe nie są zbyt popularne...), z przyjemnością zakopaliśmy się w ciepłe kołdry i popijając ciepłą herbatkę zabraliśmy się za nadrabianie zaległości zdjęciowo / blogowo / pamiętnikowych.

Drugiego dnia pospałam prawie do południa, jednak gdy otworzyłam oczy przywitało mnie piękne słońce. Niestety było już za późno, aby pojechać do słynnych gorących źródeł. W związku z tym zdecydowaliśmy się spędzić dzień włócząc się po miasteczku i dalej odpoczywając.

Pomimo słonecznej pogody wulkan Villarica spowity był w zasłonie chmur. Przesądziło to o naszych planach i zdecydowaliśmy się wykorzystać pobyt w Pucon, aby odpocząć po intensywnym pobycie w Patagonii, zamiast zdobywać kolejne szczyty.

Miasteczko okazało się być mega turystyczne: niemal w każdym budynku znajdował się a to hostel, a to agencja turystyczna, a to restauracja, a to skelp z pamiątkami. Wszystko czego turysta może zapragąć. Agencje organizowały trekkingi na wulkan, wyjazdy do źródeł termalnych, spływy kajakowe, raftingi, skoki ze spadochronem, jazdę konną... Nic tylko mieć wór pieniędzy i korzystać z tych wszelkich atrakcji!

Pucon położony jest nad jeziorem Villarica, do którego sobie spacerem doszliśmy. Znajduje się tam niezbyt atrakcyjna czarna plaża, na której wypoczywało trochę ludzi. Jezioro jest malowniczo otoczone przez wysokie, porośnięte lasem góry. Posiedzielśmy trochę na jego brzegu podziwiając widoki, ale ileż tak można siedzieć lampiąc się w góry? ;) Nieco znudzeni wróciliśmy do hostelu grzać kości korzystając z takich to udogodnień cywilizacji jak Wi-Fi i TV (i kto by pomyślał, że jednak można się za nimi nieco stęsknić! :P)

Wieczorem, gdy ponownie wyszłam na spacer po miasteczku, wulkan Villarica wreszcie wyłonił się zza chmur ukazując swoją niemal idealnie symetryczną, pokrytą śniegiem figurę. Zaaferowana poleciałam do hostelu zawołać Albina, żeby i on mógł zobaczyć ten cud natury. Porobiliśmy trochę zdjęć, a w międzyczasie chmury znowu zaczęły się zbierać nad szczytem.

Nasz ostatni dzień w Pucon wykorzystaliśmy na wyjazd do ciepłych źródeł. Wokół Pucon znajduje się całkiem sporo źródeł termalnych co jest ściśle związane z aktywnością wulkaniczną. Z szerokiej oferty zdecydowaliśmy się wybrać do Los Pozones, które nie tylko były najtańsze, ale wyglądały najbardziej natuarlnie (czyt. Jak zwykła dziura w ziemi otoczona stosem kamieni, a nie 5* SPA, z eleganckimi basenami, masażami, jacuzzi i całą gamą innych usług, z których i tak byśmy nie skorzystali.


Pani w kasie poradziła nam abyśmy się udali do najdalej położonego z basenów. Na początku nie bardzo wiedzieliśmy o co jej może chodzić. Gdy zeszliśmy na dół okazało się, że do wcześniejszych term nie zdążono jeszcze nalać wody! Tylko ostatni z basenów zapewniał jako-taką kąpiel, ale i tak poziom wody nie sięgał wyżej niż do kolan. Mało tego: w tym ostatnim basenie woda nie była wcale aż tak ciepła. W związku z tym zdecydowaliśmy się wrócić do jednego z wcześniejszych basenów, gdzie wody było nieco mniej, ale była o niebo cieplejsza.

Po pewnym czasie takie zwykłe grzanie kości zwyczajnie mi się znudziło. Wyszłam z wody, przeszłam się po okolicy, porobiłam zdjęcia i odkryłam, że w pobliżu naszego basenu znajduje się wejście do górskiego potoku. Delikatnie zanużyłam czubek dużego palca u nogi sprawdzając temperaturę wody: brrrr! Zimna!


Wskoczyłam ponownie do gorącego basenu. Gdy znowu poczułam, że zrobiło mi się gorąco szybko wyskoczyłam z wody i pędem poleciałam do strumienia. Bez chwili wahania wskoczyłam do lodowato zimnej wody i momentalnie poczułam jakby w ciało wbijano mi miliony zimnych szpileczek. Nie dało się tam wytrzymać dłużej niż 15 sekund.

Trzy razy odbyłam taką wycieczkę mając nadzieję zahartować się na resztę wyjazdu. W końcu i Albin dał się namówić do wskoczenia do potoku, ale chyba nawet on był zaskoczony temperaturą wody.

W sumie w termach mogliśmy spędzić 3 godziny (tyle mieliśmy czasu między autobusami). Jednak już po dwóch godzinach nie bardzo wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Zdecydowanie nie należymy do osobników, które potrafią godzinami leżeć w jednym miejscu! Za bardzo nas nosi! A takie gorące źródła, to na dłuższą metę jednak cholernie nudna sprawa...


Tak leniwie zleciał nam czas w miejscu z jedną z najbardziej urozmaiconych ofert dla miłośników aktywnego wypoczynku. Ale zdecydowanie potrzebowaliśmy tego relaksu, aby podładować baterie i z nową dawką energii ruszyć w ostatni etap naszej podróży. 

2 komentarze:

  1. no tak, siedzenie w jednym miejscu czasami bywa bardziej meczace niz calodzienne chodzenie :)) ale czasami trzeba sie troche zrelaksowac, choc ja to w takich zrodlach dlugo wysiedziec nie moglam.

    Ania, http://pandaoverseas.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokladnie taki byl nasz zamiar: chwila relaksu. Tylko, ze my za dlugo nie umiemy sie relaksowac :P

    OdpowiedzUsuń