niedziela, 3 sierpnia 2014

Anioly z Torres del Paine / Angels from Torres del Paine

Scroll down for the English version

Chile zaskoczyło nas niesamowitym porządkiem. Niby już od dawna wiedzieliśmy o tym, że jest to kraj bardzo zorganizowany, że kierowcy przpuszczają pieszych na ulicy, że jest czysto, ładnie i tak... nie-południowoamerykańsko. Pomimo posiadanej wiedzy widok czyściutkich, zadbanych ulic był dla nas swoisym szokiem kulturalnym. W Punta Arenas, które było naszym pierwszym chilijskim miastem na trasie, jedyną rzeczą wyróżniającą je od europejskich miasteczek była duża ilość bezdomnych psów. Są one sporym problemem nie tylko w Chile, ale w całej Ameryce Południowej. I o ile psy z Chile i Argentyny, są bardzo przyjazne i generalnie dobrze odżywione, o tyle w biedniejszych krajach gdzie muszą one walczyć o każdy kawałek jedzenia już trzeba na nie uważać.

W Punta Arenas zanurzyłam rękę w zimnych wodach Cieśniny Magellana i mogliśmy ruszać dalej, na spotkanie z jedną z największych atrakcji Ameryki Południowej – Torres del Paine.

----------------------------------------------

Torres del Paine – tej góry chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Trzy majestatyczne wieże dramatycznie starają się dosięgnąć nieba. Często jednak zakrywają się zasłoną chmur, bawiąc się z turystami z chowanego.

Tak też nas przywitały. Gdy dojechaliśmy do parku było szaro, wietrznie i dosyć ponuro. Torresy, które powinny być „gdzieś tam” spowite były szarą powłoką. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco, ale ponieważ słyszeliśmy, że w Patagonii pogoda jest „przewidywalnie nieprzewidywalna” i może zmienić się wręcz z minuty na minutę, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę.

W planie mieliśmy zrobienie pełnego okrążenia wokół masywu Torresów. Chwaliliśmy się tym wszystkim napotkanym po drodze turystom. Nasze plany jednak zostały dosyć szybko zweryfikowane. Widocznie udało nam się tymi planami wystarczająco rozśmieszyć Pana Boga, aby postanowił je zmienić.

----------------------------------------------

Park Narodowy Torres del Paine ma pecha do pożarów. Najpierw w 1985 roku spaliło się 150km2 lasów. Sytuacja powtórzyła się w roku 2005 i 2011 kiedy to najpierw turysta z Czech, a potem z Izraela rozniecili ogień, którego nie można było ugasić przez wiele dni. Sytuację utrudniają silne wiatry. Skutki tych pożarów mogliśmy oglądać na własne oczy, kiedy szliśmy przez las czarnych kikutów drzew.

Naszej pierwszej nocy, o mały włos, a sami przyczynilibyśmy się do rozniecenia pożaru w parku. Stało się tak przez naszą wysłużoną kuchenkę benzynową, która postanowiła się zbuntować. Podczas gotowania wody na makaron, nagle puściła uszczelka i... BUM! Nagle ogień rozprzestrzenił się dookoła kuchenki wzbudzając sensację wśród innych turystów przygotowujących koło nas obiad. Ktoś już leciał z wodą do ugaszenia, my jednak pamiętni, po sytuacji z Choquequierao, kiedy nasz znajomy omal nie wysadził w podobny sposób ruin w powietrze, zachowaliśmy zdrowy rozsądek i w miarę szybko ugasiliśmy pożar zasypując rozlaną benzynę piaskiem.

Mieliśmy w tej całej historii niesamowicie dużo szczęścia. W parku można rozpalać ogień tylko w specjalnie wyznaczonych do tego miejscach. Często są to jednak drewniane świetlice z podłogami. Gdyby nam butla wybuchła w takiej świetlicy mielibyśmy DUŻY problem. Na szczęście u nas podłogi nie było, a na ziemi było wystarczająco dużego luźnego materiału, aby ugasić ogień.

Pozbawieni kuchenki, zostaliśmy praktycznie bez jedzenia. Całe nasze zapasy składały się z makaronów, zupek w proszku, owsianki... Do tego parę batoników i trochę ciastek. Na tych jednak nie dalibyśmy rady wytrzymać planowanych 8 dni w górach. Trzeba było improwizować. Podzieliliśmy nasze skromne pozostałe zapasy, pozbyliśmy się części makaronu, zostawiając tylko jedną awaryjną paczkę, licząc na jakieś dobre duszyczki po drodze i postanowiliśmy, że ograniczymy się do klasycznego „W”, które robi zdecydowana większość turystów przybywających do parku.

----------------------------------------------

Obudziliśmy się o 4:00 i zobaczyliśmy pięknie rozgwieżdżone niebo. Szybko się ubraliśmy i w drogę, do punktu widokowego oglądać wschód słońca. W ciemności prowadziły nas majaczące przed nami czołówki innych turystów.

Gdy dotarliśmy do jeziora, znaleźliśmy dogodne miejsce do oglądania spektaklu przygotowanego dla nas przez Wieże. Było STRASZNIE zimno. Siedziałam przytulona do Albina, a i tak co chwila wstrząsały mną dreszcze.

Z ciemności powoli zaczęły się wyłaniać sylwetki Torresów. Po paru minutach stały one dumnie przed nami w całej swej okazałości. Gdy już myśleliśmy, że spektakl się skończył i możemy się zbierać w drogę powrotną, nagle szczyty gór zostały muśnięte pierwszymi promieniami słońca. I wtedy się zaczęło. Feeria barw: różu, żółci, pomarańczy... Najlepszy artysta świata nie stworzyłby nic piękniejszego.

----------------------------------------------

Wszyscy miłośnicy polskich gór, a zwłaszcza Bieszczad znają BieszczadzkieAnioły. A my spotkaliśmy Chilijskie Anioły. Sá one kolorowe, wygadane, a przy brzydkiej pogodzie latają nisko nad ziemią i pomagają wędrowcom w potrzebie.

1-sze SPOTKANIE Z ANIOŁAMI

Piękna pogoda z rana, popołudniu była już tylko odległym wspomnieniem. Niebo znowu zasnuły chmury, z których zaczął siąpić zimny deszcz. Zmarznięci, przemoczeni i głodni, szliśmy powoli krok za krokiem w kierunku kolejnego pola namiotowego. Nagle przed nami pojawiły się cztery kolorowe skrzaty. Gdy zaczęły się do nas zbliżać moje uszy wyłapały nasz polski język.

Och, jakaż radość! Pomimo deszczu, zimna, wiatru, staliśmy tak z pół godziny gadając o naszej wyprawie, o ich wyjeździe, o Torresach, no i w końcu o naszym wypadku... Gdy dziewczyny usłyszały co nas spotkało do razu zaoferowały nam swoje jedzenie:  czekoladę, ser zółty i orzeszki ziemne. Chyba w życiu jedzenie nie sprawiło mi tyle przyjemności!

2-gie SPOTKANIE Z ANIOŁAMI

W końcu udało się nam dotrzeć do schroniska. Rozbiliśmy nasz namiot i udaliśmy się do ciepłej świetlicy, gdzie zmarznięci turyści suszyli sobie przemoczone buty i ubrania, nad tlącym się kominkiem, przygotowywali ciepłe posiłki, czy też po prostu się grzali w ciepłym pomieszczeniu. Gwar, jak to zwykle bywa w takich miejscach. Rozmowy o pogodzie, o podróżach, o szlakach... Ktoś grał na gitarze, ktoś inny śpiewał. W rogu Sali drzemał zmęczony wędrówką podróżny.


Zajęliśmy wolne miejsce przy jednym ze stolików. Wyjęliśmy nasze zdobyczne jedzenie i powoli, delektując się każdym kęsem jedliśmy. W pewnym momencie zagadał nas siedzący naprzeciwko chłopak. Od słowa do słowa, poznał nas z resztą osób siedzących przy stoliku. Okazało się, że spotkali się na szlaku parę dni wcześniej i teraz tak się razem spotykają na kempingach.

I znowu rozmowa zeszła na nasze doświadczenia w Torresach. I znowu podzieliliśmy się naszą „wybuchową” historią. Jaime bez słowa zaoferował nam swoją kuchenkę. Okazało się, że jest on tragarzem i współpracuje z jedną z wypożyczalni sprzętu w Puerto Natales. Powiedział, że kuchenkę możemy oddać po powrocie do miasta.

Siedzące z nami przy stoliku Holenderki zaoferowały nam swoje zupki i makaron. Razem z naszą pozostałością oznaczało to, że jedzenia starczy nam spokojnie na ukończenie całego „W”. Spore zmartwienie z głowy, dzięki tutejszym nisko-latajacym Aniołom.

----------------------------------------------

W sumie w Parku spędziliśmy 5 dni. Jest on pełen zachwycających widoków: Lodowiec Grey, Dolina Francuzów czy też Jezioro Pehoe. Naprawdę można poczuć się tam jak w niebie. A do tego jeszcze te Anioły...


English:

Chile surprised us with an amazing order. We knew already for a while that this country is very organized, that drivers give pedestrians priority on the street, that it is clean, nice and so... not-South American. Despite the knowledge we had a cultural shock seeing very clean and tidy streets. In Punta Arenas, which was our first Chilean town on the route, the only thing that distinguished it from European towns, was that there was a large number of homeless dogs on the streets. They are a big problem not only in Chile, but throughout all South America. And as far as the dogs of Chile and Argentina are very friendly and generally well-nourished so much in the poorer countries where they must fight for every piece of food you already need to treat it with care.

In Punta Arenas I put my hand into the cold waters of the Strait of Magellan and we could move on, to meet with one of the biggest attractions of South America - Torres del Paine.

----------------------------------------------

Torres del Paine probably needs no introduction. The three majestic towers dramatically try to reach the sky. Often, however, they are covered by a veil of clouds, playing hide and seek with the tourists.

We were greeted by this kind of view. When we got to the park it was a grey, windy and quite bleak. Torres, that should be "out there", were shrouded in a grey coat. It did not look too appealing, but because we have heard that the weather in Patagonia is "predictably unpredictable" and can change almost by the minute, we started our journey.

The plan was to do a full circuit around the massif of Torres del Paine. We talked about it with all tourists we met on the way. Our plans, however, were quite fast verified. Apparently our plans were good enough to make God laugh, so He decided to change them.

----------------------------------------------

Torres del Paine National Park has had bad luck to fires. First, in 1985, 150km2 of forest burned. The situation repeated itself in 2005 and 2011 when the first tourist from the Czech Republic, and then from Israel kindled a fire with which was not possible to extinguish for several days. Strong winds didn’t help in these situations. The effects of these fires we could see with our own eyes as we walked through the forest of black stumps of trees.
 
On our first night we almost kindle the fire ourselves. That happened because our old petrol stove decided to rebel. When we boiled water for pasta, suddenly our petrol bottle unsealed and... BOOM! Suddenly, the fire has spread around the stove arousing sensation among other tourist who were preparing their dinners. Someone tried to extinguish it with water, but we already had similar situation in Choquequierao when our friend almost blew up the ruins in the air, so kept the common sense and as quickly extinguish fire covering spilled gasoline with sand.

In the entire history we had incredible luck. In the park you can rekindle fire only in specially designated areas. Often these are, however, common rooms with wooden floors. If our stove had exploded in the common room like this we would have had a BIG problem. Fortunately, there was no floor and on the ground there was enough loose material to extinguish the fire.

Without a stove we were left practically without food. Our entire inventory consisted of pasta, soups powder, porridge... And couple of bars and few cakes. With this supplies however, we would not be able to walk for the planned eight days in the mountains. We had to improvise. We shared our remaining stocks, we got rid of part of the pasta, leaving only one emergency pack, hoping for some good souls along the way and we decided that we confine ourselves to the classic "W" – the route made by the vast majority of tourists coming to the park.

----------------------------------------------

We woke up at 4:00 and saw the beautiful starry sky. Quickly we dressed and went the way to a vantage point to watch the sunrise. In the darkness, we were led by torches of other tourists looming in front of us.

When we reached the lake, we found a good place to watch the show prepared for us by the Towers. It was REALLY cold. I sat clinging to Albin and I was still shaking with chill.

From the darkness silhouette of Torres slowly began to emerge. After a few minutes they showed proud in front of us in all their glory. Once we thought the show was over and we can gather the way back, suddenly the tops of the mountains were brushed with the first rays of the sun. And then it began. A feast of colours: pink, yellow, orange... The best artist in the world would not have created anything more beautiful.

----------------------------------------------

All lovers of Polish mountains, especially the Bieszczady Mountains know the Angels. And we met some Chilean Angels. They colorful, talkative and in a bad weather they fly low to the ground and they assist hikers in need.

1st MEETING WITH ANGELS

Beautiful weather from the morning was only a distant memory in the afternoon. The sky again covered with clouds and cold rain began to drizzle. Frozen, soaked and hungry, we walked slowly step by step to the next campsite. Suddenly in front of us, four coloured gnomes appeared. When we started to approach them my ears could hear our Polish language.

Oh, what joy! Despite the rain, the cold, the wind, we spent over half an hour talking about our trip, their travel, about Torres and in the end about our history with the stove... When the girls heard what happened to us, they immediately offered us their food: chocolate, cheese and peanuts. I think in my whole life the food did not bring me so much pleasure!

2nd MEETING WITH ANGELS

In the end, we managed to reach the hostel. We pitched our tent and went to warm common room, where many tourists were drying themselves and their cold wet shoes and clothes, preparing hot meals, or simply warmed in a warm room. Buzz, as is usual in such places. Talking about the weather, about traveling, about routes... Someone was playing the guitar, someone else was singing.

We took the free space at one of the tables. We took our food and we were eating it slowly, savouring every bite we ate. The boy sitting in front of us started conversation. From word to word, he introduced us to the rest of the people sitting at the table. It turned out that they all had met on the trail a few days earlier and now they met every evening at the campsites.

And again, the conversation turned to our experience in Torres. And again, we shared our "explosive" story. Jaime wordlessly offered us his stove. It turned out that he is a porter and works with one of the rental shops in Puerto Natales. He said that we can give the stove back when we return to the town.

Two Dutch girls sitting with us at the table offered us their soups and noodles. Together with our remnant this meant that we had enough food to complete the whole "W". Spore worry out of your head, thanks to the local low-flying Angels.

----------------------------------------------


In total, in the park we spent 5 days. It's filled with stunning views: Glacier Grey, French Valley or Lake Pehoe. You can really feel there like in heaven. Especially if you are lucky enough to meet the Angles… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz