niedziela, 24 sierpnia 2014

Cueva de las Manos - historia znudzonych jaskiniowcow / Cueva de las Manos - history of bored cavemen

Scroll down for the English version

Do miejscowości Perito Moreno (nie mylić z lodowcem!) dotarliśmy po długiej i niewygodnej nocy w autobusie o nieludzko wczesnej porze. Oczywiście wszystko było jeszcze pozamykane. Rozłożyliśmy więc nasze graty na ziemi czekając na otwarcie biura oferującego wycieczki do Cueva de las Manos, która była głównym celem naszego przyjazdu. Z zaskoczeniem powitaliśmy sympatyczną panią w średnim wieku, która zaczynała pracę już przed 7:00 rano. Wykupiliśmy od niej wycieczkę, zdobyliśmy mapy miasteczka, zostawiliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy wykorzystać 3 godziny, które nam zostały do wyjazdu na zwiedzanie.

Perito Moreno jest malutkim (3,5-tysięcznym) miasteczkiem. Pomimo tego jest jednym z największych miast w okolicy. Nie ma się jednak czemu dziwić skoro dookoła rozpościera się moja ukochana pampa. Bezkresne i niemal bezludne stepy zamieszkałe są niemal jedynie przez wałęsające się bez celu stada guanaco.

W miasteczku nie ma zbyt wiele do zobaczenia (wysychające jeziorko, długa główna droga) więc dosyć szybko wróciliśmy na dworzec. Na miejscu okazało się, że pomimo naszych chęci, nie uda się tam opuścić miasta tego samego dnia. Była sobota. Jedna z dwóch firm miała swój następny autobus dopiero w poniedziałek, a druga nie jeździła właśnie w soboty. Tym sposobem trafił nam się niespodziewany postój w Perito Moreno.

----------------------------------------------

Przed 10 na cichy i spokojny dworzec podjechał mały samochód osobowy, z którego wysiadł wąsaty facet i podszedł do naszego biura. Okazało się, że był to pan Hugo – nasz kierowca. W samochodzie siedziała już para Amerykanów z San Francisco. Sprawnie się zebraliśmy i ruszyliśmy 163-kilometrową podróż do Cueva de las Manos.

Senor Hugo okazał się być Argentyńczykiem włoskiego pochodzenia, który 20 lat temu przyjechał na wakacje do Perito Moreno i tak mu się tu spodobało, że zdecydował się zostać. Wcześniej mieszkał w Mar de Plata koło Buenos Aires, ale było ono dla niego za duże. Natomiast bardzo mu odpowiada małomieszczański charakter Perito Moreno. Ma on tu swój hostel, restaurację oraz biuro podróży. Przy miłej rozmowie 1,5-godzinna droga do jaskini minęła nam bardzo szybko. Tym bardziej, ze co chwila Pan Hugo zwalniał się, bądź zatrzymywał, pokazując nam a to kopalnię złota i srebra, a to kolejne guanaco, a to ładny widok na kanion.

----------------------------------------------

Oczywiście jako turyści z zagranicy musieliśmy zapłacić więcej za bilety wstępu (80 peso za bilet). Pomimo tego, nie mieliśmy co liczyć na anglojęzycznego przewodnika. Nie było to jednak najmniejszym problemem. Pan Hugo stwierdził, że przecież mówię tak dobrze po hiszpańsku, że mogę służyć za tłumacza, dla reszty naszej małej grupy. Bardzo ucieszyła się z tego przewodniczka, która stwierdziła, że jej angielski jest bardzo taki sobie. Niestety z moją dodatkową rolą nie wiązała się żadna zniżka... A szkoda!

----------------------------------------------

Cueva de las Manos (dosłownie Jaskinia Rąk) wzięła swą nazwę od doskonale zachowanych malunków ludzkich dłoni znajdujących się ścianach jaskini. Bardzo mało wiadomo na temat ich powstania, a z istniejących teorii żadna nie jest 100% potwierdzona. Wiadomo, że najstarsze z malunków mają ponad 9,000 lat! Do namalowania ich użyto barwników przywiezionych z miejsc odległych o nawet 200km.

Malunki przedstawiają głównie lewe dłonie. Jedna z teorii głosi, że zostały one namalowane poprzez wydmuchiwanie barwnika rurką trzymaną w prawej dłoni. Zaledwie około 30 (z ponad 800) to ręce prawe, co mniej więcej odpowiada dzisiejszym proporcjom ludzi prawo- i leworęcznych. Niektóre z nich znajdują się bardzo wysoko na ścianach jaskini i podejrzewa się, że należały one do najwyższych członków plemienia, którzy mogli mierzyć ponad 1,8m bądź też członkowie plemienia podnosili się nawzajem na ramionach aby je namalować.

Wśród malunków są dłonie zarówno mężczyzn, jak i kobiet i dzieci. Jest także dłoń mająca 6 palców. Uważa się, że mogła ona należeć do szamana. Za szamanów bowiem wybierano osoby posiadające specjalne zdolności. Często za dowód posiadania tych specjalnych zdolności uznawano posiadanie wad wrodzonych – jak w tym przypadku 6 palców.

Poza malunkami dłoni są tam także malowidła przedstawiające rodzące kobiety, dzieci, polowania na guanaco. Znamienne jest, ze na tych rysunkach guanaco są zawsze dużo większe od polujących na nie ludzi. Ma to być dowodem na to jak wiele znaczyło to zwierzę dla ówczesnych ludzi.

Część obrazów jest bardziej abstrakcyjna: przedstawiają złe duchy, tancerzy czy też nachodzące na siebie koła, które występują praktycznie u wszystkich ludów pierwotnych i mają być dowodem na stosowanie przez nie substancji psychodelicznych.

Tyle oficjalnych teorii. My z Albinem doszliśmy do wniosku, że znudzeni myśliwi malowali sobie dłonie na ścianach jaskini, tak jak obecnie dzieci malują swoje ręce na kartce papieru, a teraz naukowcy ciężko myślą: „Co też oni mieli na myśli? Po co to robili?”  A odpowiedź może być bardzo prosta: z nudów :)

----------------------------------------------

Po powrocie do Perito Moreno znaleźliśmy tani kemping (20 pesos za namiot), gdzie postanowiliśmy sobie zrobić grilla i zjeść prawdziwe argentyńskie steki. Albin poszedł do supermarketu, a ja zebrałam drewno. Niestety niewiele mieliśmy do tych steków, więc wrzuciliśmy je po prostu nad ogień, obficie polaliśmy piwem i pozwoliliśmy się im smażyć tylko od czasu do czasu odwracając je na drugą stronę. Gdy w końcu były gotowe efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania: nie bez powodu się mówi, że argentyńska wołowina jest najlepsza na świecie. Mięso wręcz rozpływało się w ustach i naprawdę żałowaliśmy, że nie kupiliśmy ich więcej. Najlepsze mięso pod słońcem i kolejne spełnione marzenie :)




English:

We arrived to the town of Perito Moreno (not to be confused with the glacier!) very early in the morning after a long and uncomfortable night in a bus. Of course, everything was still closed. We put all our luggage on the ground waiting for the opening of an office that offers trips to the Cueva de las Manos, which was the main purpose of our arrival. To our surprise a friendly middle-aged lady started work already before 7:00 in the morning. We purchased a trip from her, got the map of town, we left our luggage and went to use three hours that we had to go on tour.

Perito Moreno is a tiny (3.5-thousandths) town. Despite this, it is one of the largest cities in the area. There is, however, no wonder as it spreads around my beloved pampa. Endless and almost uninhabited steppes are inhabited almost exclusively by rummaging aimlessly herds of guanaco.

In the town there is not much to see (drying lake, the long main road) so fairly quickly we returned to the station. On site we found that in spite of our plans, we cannot leave the city the same day. It was Saturday. One of the two companies had their next bus on Monday, and the other did not drive on Saturdays. This way, we got an unexpected stay in Perito Moreno.

----------------------------------------------

Before 10am on a quiet and relaxing bus terminal a small car arrived. From this car a guy with moustache left and went to the tourist office. It turned out that it was Mr Hugo - our driver. In the car already a couple of Americans from San Francisco sat. We got inside and moved into 163-kilometer journey to the Cueva de las Manos.

Senor Hugo turned out to be Argentinian with Italian background who 20 years ago came on holiday to Perito Moreno and he liked it so much that he decided to stay. Previously he lived in Mar de Plata near Buenos Aires, but it was too big for him. In contrast, little town nature of Perito Moreno suits him a lot. He has his own hostel, restaurant and travel agency. With a relaxed conversation 1.5-hour route to the cave passed very quickly. Especially that Mr Hugo was slowing down every few minutes or stopped the car, showing us gold and silver mine or another guanaco or a nice view of the canyon.

----------------------------------------------

Of course, as tourists from abroad we had to pay more for tickets (80 pesos per ticket). Despite this, we could not count on an English-speaking guide. But it was not the slightest problem. Mr Hugo said that as I speak Spanish so well I can serve as an interpreter for the rest of our small group. The tour guide, who said that her English is very so-so was very pleased with that. Unfortunately, my additional role did not involve any discount ... A pity!

----------------------------------------------

Cueva de las Manos (literally Cave of Hands) took its name from the well-preserved paintings of human hands that cover all the walls of the cave. Very little is known about their origin, and none of the existing theories is 100% confirmed. It is known that the oldest of paintings have more than 9.000 years! Dyes imported from such distant places as 200km away were used to paint them.

Paintings depict mostly left hands. One theory is that they were painted by blowing pigment from tube held in the right hand. Only about 30 (out of over 800) is the right hand, which roughly corresponds to today's proportions of right and left handed people. Some of them are very high up on the walls of the cave and it is said that they might have belonged to the highest members of the tribe who could measure over 1.8m. Others might have been created by members of the tribe lifted on the shoulders of each other to paint them.

Among paintings there are the palms of men and women and children. There is also a hand having six fingers. It is believed that it could belong to the shaman. Shamans were believed to be people with some special characteristics and abilities. The birth defects (such as 6 fingers) might have been considered as a proof of these special abilities.

There are also paintings of the nascent women, children, hunting guanacos. It is significant that in these drawings guanacos are always much larger than hunting people. This might be proof of how much this animal meant back then.


Some images are more abstract: represent evil spirits, dancers or overlapping circles that occur practically in all primitive cultures, and is believed to be evidence of the usage of the psychedelic substance.

So much official theories say. Albin came to the conclusion that bored hunters painted the hands on cave walls, as currently the children paint their hands on a piece of paper, and now scientists think hard: "What did they have in mind? Why did they painted these hands? "And the answer may be very simple: out of boredom :)

----------------------------------------------



After coming back to Perito Moreno we found a cheap camping (20 pesos per tent), where we decided to do a barbecue and have a real Argentinian steaks. Albin went to the supermarket, and I gathered wood. Unfortunately, we didn’t have much to use on steaks (no seasoning, salt, pepper) so we just put them above the fire, abundant pour with beer and let them fry from time to time turning them over. When they finally were ready, the effect passed our wildest expectations: now we can understand why Argentinian beef is considered to be the best in the world. The meat almost melted in my mouth and I really wished we had bought more of them. The best meat under the sun and another dream come true :)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Patagonska milosc / Patagonian love

Scroll down for the English version

Patagonia… Jej obrazy przewijały się przez niemal cały wyjazd do Ameryki Południowej. Majestatyczne wieże Torres del Paine, dumny, acz nieco nieśmiały Fitz Roy wraz ze swym nieodłącznym kompanem Cerro Torre, silne wiatry, Ziemia Ognista... Nieco romantyczne wyobrażenia, które tworzyły się przez lata dzięki oglądanym w iternecie zdjęciom, przeczytanym książkom podróżniczym, oglądniętym filmom dokumentalnym, reportażom. Było to miejsce, które od samego początku wiedziałam pokocham całym sercem.

Pustka, dzikość, bezkresne przestrzenie, ośnieżone szczyty górskie, surowy klimat, kapryśna pogoda. Nie jest to łatwa miłość. Trzeba o nią walczyć, dać jej czas, czasem się obrazić, przeczekać.. i dalej tkwić w zachwycie nad niezmierzonym pięknem. Tych co na siłę chcą ją zdobyć Patagonia potrafi do siebie skutecznie zniechęcić: a to spowić na długi czas swoje piękne krajobrazy w welonie szaro-burych chmur, a to zlać deszczem, a to zrzucić z roweru czy motocyklu swoim silnym, zimnym oddechem wiatru.

Nas jednak ta Piękna Pani potraktowała wyjątkowo łagodnie. Dała nieco wkość w Ziemi Ognistej, kiedy to w środku lata zasypała nas śniegiem, trochę zmoczyła przy Torres del Paine, i kazała na siebie czekać aby odkryć oblicze Fitz Roya. Cierpliwość jednak każdorazowo się opłaciła i po parugodzinnym czy też parodniowym oczekiwaniu w końcu dostawaliśmy to po co przyjechaliśmy: nieziemsko piękne widoki, słońce i wspomnienia, które zostaną z nami do końca życia.

----------------------------------------------

Fitz Roy – góra marzenie wielu. Jedna z najtrudniejszych ścian wspinaczkowych na świecie. Słyszeliśmy historie ludzi, którzy marzyli o zobaczeniu tej kapryśnej góry, przejeżdżali pół świata, aby to marzenie spełnić, a jedyne co zobaczyli to mgławicę chmur otaczających Fitz Roya ciasnym wianuszkiem. Jest on bowiem bardzo kapryśny i nie lubi wystawiać się na pokaz. My również musieliśmy swoje odczekać. Dwa dni na polu namiotowym, gdzie przy siąpiącym z nieba deszczu nie ma za wiele do roboty w końcu się opłaciły.

Gdzies tam ukryty jest Fitz Roy

Drugiego dnia wieczorem, gdy słońce było już nisko na horyzoncie, nagle Albin przybiegł do namiotu z okrzykiem:

„Zakładaj buty! Ruszamy! Fitz Roy w całej okazałości!”

Jak się okazało okalające go szczelnie chmury w końcu ustąpiły, a Fitz Roy spojrzał na nas swoim łaskawym, dumnym okiem. Niemal biegiem rozpoczęliśmy ostrą wspinaczkę. Doszliśmy do punktu widokowego, gdzie mogliśmy się z bliska ukłonić temu kapryśnemu dżentelmenowi.

Fitz Roy o poranku / Fitz Roy in the morning 

Podobne widowisko zresztą czekało nas rano, gdyż Fitz Roy postanowił wystawić swoje wdzięki na przywitanie dnia. Gdy schodziliśmy w dół, nad szczytem ponownie zaczęły się zbierać gęste chmury. Przesuwały się one w zawrotnym tępie i zanim wróciliśmy na pobliskie pole namiotowe, ze wspaniałych widoków niewiele pozostało.

----------------------------------------------

Koleżanką Fitz Roya jest Cerro Torre. Chyba jeszcze bardziej nieśmiała niż jej słynny sąsiad. Zachowuje się ona jak wstydliwa panna młoda, która woli swoje wdzięki zakryć welonem chmur i jedynie najbliższym, najbardziej zaufanym osobom pokazuje swoją piękną sylwetkę. Jej też musieliśmy dać czas, pozwolić się oswoić. Znowu dwa dni podchodów...

W międzyczasie wróciliśmy do El Chalten, aby uzupełnić nasze zapasy, a ona właśnie wtedy postanowiła odrzucić zasłonę chmur. Och jak byiiśmy na nią źli! Gdy wróciliśmy popołudniu, znowu się przed nami skryła. Bawiliśmy się w chowanego. Wychodziliśmy na punkt widokowy, aby zobaczyć czy przypadkiem nie pokazała, po czym wracaliśmy ogrzać się do namiotu. Podchody.

Niesmiala Cerro Torre

I w końcu! W końcu trzeciego dnia o świcie, tak wczesnym i zimnym, że mi aż się nie chciało wystawiać nosa z ciepłego śpiwora, Cerro Torre wyłoniła się zza chmur, czarując Albina swoim urokiem. Mogliśmy wracać.

----------------------------------------------

Perito Moreno jest chyba najbardziej znanym patagońskim lodowcem. Już od Amazonii, co i rusz słyszeliśmy o tym jaki to wspaniały cud natury, jak oszałamia i zapada głęboko w pamięć. Wiedzieliśmy też, że właśnie przez to swoje piękno jest to miejsce pełne turystów z całego świata, gdzie ciężko zrobić zdjęcie unikając innych ludzi czy też delektować się widokami bez przeszkadzania innym.


Na spotkanie z Perito Moreno wyjechaliśmy z samego rana. Pomimo wczesnej pory nasz autobus był pełen turystów. Część z nich decydowała się na dosyć drogą wycieczkę promem pod samo czoło lodowca, część (w tym my) jechała prosto do punktów widokowych. Są tam miejsca przystosowane do obsługi osób na wózkach inwalidzkich, poręcze, chodniki, tablice informacyjne, wszystko czego wymagający amerykański czy europejski turysta może sobie tylko zażyczyć.

Pomimo tej całej otoczki i tłumu ludzi wokół, lodowiec nie zawodzi. Jęczy, trzeszczy, chlupocze... Od jego czoła co i rusz odrywają się mniejsze, bądź większe fragmenty lodu. Lodu, który nie jest jednolicie biały. O co to to nie! Ma on wszelkie odcienie błękitu, bieli, beżu, delikatnego brązu. Na jego powierzchni tworzą się niesamowite wzory: a to twarz Taty Muminka, a to Krzyż, a to inne abstrakcyjne malunki, wykonane ręką najlepszej artystki na świecie: Matki Natury.

I rzeczywiście: Perito Moreno zapada w pamięć. Na długo.

Rozne odcienie bieli / Different shades of white


Tata Muminka / Moomin
Krzyz / Cross
























----------------------------------------------

Tym sposobem udało nam się szczęśliwie zobaczyć wszystkie cuda Patagonii. Jednak nie był to jeszcze dla nas koniec wizyty. Patagonia jest bowiem bardzo rozległą krainą. I my zanim stamtąd wyjechaliśmy odwiedziliśmy jeszcze parę miesc, ale o tym już będzie następnym razem.

ZDJECIA PERITO MORENO
ZDJECIA FITZ ROY I CERRO TORRE

English:

Patagonia.... The majestic towers of Torres del Paine, proud, though a bit shy Fitz Roy with his inseparable companion Cerro Torre, strong winds, Tierra del Fuego... These images were in my head through almost the entire trip to South America. A little romantic idea that formed over the years by viewing photos on Internet, reading the travel books, watching documentaries. It was a place that from the very beginning I knew I would love with all my heart.

Emptiness, wildlife, endless spaces, snow-capped mountain peaks, harsh climate, capricious weather. It is not easy love. You have to fight for it, give it time, sometimes offend, wait... and continue to be stuck in awe of the immense beauty. Those who want to force her to anything Patagonia is able to effectively discourage by hiding her beautiful landscapes in the veil of grey clouds, by pouring the rain or by this pushing bicycles or motorcycles by its strong, cold breath of wind.

We, however, were treated very well by this beautiful lady. She showed her bad face in Tierra del Fuego, when in the middle of summer we were fighting with snow storm, and we were a littledampened in the Torres del Paine and we have to wait to see the face of Fitz Roy. Patience, however, has paid off, and after several hours or days of waiting in the end we got what we came for: unearthly beautiful views, sun and memories that will stay with us for life.

----------------------------------------------

Fitz Roy - mountain dream of many and one of the most difficult climbing walls in the world. We heard stories of people who dreamed of seeing the fickle mountain, rode halfway around the world to make this dream come true, and the only thing they saw were clouds surrounding Fitz Roy narrow garland. It is an extremely moody and does not like to expose to the show. We also had to wait. Two days waiting at the campsite, with the drizzle falling from the sky and where was not much to do, on the end paid off.
 
Somewhere there is Fitz Roy

On the second evening, when the sun was already low on the horizon, Albin suddenly ran to the tent shouting:

"Put your shoes on! Let's go! Fitz Roy in all its glory! "

As it turned out clouds tightly surrounding the mountain finally gave way, and Fitz Roy looked at us with his gracious, proud eye. We began a sharp climb. We came to a vantage point where we could get up close to bow to this capricious gentleman.
 
Fitz Roy w calej swej okazalosci / Fitz Roy in all his glory

Similar spectacle we could see in the morning as Fitz Roy decided to put his charms to greet the day. When we waked down thick clouds began to gather over the top again. They were moving very fast and before we returned to the nearby campsite, little remained from the amazing views we had.

----------------------------------------------

Cerro Torre is a friend of Fitz Roy. She is even more timid than its famous neighbour. She behaves like a bashful bride who prefers to cover her charms with the veil of clouds and shows her beautiful figure only to the closest, most trusted people. We also had to give her time to let the tame. Again two days of wait…

In the meantime, we went back to El Chalten to replenish our supplies, and it was then when she decided to drop the veil of clouds. Oh how angry we were! When we returned in the afternoon, she hid again. We left on a vantage point to see whether she showed, then walked back to the tent to warm up. Stalking.

Very shy Cerro Torre

And in the end! At the end of the third day at dawn, so early and cold, that I did not want to get the nose out of a warm sleeping bag, Cerro Torre emerged from behind the clouds, presenting Albin its charm. We could go back.

----------------------------------------------

Perito Moreno is perhaps best known Patagonian glacier. We heard about that great miracle of nature again and again since Amazon. About how stunning it is and how it falls deeply in the memory. We also knew that just because of its beauty this place is full of tourists from all over the world, where it is hard to take a picture while avoiding other people or enjoy the views without disturbing others.


To meet with Perito Moreno we left in the morning. Despite the early hour, our bus was full of tourists. Some of them decided on a quite expensive ferry trip to face the glacier; some (including us) went straight to the vantage points. There are places designed to accommodate people in wheelchairs, handrails, walkways, information boards, having almost everything shat demanding American or European tourist can desire.

Despite the entire areola and a crowd of people around, the glacier did not disappoint. Groans, creaks... smaller or larger fragments of ice break off from his forehead again and again. Ice that is not just white. It has all the shades of blue, white, beige, soft brown. Amazing designs form on its surface: a Moomin’s face, cross and other abstract paintings, hand made by ​​the best artist in the world: Mother Nature.

And indeed: we will remember Perito Moreno. For a long, long time.

Abstrakcyjne wzory namalowane przez Matke Nature / Abstract design painted by the Mother Nature

----------------------------------------------


In this way we were able to successfully see all the wonders of Patagonia. However, this was not yet the end of the visit for us. Patagonia is in fact a very extensive land. And before we left we visited there a few more places. But I will write about this another time.

PICTURES PERITO MORENO
PICTURES FITZ ROY Y CERRO TORRE

niedziela, 3 sierpnia 2014

Anioly z Torres del Paine / Angels from Torres del Paine

Scroll down for the English version

Chile zaskoczyło nas niesamowitym porządkiem. Niby już od dawna wiedzieliśmy o tym, że jest to kraj bardzo zorganizowany, że kierowcy przpuszczają pieszych na ulicy, że jest czysto, ładnie i tak... nie-południowoamerykańsko. Pomimo posiadanej wiedzy widok czyściutkich, zadbanych ulic był dla nas swoisym szokiem kulturalnym. W Punta Arenas, które było naszym pierwszym chilijskim miastem na trasie, jedyną rzeczą wyróżniającą je od europejskich miasteczek była duża ilość bezdomnych psów. Są one sporym problemem nie tylko w Chile, ale w całej Ameryce Południowej. I o ile psy z Chile i Argentyny, są bardzo przyjazne i generalnie dobrze odżywione, o tyle w biedniejszych krajach gdzie muszą one walczyć o każdy kawałek jedzenia już trzeba na nie uważać.

W Punta Arenas zanurzyłam rękę w zimnych wodach Cieśniny Magellana i mogliśmy ruszać dalej, na spotkanie z jedną z największych atrakcji Ameryki Południowej – Torres del Paine.

----------------------------------------------

Torres del Paine – tej góry chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Trzy majestatyczne wieże dramatycznie starają się dosięgnąć nieba. Często jednak zakrywają się zasłoną chmur, bawiąc się z turystami z chowanego.

Tak też nas przywitały. Gdy dojechaliśmy do parku było szaro, wietrznie i dosyć ponuro. Torresy, które powinny być „gdzieś tam” spowite były szarą powłoką. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco, ale ponieważ słyszeliśmy, że w Patagonii pogoda jest „przewidywalnie nieprzewidywalna” i może zmienić się wręcz z minuty na minutę, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę.

W planie mieliśmy zrobienie pełnego okrążenia wokół masywu Torresów. Chwaliliśmy się tym wszystkim napotkanym po drodze turystom. Nasze plany jednak zostały dosyć szybko zweryfikowane. Widocznie udało nam się tymi planami wystarczająco rozśmieszyć Pana Boga, aby postanowił je zmienić.

----------------------------------------------

Park Narodowy Torres del Paine ma pecha do pożarów. Najpierw w 1985 roku spaliło się 150km2 lasów. Sytuacja powtórzyła się w roku 2005 i 2011 kiedy to najpierw turysta z Czech, a potem z Izraela rozniecili ogień, którego nie można było ugasić przez wiele dni. Sytuację utrudniają silne wiatry. Skutki tych pożarów mogliśmy oglądać na własne oczy, kiedy szliśmy przez las czarnych kikutów drzew.

Naszej pierwszej nocy, o mały włos, a sami przyczynilibyśmy się do rozniecenia pożaru w parku. Stało się tak przez naszą wysłużoną kuchenkę benzynową, która postanowiła się zbuntować. Podczas gotowania wody na makaron, nagle puściła uszczelka i... BUM! Nagle ogień rozprzestrzenił się dookoła kuchenki wzbudzając sensację wśród innych turystów przygotowujących koło nas obiad. Ktoś już leciał z wodą do ugaszenia, my jednak pamiętni, po sytuacji z Choquequierao, kiedy nasz znajomy omal nie wysadził w podobny sposób ruin w powietrze, zachowaliśmy zdrowy rozsądek i w miarę szybko ugasiliśmy pożar zasypując rozlaną benzynę piaskiem.

Mieliśmy w tej całej historii niesamowicie dużo szczęścia. W parku można rozpalać ogień tylko w specjalnie wyznaczonych do tego miejscach. Często są to jednak drewniane świetlice z podłogami. Gdyby nam butla wybuchła w takiej świetlicy mielibyśmy DUŻY problem. Na szczęście u nas podłogi nie było, a na ziemi było wystarczająco dużego luźnego materiału, aby ugasić ogień.

Pozbawieni kuchenki, zostaliśmy praktycznie bez jedzenia. Całe nasze zapasy składały się z makaronów, zupek w proszku, owsianki... Do tego parę batoników i trochę ciastek. Na tych jednak nie dalibyśmy rady wytrzymać planowanych 8 dni w górach. Trzeba było improwizować. Podzieliliśmy nasze skromne pozostałe zapasy, pozbyliśmy się części makaronu, zostawiając tylko jedną awaryjną paczkę, licząc na jakieś dobre duszyczki po drodze i postanowiliśmy, że ograniczymy się do klasycznego „W”, które robi zdecydowana większość turystów przybywających do parku.

----------------------------------------------

Obudziliśmy się o 4:00 i zobaczyliśmy pięknie rozgwieżdżone niebo. Szybko się ubraliśmy i w drogę, do punktu widokowego oglądać wschód słońca. W ciemności prowadziły nas majaczące przed nami czołówki innych turystów.

Gdy dotarliśmy do jeziora, znaleźliśmy dogodne miejsce do oglądania spektaklu przygotowanego dla nas przez Wieże. Było STRASZNIE zimno. Siedziałam przytulona do Albina, a i tak co chwila wstrząsały mną dreszcze.

Z ciemności powoli zaczęły się wyłaniać sylwetki Torresów. Po paru minutach stały one dumnie przed nami w całej swej okazałości. Gdy już myśleliśmy, że spektakl się skończył i możemy się zbierać w drogę powrotną, nagle szczyty gór zostały muśnięte pierwszymi promieniami słońca. I wtedy się zaczęło. Feeria barw: różu, żółci, pomarańczy... Najlepszy artysta świata nie stworzyłby nic piękniejszego.

----------------------------------------------

Wszyscy miłośnicy polskich gór, a zwłaszcza Bieszczad znają BieszczadzkieAnioły. A my spotkaliśmy Chilijskie Anioły. Sá one kolorowe, wygadane, a przy brzydkiej pogodzie latają nisko nad ziemią i pomagają wędrowcom w potrzebie.

1-sze SPOTKANIE Z ANIOŁAMI

Piękna pogoda z rana, popołudniu była już tylko odległym wspomnieniem. Niebo znowu zasnuły chmury, z których zaczął siąpić zimny deszcz. Zmarznięci, przemoczeni i głodni, szliśmy powoli krok za krokiem w kierunku kolejnego pola namiotowego. Nagle przed nami pojawiły się cztery kolorowe skrzaty. Gdy zaczęły się do nas zbliżać moje uszy wyłapały nasz polski język.

Och, jakaż radość! Pomimo deszczu, zimna, wiatru, staliśmy tak z pół godziny gadając o naszej wyprawie, o ich wyjeździe, o Torresach, no i w końcu o naszym wypadku... Gdy dziewczyny usłyszały co nas spotkało do razu zaoferowały nam swoje jedzenie:  czekoladę, ser zółty i orzeszki ziemne. Chyba w życiu jedzenie nie sprawiło mi tyle przyjemności!

2-gie SPOTKANIE Z ANIOŁAMI

W końcu udało się nam dotrzeć do schroniska. Rozbiliśmy nasz namiot i udaliśmy się do ciepłej świetlicy, gdzie zmarznięci turyści suszyli sobie przemoczone buty i ubrania, nad tlącym się kominkiem, przygotowywali ciepłe posiłki, czy też po prostu się grzali w ciepłym pomieszczeniu. Gwar, jak to zwykle bywa w takich miejscach. Rozmowy o pogodzie, o podróżach, o szlakach... Ktoś grał na gitarze, ktoś inny śpiewał. W rogu Sali drzemał zmęczony wędrówką podróżny.


Zajęliśmy wolne miejsce przy jednym ze stolików. Wyjęliśmy nasze zdobyczne jedzenie i powoli, delektując się każdym kęsem jedliśmy. W pewnym momencie zagadał nas siedzący naprzeciwko chłopak. Od słowa do słowa, poznał nas z resztą osób siedzących przy stoliku. Okazało się, że spotkali się na szlaku parę dni wcześniej i teraz tak się razem spotykają na kempingach.

I znowu rozmowa zeszła na nasze doświadczenia w Torresach. I znowu podzieliliśmy się naszą „wybuchową” historią. Jaime bez słowa zaoferował nam swoją kuchenkę. Okazało się, że jest on tragarzem i współpracuje z jedną z wypożyczalni sprzętu w Puerto Natales. Powiedział, że kuchenkę możemy oddać po powrocie do miasta.

Siedzące z nami przy stoliku Holenderki zaoferowały nam swoje zupki i makaron. Razem z naszą pozostałością oznaczało to, że jedzenia starczy nam spokojnie na ukończenie całego „W”. Spore zmartwienie z głowy, dzięki tutejszym nisko-latajacym Aniołom.

----------------------------------------------

W sumie w Parku spędziliśmy 5 dni. Jest on pełen zachwycających widoków: Lodowiec Grey, Dolina Francuzów czy też Jezioro Pehoe. Naprawdę można poczuć się tam jak w niebie. A do tego jeszcze te Anioły...


English:

Chile surprised us with an amazing order. We knew already for a while that this country is very organized, that drivers give pedestrians priority on the street, that it is clean, nice and so... not-South American. Despite the knowledge we had a cultural shock seeing very clean and tidy streets. In Punta Arenas, which was our first Chilean town on the route, the only thing that distinguished it from European towns, was that there was a large number of homeless dogs on the streets. They are a big problem not only in Chile, but throughout all South America. And as far as the dogs of Chile and Argentina are very friendly and generally well-nourished so much in the poorer countries where they must fight for every piece of food you already need to treat it with care.

In Punta Arenas I put my hand into the cold waters of the Strait of Magellan and we could move on, to meet with one of the biggest attractions of South America - Torres del Paine.

----------------------------------------------

Torres del Paine probably needs no introduction. The three majestic towers dramatically try to reach the sky. Often, however, they are covered by a veil of clouds, playing hide and seek with the tourists.

We were greeted by this kind of view. When we got to the park it was a grey, windy and quite bleak. Torres, that should be "out there", were shrouded in a grey coat. It did not look too appealing, but because we have heard that the weather in Patagonia is "predictably unpredictable" and can change almost by the minute, we started our journey.

The plan was to do a full circuit around the massif of Torres del Paine. We talked about it with all tourists we met on the way. Our plans, however, were quite fast verified. Apparently our plans were good enough to make God laugh, so He decided to change them.

----------------------------------------------

Torres del Paine National Park has had bad luck to fires. First, in 1985, 150km2 of forest burned. The situation repeated itself in 2005 and 2011 when the first tourist from the Czech Republic, and then from Israel kindled a fire with which was not possible to extinguish for several days. Strong winds didn’t help in these situations. The effects of these fires we could see with our own eyes as we walked through the forest of black stumps of trees.
 
On our first night we almost kindle the fire ourselves. That happened because our old petrol stove decided to rebel. When we boiled water for pasta, suddenly our petrol bottle unsealed and... BOOM! Suddenly, the fire has spread around the stove arousing sensation among other tourist who were preparing their dinners. Someone tried to extinguish it with water, but we already had similar situation in Choquequierao when our friend almost blew up the ruins in the air, so kept the common sense and as quickly extinguish fire covering spilled gasoline with sand.

In the entire history we had incredible luck. In the park you can rekindle fire only in specially designated areas. Often these are, however, common rooms with wooden floors. If our stove had exploded in the common room like this we would have had a BIG problem. Fortunately, there was no floor and on the ground there was enough loose material to extinguish the fire.

Without a stove we were left practically without food. Our entire inventory consisted of pasta, soups powder, porridge... And couple of bars and few cakes. With this supplies however, we would not be able to walk for the planned eight days in the mountains. We had to improvise. We shared our remaining stocks, we got rid of part of the pasta, leaving only one emergency pack, hoping for some good souls along the way and we decided that we confine ourselves to the classic "W" – the route made by the vast majority of tourists coming to the park.

----------------------------------------------

We woke up at 4:00 and saw the beautiful starry sky. Quickly we dressed and went the way to a vantage point to watch the sunrise. In the darkness, we were led by torches of other tourists looming in front of us.

When we reached the lake, we found a good place to watch the show prepared for us by the Towers. It was REALLY cold. I sat clinging to Albin and I was still shaking with chill.

From the darkness silhouette of Torres slowly began to emerge. After a few minutes they showed proud in front of us in all their glory. Once we thought the show was over and we can gather the way back, suddenly the tops of the mountains were brushed with the first rays of the sun. And then it began. A feast of colours: pink, yellow, orange... The best artist in the world would not have created anything more beautiful.

----------------------------------------------

All lovers of Polish mountains, especially the Bieszczady Mountains know the Angels. And we met some Chilean Angels. They colorful, talkative and in a bad weather they fly low to the ground and they assist hikers in need.

1st MEETING WITH ANGELS

Beautiful weather from the morning was only a distant memory in the afternoon. The sky again covered with clouds and cold rain began to drizzle. Frozen, soaked and hungry, we walked slowly step by step to the next campsite. Suddenly in front of us, four coloured gnomes appeared. When we started to approach them my ears could hear our Polish language.

Oh, what joy! Despite the rain, the cold, the wind, we spent over half an hour talking about our trip, their travel, about Torres and in the end about our history with the stove... When the girls heard what happened to us, they immediately offered us their food: chocolate, cheese and peanuts. I think in my whole life the food did not bring me so much pleasure!

2nd MEETING WITH ANGELS

In the end, we managed to reach the hostel. We pitched our tent and went to warm common room, where many tourists were drying themselves and their cold wet shoes and clothes, preparing hot meals, or simply warmed in a warm room. Buzz, as is usual in such places. Talking about the weather, about traveling, about routes... Someone was playing the guitar, someone else was singing.

We took the free space at one of the tables. We took our food and we were eating it slowly, savouring every bite we ate. The boy sitting in front of us started conversation. From word to word, he introduced us to the rest of the people sitting at the table. It turned out that they all had met on the trail a few days earlier and now they met every evening at the campsites.

And again, the conversation turned to our experience in Torres. And again, we shared our "explosive" story. Jaime wordlessly offered us his stove. It turned out that he is a porter and works with one of the rental shops in Puerto Natales. He said that we can give the stove back when we return to the town.

Two Dutch girls sitting with us at the table offered us their soups and noodles. Together with our remnant this meant that we had enough food to complete the whole "W". Spore worry out of your head, thanks to the local low-flying Angels.

----------------------------------------------


In total, in the park we spent 5 days. It's filled with stunning views: Glacier Grey, French Valley or Lake Pehoe. You can really feel there like in heaven. Especially if you are lucky enough to meet the Angles…