wtorek, 21 października 2014

Pianino, kopalnia, okret - Concepcion

W Concepcion wysiedliśmy na dworcu, który wydawał się nam być oddalony od centrum miasta o całe mile. Wokoło nie było żadnych wysokich budynków (de facto w ogóle było tak jakoś mało budynków!), otaczały nas lasy i pola. Trzy razy pytałam się kierowcy autobusu czy to oby na pewno główny dworzec. Gdy po raz trzeci usłyszałam te same uspokajające słowa:

„Tak, to główny dworzec, do centrum jest stąd całkiem niedaleko, ale jeżeli wolicie możecie sobie wziąć taksówkę albo autobus”

W końcu zdecydowalismy się zabrać nasze plecaki i ruszyć w drogę.

Jak się okazało centrum rzeczywiście nie było zabytnio oddalone: 15 minut na piechotę do naszego couchsurfingowego gospodarza i od niego kolejne 15 minut na Plaza de Independencia. Dlatego też na pierwszy rzut oka Concepcion wydało się nam bardzo prowincjonalne.

Wrażenie to jednak całkowicie zniknęło jak tylko doszliśmy do centrum. Po ulicach przewalały się tłumy ludzi, biegali poobdzierani i na maksa ubrudzeni studenci (akurat świętowali początek roku akademickiego, a panuje tam taka tradycja, że świeżakom zabiera się ubrania, wylewa się na nich pomyje i każe im się zbierać na ulicy pieniądze na wieczorną imprezę), a na niemal na każdym kroku można się było natknąć na ulicznych grajków lub zarabiających na życie komików.

W oczy rzuciły się nam stojące w kilku miejscach kolorowe pianina z napisem: „Play me, I’m yours” Ku naszemu zaskoczeniu ilekroć koło nich przechodziliśmy zawsze ktoś na nich grał. I to nie brzdękolił byle jak „Do Elizy”, ale naprawdę ładnie grał. Bardzo dużo utalentowanych muzycznie ludzi w tym Concepcion!

Poza katedrą, informacją turystyczną i ładnym placem głównym, nie ma w centrum zbyt wiele do zobaczenia. Natomiast zdecydowanie polecamy budkę z lodami na Plaza de Independencia. Zawsze stoją do niej mega długie kolejki, ale porcje lodów, które się tam dostaje są całkowicie warte czekania!

------------------------------------------------------

Wieczór spędziliśmy z naszym gospodarzem i jego współlokatorami. Niemal wszyscy pracują na tamtejszym uniwersytecie i mają sporo do powiedzenia na temat edukacji w Chile.

Rok temu dosyć głośno było na świecie na temat strajków studentów, którzy protestowali przeciwko zbyt wysokim czesnym za studia. Potwierdzili to teraz nasi rozmówcy. Okazuje się bowiem, że w Chile praktycznie za wszystkie szkoły (począwszy od podstawówki) trzeba płacić, I to czasem dosyć słono: nawet do 1000$ miesięcznie.

Niewiele lepiej wygląda sytuacja ze służba zdrowia. Niby jest jakaś tam publiczna opieka zdrowotna, w której według założenia biedni nie musieliby płacić za usługi, Płacić powinni bogaci: im większe dochody tym większa składka na ubezpieczenie zdrowotne. Ma to sens. Problem jednak polega na tym, że bogaci wcale nie mają ochoty się leczyć państwowo. Kogo tylko stać wykupuje sobie prywatne ubezpieczenie zdrowotne i na państwową służbę zdrowia się wypina. W ten sposób system, pomimo słusznych założeń w ogóle w Chile się nie sprawdza.

Inną sprawą są niskie zarobki w stosunku do kosztów życia. Zaskakuje to często obcokrajowców, którzy szukają w Chile raju utraconego. Nasi rozmówcy, którzy wcale na minimalnych pensjach nie byli, też twierdzili, że ciężko im odkładać tutaj pieniądze.

------------------------------------------------------

Chile słynie ze swoich bogactw mineralnych. Przyjeżdżając tutaj prędzej czy później odwiedza się jakąś kopalnię. Jedna z nich: Chiflon del Diablo znajduje się w Lota - małej miejscowości pod Concepcion. Dotarliśmy tam podmiejskim autobusem po dosyć długiej i irytującej jeździe (kiedy to kierowca zatrzymywał pojazd co 10m aby zabierać coraz to nowych pasażerów; system przystanków jakimś cudem się tu zupełnie nie przyjął...)

Zeszliśmy stromą ścieżką w dół, w kierunku morza, kupiliśmy bilety (5000 pesos) i dołączyliśmy do grupy, która właśnie rozpoczynała zwiedzanie.

Nasz przewodnik: starszy pan z siwymi włosami, przywitał nas rzucając polskimi nazwiskami (Kopernik, Wałęsa, Jan Paweł II) po czym szybko wrócił do opowiadania historii kopalni. Ponieważ niestety ciągle byłam na etapie przyzwyczajania się do szybkiej chilijskiej wersji hiszpańskiego (gdzie na przykład zamiast maso menos mówi się maomeno), niestety nie udało mi się zrozumieć wszystkiego (a szkoda, bo pan opowiadał naprawdę bardzo ciekawie)

Koplania miała bardzo bogate złoża węgla, których spora część znajdowała się pod dnem oceanu. Wprawdzie obecnie kopalnia jest nieczynna, ale w tunelach, po których chodziliśmy wciąż wyraźnie widać znajdujące się tam pokłady węgla.

Warunki pracy w kopalni były bardzo ciężkie. Górnicy pracowali w kopalni na dwie zmiany po 12 godzin każda. Jedni kończyli to drudzy zaczynali i tak w koło Macieju. Przewodnik opowiedział nam historię jednego z górników, który nie mając z kim zostawić 10-letniego syna, przyprowadzał go ze sobą do kopalni. Aby ten jednak nie biegał po kopalnianych chodnikach, przywiązywano go liną do słupa i tam był odpowiedzialny za otwieranie i zamykanie bramy numer 12.

Smutny był również los pracujących pod ziemią koni. W całkowitych ciemnościach ciągnęły one wypełnione węglem wózki. Po roku pracy pod ziemią ślepły. Wyciągano je wówczas na powierzchnię i zabijano.

Ciężkie warunki pracy w kopalni zostały opisane w 1906 roku przez pracującego tu górnika Baldomero Lillo, w książce „Subterra”. W 2003 roku na jej podstawie został nakręcony film. Dla tych z was, którzy mówią po hiszpańsku: „Subterra” (2006)

------------------------------------------------------

Jeden autobus, drugi, podróż na drugą stronę Concepcion, tym razem do Talcahuano, gdzie znajduje się okręt Huascar. Ja do fanów militariów zdecydowanie nie należę, ale ponieważ Albin się nimi fascynuje tej wizyty nie mogliśmy sobie odpuścić,

Huascar został zbudowany w 1865 roku w Wielkiej Brytanii i stamtąd przez Atlantyk, a później płynąc wzdłuż wybrzeży Brazylii i Chile dopłynął do Peru. Wraz z okrętem Independecia był on pierwszym okrętem z prawdziwego zdarzenia floty peruwiańskiej.



Szczególną rolę Huascar odegrał w czasie Wojny o Pacyfik, która rozpoczęła się 5 kwietnia. Brały w niej udział Peru, Chile i Boliwia, a jej główną przyczyną były złoża saletry. Okret barł udział w wielu akcjach przeciwko Chile: atakował porty, topił statki, sabotażował linie komunikacyjne. Stał się bardzo dokuczliwym zagrożeniem dla Chile.

Niestety 8 października 1879 roku Huascar zakończył swoją służbę we flocie peruwiańskiej. Został on w końcu przechwycony przez Chile. Wydarzenie to przesądziło o zwycięstwie w wojnie. Chile mogło się już praktycznie bez żadnych ograniczeń poruszać po wodach przybrzeżnych transportując wojska między miastami.

Nie był to jednak koniec kariery Huascara. Został on bowiem wcielony do floty chilijskiej i tam wiernie służył aż do roku 1897. Już od 1934 roku można go było zwiedzać, a w 1952 otwarto w nim muzeum. Jest on uznawany za jeden z najważniejszych okrętów Ameryki Południowej.

------------------------------------------------------

Zanim wróciliśmy do Concepcion poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Talcahuano zostało poważnie dotknięte przez tsunami w 2010 roku. Jego skutki do dziś wyraźnie widać w mieście. Poprzewracane i pordzewiałe statki w porcie, poniszczone domy... Wszystko to robi dosyć przygębiające wrażenie. Jednakże samo nabrzeże zostało ładnie odrestaurowane: pootwierano nowe restauracje, informację turystyczną, sklepy z pamiątkami, jest tu ładny deptak. W porcie natomiast można przyglądać się bawiącym się ze sobą lwom morskim. Stanowi to bardzo wyrazisty kotrast i pokazuje jak doskonale Chile odradza się po kataklizmach takich jak trzęsienia ziemi, które zdarzają sie tu na okrągło.

------------------------------------------------------

Nasz pobyt w Concepcion był krótki, ale bardzo intensywny. Czas nas powoli zaczął gonić, gdyż za nieco ponad miesiąc mieliśmy wracać do Europy, na stare śmiecie. Nie wiedzieliśmy jednak, że Ameryka Południowa szykuje dla nas tuż przed wyjazdem jeszcze jedną, niezapomnianą niespodziankę...

poniedziałek, 13 października 2014

Relaks w stolicy aktywnego wypoczynku - Pucon

Pucon jest bardzo popularnym miejscem trekkingowym w Chile. Co roku tysiące turystów przyjeżdżają tutaj aby wspiąć się na szczyt górującego nad miasteczkiem wulkanu Villarica. I my początkowo mieliśmy taki plan. Ten jednak został zweryfikowany przez pogodę.

Gdy dotarliśmy do Pucon niebo pokrywały ciężkie chmury, z których siąpił rzęsity deszcz. W takich warunkach musieliśmy szukać nocelgu. Gdy tylko udało się nam dostać przyzwoitą dwójkę (z jakiegoś powodu w Pucon pokoje wieloosobowe nie są zbyt popularne...), z przyjemnością zakopaliśmy się w ciepłe kołdry i popijając ciepłą herbatkę zabraliśmy się za nadrabianie zaległości zdjęciowo / blogowo / pamiętnikowych.

Drugiego dnia pospałam prawie do południa, jednak gdy otworzyłam oczy przywitało mnie piękne słońce. Niestety było już za późno, aby pojechać do słynnych gorących źródeł. W związku z tym zdecydowaliśmy się spędzić dzień włócząc się po miasteczku i dalej odpoczywając.

Pomimo słonecznej pogody wulkan Villarica spowity był w zasłonie chmur. Przesądziło to o naszych planach i zdecydowaliśmy się wykorzystać pobyt w Pucon, aby odpocząć po intensywnym pobycie w Patagonii, zamiast zdobywać kolejne szczyty.

Miasteczko okazało się być mega turystyczne: niemal w każdym budynku znajdował się a to hostel, a to agencja turystyczna, a to restauracja, a to skelp z pamiątkami. Wszystko czego turysta może zapragąć. Agencje organizowały trekkingi na wulkan, wyjazdy do źródeł termalnych, spływy kajakowe, raftingi, skoki ze spadochronem, jazdę konną... Nic tylko mieć wór pieniędzy i korzystać z tych wszelkich atrakcji!

Pucon położony jest nad jeziorem Villarica, do którego sobie spacerem doszliśmy. Znajduje się tam niezbyt atrakcyjna czarna plaża, na której wypoczywało trochę ludzi. Jezioro jest malowniczo otoczone przez wysokie, porośnięte lasem góry. Posiedzielśmy trochę na jego brzegu podziwiając widoki, ale ileż tak można siedzieć lampiąc się w góry? ;) Nieco znudzeni wróciliśmy do hostelu grzać kości korzystając z takich to udogodnień cywilizacji jak Wi-Fi i TV (i kto by pomyślał, że jednak można się za nimi nieco stęsknić! :P)

Wieczorem, gdy ponownie wyszłam na spacer po miasteczku, wulkan Villarica wreszcie wyłonił się zza chmur ukazując swoją niemal idealnie symetryczną, pokrytą śniegiem figurę. Zaaferowana poleciałam do hostelu zawołać Albina, żeby i on mógł zobaczyć ten cud natury. Porobiliśmy trochę zdjęć, a w międzyczasie chmury znowu zaczęły się zbierać nad szczytem.

Nasz ostatni dzień w Pucon wykorzystaliśmy na wyjazd do ciepłych źródeł. Wokół Pucon znajduje się całkiem sporo źródeł termalnych co jest ściśle związane z aktywnością wulkaniczną. Z szerokiej oferty zdecydowaliśmy się wybrać do Los Pozones, które nie tylko były najtańsze, ale wyglądały najbardziej natuarlnie (czyt. Jak zwykła dziura w ziemi otoczona stosem kamieni, a nie 5* SPA, z eleganckimi basenami, masażami, jacuzzi i całą gamą innych usług, z których i tak byśmy nie skorzystali.


Pani w kasie poradziła nam abyśmy się udali do najdalej położonego z basenów. Na początku nie bardzo wiedzieliśmy o co jej może chodzić. Gdy zeszliśmy na dół okazało się, że do wcześniejszych term nie zdążono jeszcze nalać wody! Tylko ostatni z basenów zapewniał jako-taką kąpiel, ale i tak poziom wody nie sięgał wyżej niż do kolan. Mało tego: w tym ostatnim basenie woda nie była wcale aż tak ciepła. W związku z tym zdecydowaliśmy się wrócić do jednego z wcześniejszych basenów, gdzie wody było nieco mniej, ale była o niebo cieplejsza.

Po pewnym czasie takie zwykłe grzanie kości zwyczajnie mi się znudziło. Wyszłam z wody, przeszłam się po okolicy, porobiłam zdjęcia i odkryłam, że w pobliżu naszego basenu znajduje się wejście do górskiego potoku. Delikatnie zanużyłam czubek dużego palca u nogi sprawdzając temperaturę wody: brrrr! Zimna!


Wskoczyłam ponownie do gorącego basenu. Gdy znowu poczułam, że zrobiło mi się gorąco szybko wyskoczyłam z wody i pędem poleciałam do strumienia. Bez chwili wahania wskoczyłam do lodowato zimnej wody i momentalnie poczułam jakby w ciało wbijano mi miliony zimnych szpileczek. Nie dało się tam wytrzymać dłużej niż 15 sekund.

Trzy razy odbyłam taką wycieczkę mając nadzieję zahartować się na resztę wyjazdu. W końcu i Albin dał się namówić do wskoczenia do potoku, ale chyba nawet on był zaskoczony temperaturą wody.

W sumie w termach mogliśmy spędzić 3 godziny (tyle mieliśmy czasu między autobusami). Jednak już po dwóch godzinach nie bardzo wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Zdecydowanie nie należymy do osobników, które potrafią godzinami leżeć w jednym miejscu! Za bardzo nas nosi! A takie gorące źródła, to na dłuższą metę jednak cholernie nudna sprawa...


Tak leniwie zleciał nam czas w miejscu z jedną z najbardziej urozmaiconych ofert dla miłośników aktywnego wypoczynku. Ale zdecydowanie potrzebowaliśmy tego relaksu, aby podładować baterie i z nową dawką energii ruszyć w ostatni etap naszej podróży. 

środa, 8 października 2014

W Krainie Mitow i Legend - Chiloe

Chile. Ostatni kraj na naszej trasie. Naszymi pierwszymi gospodarzami byli Dorota i Miguel: przesympatyczna polsko-chilijska para. Ugościli nas ciepło w swiom rodzinnym (przynajmniej dla Miguela) Puerto Montt, dali sprobowac nam pierwsze chilijskie potrawy (np. completo – chilijski hot-dog z awokado,  pomidorem i rodzajem kiszonej kapusty; pichanga – mieszanka frytek z warzywami: ogorkiem konserwowym, pomidorem, cebulą, papryką oraz różnymi rodzajami mięsa) oraz przedstawili historię Chile i jej stosunki polityczne (wcale nie takie proste) z sąsiadującymi Boliwią i Argentyną.

Jednak naszym głównym celem przyjazdu do Puerto Montt były odwiedziny pełnej mistycznych postaci wyspy Chiloe. Jak się okazało pierwsze niesamowite spotkanie przytrafiło się nam już w samym Puerto Montt.

Suszone malze na rynku w Puerto Montt
Wybraliśmy się na tamtejszy market Angelmo znajdujący się w porcie. Można tam kupić głównie pamiątki, zjeść typowe chilijskie dania.. Ot, taka atrakcja dla turystów. W jednym z dosyć ciemnych, ponurych sklepików Albin standardowo oglądał pocztówki. Ja w tym czasie bezmyślnie przeglądałam leżące na półkach bibeloty.

W pewnym momencie podszedł do mnie sprzedawca i zapytał skąd jestem, Bez większego entuzjazmu, przyzwyczajona do tego rodzaju pytań, odparłam, że z Polski i wróciłam do oglądania pamiątek. Pan tymczasem poleciał na zaplecze wołając:

„Francoise! Francoise!”

Market Angelmo
Z czeluści wyłoniła się drobna brodata postać w zadużym, obdartym swetrze, szczelnie zawinięta w poszarzałe ze starości szale i czapki. Stanęła ona nieśmiało przede mną i... przemówiła po polsku! Był to polski z silnym francuskim akcentem, jednak doskonale zrozumiały. Okazało się, że Francoisa, która pochodzi z Francji, studiowała w Krakowie jakieś studia podyplomowe i wtedy nauczyła się polskiego. Było to jednak jakieś 30 lat temu, a ona nadal doskonale mówiła w naszym języku.

Początkowo myśleliśmy, że błędnie używa ona żeńskiej formy (w końcu miała brodę, a owinięta w te wszystkie ubrania naprawdę wyglądała jak mężczyzna!), jednak na koniec dostaliśmy od niej wizytówkę, na której nazywa się ona La Francesa Bigotuda (Brodata Francuzka). Ja jednak jestem przekonana, że jest ona jedną z mitycznych postaci z Chiloe, które wylądowały w Puerto Montt!

----------------------------------------------

Puarto Varas jest małym miasteczkiem położonym koło Puerto Montt. To właśnie tam zatrzymuje się większość turystów, którzy planują odwiedzić Chiloe. Pojechaliśmy tam późnym popołudniem i w informacji turystycznej dowiedzieliśmy się o szlaku starych willi (o którym już wcześniej wspominali nam Dorota z Miguelem).

Wille te są pokryte charakterystyczną drewnianą łuską i są pomalowane na różne kolory. Niektóre z nich są pięknie odnowione, inne wyglądają jak opuszczone chatki czarownic. W ciepłych promieniach późnopopołudniowego słońca prezentowały się naprawdę pięknie.

A my przynajmniej już wiemy, gdzie mieszka przynajmniej część chiloeńskich stworów.

----------------------------------------------

W drodze na Chiloe autobus ładowany jest na prom, który łączy wyspę ze stałym lądem. Stojąc na górnym pokładzie przyglądaliśmy się tafli wody. Słyszeliśmy bowiem, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć pływające tam delfiny, a przy sporej dwace szczęscia nawet orki. Pomimo jednak, że wysilaliśmy wzrok jedyne co udało się nam zobaczyć to ledwo wystające znad wody, łyse łebki fok. Z naszej perspektywy wyglądały one jak małe siostry Nessi. I jak tu nie wierzycw legendy?

----------------------------------------------

Naszym pierwszym odwiedzonym miastem na Wyspie Chiloe było Ancud. Gdy po dosyć długim spacerze (udało się nam wysiąść na złym przystanku!) dotarliśmy na Plaza del Armas, naszym oczom ukazała cała gromada mitycznych postaci.

Pod drzewem przycupnęła dumnie prężąc gołą pierś piękna Pincoya. To jej przypisuje się brak lub bogactwo ryb w morzu. Pojawia się ona często na wybrzeżu wraz ze swoim mężem Pincoy’em, który siada na skale i śpiewa. Pincoya zaczyna wówczas tańczyć, zmysłowo ruszając się w rytm głosu męża. Jeżeli podczas tego tańca  obraca się w stronę morza, oznacza to, że rybacy będą mieli obfity połów. Jeżeli jednak jej taniec zakończy się na plaży, nie będą mieli oni co łowić. Dobra Pincoya pomaga także rozbitkom na morzu.

W kącie schował się brzydki i powykrzywiany Invunche. Jest on strażnikiem jaskini czarownic. W dzieciństwie został jednej z nich podarowany w prezencie. Wiedźmy „odpowiednio” się o niego zatroszczyły trzymając go nagiego w jaskini, żywiąc ludzkim mięsem i mlekiem kota. Gdy dorósł jego „opiekunki” brutalnie go okaleczyły przymocowując mu nogę do kręgosłupa, aby przypadkiem nie mógł im uciec. Teraz porusza się on na trzech kończynach, ale z jaskini może wychodzić tylko po to, aby jeść.

Na murku przysiadła wychudzona Wdowa. Ubiera się ona na czarno, zakrywa głowę chustą, a chodząc szeleści halkami swojej sukni, spod której wystają białe jak mleko, bose nogi. Pojawia się ona nocą w odludnych miejscach i poluje na nieostrożnych mężczyzn. Uwodzi ich, zawodzi do swojej chaty, gdzie muszą oni zaspokajać jej wszelkie potrzeby. O świcie wykorzystanych wyciąga w odległe od ich domów miejsca i tam porzuca. Błąkają się oni niejednokrotnie po kilka dni zanim w końcu trafią do siebie.

Poza tym był jeszcze Trauco – zdeformowany karzeł uwodzący we śnie kobiety, walczące ze sobą węże Ten-Ten Vilu (reprezentujący ląd) i Cai-Cai Vilu (przedstawiający wodę), Bazyliszek oraz kilka wiedźm i innych nieznanych nam wcześniej postaci.

----------------------------------------------

Chyba dla ochrony przed tymi wszystkimi strasznymi postaciami, na Chiloe zaczęto stawiać kościoły. Piękne, drewniane, pomalowane na intensywne kolory, z charakterystycznymi sześciokątnymi wieżami. W sumie jest ich na wyspie około 160, jednak tylko 16 zostało wpisanych na listę UNESCO. Idealnym sposobem, żeby je zobaczyć jest wynajęcie samochodu, albo chociaż roweru (trzeba jednak wziąć pod uwagę, że pogoda na Chiloe jest dosyć nieprzewidywalna i duuuuużo pada).

My byliśmy ograniczeni do połączeń autobusowych i ewentualnego stopa. W ciągu jednego dnia, który spędziliśmy w Castro i okolicy udało się nam zobaczyć cztery z kościołów: jaskrawożółty z fioletowymi obramówkami kościół w Castro; ciemnobrązową świątynię w Nercon, gdzie można się przejść tuż pod dachem i przyglądnąć się konstrukcji tej pięknej budowli; opuszczony i zamknięty na cztery spusty, ale i tak piękny kościół Vilipulli, dokąd podrzucił nas jadący tam akurat szkolny autobus oraz bardzo turystyczny (ale zamknięty w porze siesty) kościół w Chonchi.

Oba kościoły, do których udało się nam dostać do środka miały przepiękne drewniane wnętrza, z delikatnymi rzeźbionymi, bądź malowanymi detalami.

----------------------------------------------

Do Castro przyjeżdża się także aby oglądnąć palafitos – czyli stojące na palach nad morzem kolorowe domy. Stanowią one wspaniały plener fotograficzny, jednak przypuszczam, że mieszkanie w nich do przyjemności nie należy. Może i ma się ładny widok ze sporego tarasu, ale domy te obecnie wyglądają bardziej jak slumsy niż zabytkowe, klimatyczne, drewniane chałupy. Na dodatek, gdy przyszliśmy je zobaczyć był akurat odpływ, pod palami nie było wody tylko mokry, porośnięty zielonymi glonami piasek, co potęgowało tylko wrażenie beznadziejności. Bieda pod kolorową przkrywką...

----------------------------------------------

Bardzo szybko minął nam czas spędzony z Dorotą i Miguelem w Puerto Montt i okolicach. Najedzeni, pełni nowych wrażeń i historii z żalem żegnaliśmy się z naszymi gospodarzami. Historia i mitologia Chiloe jednak zafascynowały mnie na tyle, że kupiłam sobie książeczkę na ten temat, która obecnie stanowi wspaniałe źródło wspomnień i doskonale służy mi do ćwiczenia mojego hiszpańskiego.


A jeżeli jesteście zainteresowani wyjazdem do Chile to zapraszam Was na blog Doroty „Pewnego Razu w Chile”, który jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o tym kraju!