niedziela, 29 czerwca 2014

Papa ra pampa... Pampa ra pampa...

Scroll down for the English version

Z Urugwaju dostaliśmy się z powrotem do Buenos Aires skąd czekała nas długa droga do Patagonii. Podobnie jak już miało to miejsce z naszą przeprawą przez Amazonię, podobnie i tym razem z niecierpliwością oczekiwałam na ten fragment podróży. Już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że w całym wyjeździe najwięcej frajdy sprawiają mi te etapy, w których ciągle zmieniamy miejsce: trekkingi (jak chociażby 11-dniowy trekking do Machu Picchu), długie podróże autobusem czy też właśnie kilkudniowa wycieczka łódzią po Amazonce i Rio Madera. Tak więc i tym razem niesamowicie cieszyłam się na myśl o wielogodzinnej jeździe autobusem przez pustkowia patagońskiej pampy.  

----------------------------------------------

Naszym pierwszym postojem na południu Argentyny było Puerto Madryn. Podróż tam zajęła nam 21 godzin. Krajobraz za oknem był być może i monotonny, ale mnie fascynował. Bezkresna pustka. Wyschnięte trawy ciągnące się aż po horyzont. Tylko od czasu do czasu pojawiające się jakieś wzgórza na horyzoncie. I krowy. Setki krów spokojnie żujących trawę. Nic dziwnego, że Argentyna słynie z najlepszej na świecie wołowiny skoro ich krowy żyją w takich komfortowych warunkach.


Co kilkadziesiąt (kilkaset) kilometrów niespodziewanie pojawiały się również pojedyncze domki. Czasami przed domkiem stał wielki, ubłocony samochód terenowy. Ilekroć widziałam taki domek zastanawiałam się nad życiem jego mieszkańców. Nad tym jak ciężkie musi być ich życie. Chociażby taka prosta sprawa jak zrobienie zakupów. Przecież do najbliższego sklepu są dziesiątki kilometrów!

Sporą część drogi smaczenie przespałam wygodnie rozłożona na autobusowym fotelu. Obudziłam się na zachód słońca. Ciepłe promienie łagodnie oświetlały bezkres pampy, a mi po głowie dzwoniło: „Pampa ra pampa... pampa ra pampa...”

----------------------------------------------

O świcie dojechaliśmy do Puerto Madryn. Szukając noclegu na państwowym kempingu (camping munincipal, te są w Argentynie najtańsze – czasami nawet darmowe i zawsze warto się o nie pytać w informacji turystyczneJ) nie daliśmy się zniechęcić pani w informacji, która ze zdziwioną miną stwierdziła, że na pewno nie chcemy tam zostać na noc i gorąco polecała nam inny (dwa razy droższy) kemping po drugiej stronie miasteczka.

Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że kemping w całości jest wynajęty dla motoviajeros (kocham to słowo! Oznacza ono tyle co podróżnicy motocyklowi, ale jak dla mnie ma w sobie strasznie dużo pozytywnej energii, podobnie jak inne hiszpańskie słowo: disfrutar, które oznacza tyle co angielskie enjoy!, a na które chyba po polsku nie ma ładnego tłumaczenia...). Z rezygnacją spytałam, czy na pewno nie da się nic dla nas zrobić, bo drugi kemping jest kawał drogi stąd, a my na piechotę.... Pani zrobiło się nas chyba szkoda i zaproponowała, że jeżeli wykupimy bilet na festiwal na 50 pesos (normalna cena kempingu: 30 peso) to możemy zostać. Ciągle było to taniej niż u konkurencji więc bez słowa się zgodziliśmy. Po chwili zresztą okazało się, że w cenie biletu zawarte jest także wieczorne asado, piwo, a jak się okazało dzień później, dzięki uprzejmości motoviajeros, mogliśmy na kempingu zostać jeszcze jedną noc za darmo.

Wieczorem przyłączyliśmy się do świętowania. Co chwila nas ktoś zagadywał, ze zdumieniem słuchając, że jesteśmy AŻ z Polski. Zgadaliśmy się z szefem kuchni, który przygotowywał asado z 30 (!!!) świni rozwieszonych nad żarem. Dowiedzieliśmy się od niego, że Puerto Madryn stara się wykorzystywać także czas niżu turystycznego na promocję miasta. Organizuje się wówczas w mieście różne imprezy i na przykład bije się rekordy Guinessa na najdłuższą kanapkę na świecie, albo na największą empanadę.


Także następnego dnia zostaliśmy zaproszeni na wspólną kolację. Gdy zapytaliśmy się czy musimy coś za to płacić zostaliśmy wyśmiani.

„No chyba sobie żartujecie! Teraz to już jesteście częścią rodziny motoviajeros!”

Tym razem siedzieliśmy przy stole z grupą motocyklistów z Puerto Madryn, których bardzo cieszyło, że mogą nas gościć. Usłyszeliśmy od nich bardzo ciekawe stwierdzenie dotyczące różnic cen na północy i południu Argentyny oraz wysokiej inflacji w kraju

„Południe żyje w przyszłości – ceny z południa, przy obecnym poziomie inflacji za parę miesięcy będą obowiązywać i na północy, kóra żyje w przeszłości. A my? My żyjemy tu i teraz. Kto by się tam przejmował przeszłością czy przyszłością”

Niesamowite w tych rozmowach było bardzo luźnie podejście Argentyńczyków do sytuacji ekonomicznej w kraju. Jasno z niego wynikało, że ciągłe kryzysy nauczyły ich żyć chwilą i nie przejmować się tym co może być.

----------------------------------------------

Z Puerto Madryn rozpoczynają się wycieczki do Peninsula Valdez, które jest niezłym magesem na turystów z całego świata. Szczyt sezonu przypada na okres od października do grudnia, kiedy to w zatoce pływają urocze wieloryby nie obawiając się wścibskich turystów podpływają bardzo blisko łódek, sprawiając tym wiele radości płynącym na nich ludziom.

My byliśmy tam pod koniec stycznia więc na zobaczenie wielorybów nie mieliśmy najmniejszych szans, ale dzięki temu udało się nam wynegocjować nieco niższą cenę wycieczki po Półwyspie (350 peso/os), a różnych zwierząt jest tam od liku o niemal każdej porze roku.

W ramach wycieczki odwiedziliśmy między innymi kolonię lwów morskich. Te olbrzymie zwierzęta leżą sobie całymi dniami na plaży. Samce dumnie wyciągają swoje łby w stronę nieba próbując tym samym onieśmielić swoich rywali. Od czasu do czasu wydają również głośny ryk przypominający nieco muczenie krowy. Każdy samiec ma swój harem samic, którego bardzo chroni, a także stadko młodych, nieopierzonych lwiątek. Biedne maluszki muszą bardzo uważać na lodowato zimną wodę oceanu, gdyż kontakt z nią może się dla nich skończyć tragicznie. Innym zagrożeniem są orki, które czasami odważnie podpływają do samego brzegu, polując na te maleństwa.

Tuż obok lwów morskich spokojnie leżą sobie leniwe słonie morskie. Wyglądają jak olbrzymie, na wpół martwe foki. Poruszają się bardzo powoli i tylko wtedy gdy jest to konieczne (czyli gdy podnosząca się woda przypływu zaczyna podmywać ich cielska).

W innym miejscu odwiedziliśmy kolonię prześmiesznych pingwinów Magellana. Malutkie, mierzące około 70cm biało-czarne ptaki, podchodzą do przyjeżdżających tutaj turystów na wyciągnięcie ręki. Ze pewnym znudzeniem przyglądają się otaczającym je fotoreporterom. Czasami nie byłam pewna kto tu kogo tak właściwie ogląda: my je, czy też one nas.

Poza tym jeżdżąc po wysuszonym półwyspie co chwila mijaliśmy płochliwe guanako oraz nieśmiałe strusie, które zobaczywszy samochód czmychały co sił w nogach w sobie tylko wiadomym kierunku.

----------------------------------------------

Z Puerto Madryn jechaliśmy na koniec świata, czyli do Ushuai. Kolejne 32 godziny jazdy (19.5 godziny do Rio Gallegas, gdzie czekała nas przesiadka oraz 13 godzin do Ushuai, wliczając w to przeprawę promem przez Cieśninę Magellana). To jest jednak historia na kolejny raz.....


English:

From Uruguay we got back to Buenos Aires, where a long way to Patagonia was awaiting us. Same as it was case with journey through Amazonia, this time I was also waiting for it with excitement.  Already some time ago I realized that throughout the trip the most I enjoy the days when we constantly change places: trekking (i.e. 11-day trek to Machu Picchu), long bus trips or just mentioned the boat trip through Amazon and the Rio Madeira rivers. So this time I was really looking forward the long hours of bus ride through the wilderness of Patagonian pampa.

----------------------------------------------

Our first stopover in southern Argentina was Puerto Madryn. The trip there took us 21 hours. The landscape behind the window was perhaps monotonous, but it fascinated me. Infinite emptiness. Dried grass stretching to the horizon. Only occasionally some hills appearing on the horizon. And cows. Hundreds of cows quietly chewing the grass. It is not surprising that Argentina has the best beef in the world since their cows live in such comfort.


Every tens (hundreds) of kilometres suddenly single houses appeared. Sometimes in the front of the house a big, muddy off-road vehicle stayed. Whenever I saw the house I wondered over the life of its inhabitants. On how difficult their lives must be. Even such a simple thing as making purchases. After all, to the nearest store there are tens of kilometres!

A large part of the way I slept comfortably spread over a bus seat. I woke up at sunset. The vastness of the pampa was warmly lit by the rays of the late sun, and it was ringing in my head: „Pampa ra pampa... pampa ra pampa...”

----------------------------------------------

At dawn we arrived in Puerto Madryn. Looking for accommodation on the state campsite (camping municipal, these are the cheapest in Argentina - sometimes even free, and it is really worth asking for them at tourist information) we were not discouraged by the girl in information who with the puzzled expression said that certainly we did not want to stay there and commended us another (two times more expensive) camp on the other side of town.

When we arrived we found that the campsite is fully booked for motoviajeros (I love that word! It means as much as the motorcycle travellers, but as for me, it has a lot of positive energy, like other Spanish word: disfrutar that means so much which the English enjoy). Resignedly I asked

“Are you sure there is nothing for us? The other camp is a long way away, and we are on foot...”

I think she felt sorry for us and suggested that if we would buy a ticket to the festival for 50 pesos (normal campsite price: 30 pesos) we can stay.  Still it was cheaper than the competition so without a word we agreed. After a while, anyway, it turned out that the price of the ticket included also evening asado, beer, and as it turned out a day later, thanks for courtesy of motoviajeros, we could stay one night for free.

In the evening we joined the celebration. Every now and then someone wanted to speak to us and they were usually really surprised hearing that we came from as far as Poland. We talked to the chef who prepared the asado from 30 (!) pigs hanging over heat. We learned from him that Puerto Madryn is trying to use the low season to promote the town. Various events are organised in the city. For example, beats the Guinness world record for the longest sandwich in the world, or the biggest empanada.

The next day we were again invited to a dinner. When we asked if we need something to pay for it, we were ridiculed.

"You must be kidding! Now you are part of the motoviajeros’ family! "


This time we sat at a table with a group of bikers from Puerto Madryn, who were really happy to be able to host us. We heard from them a very interesting statement about the differences of prices in the north and the south of Argentina and the high inflation in the country

"South lives in the future - prices from the south, at the current rate of inflation soon will be valid in the north, the north lives in the past. And we? We live here and now. Who would care about past or the future"

Amazing in these talks was very light approach to the economic situation in the country. It clearly showed that the continuous crises have taught them to live in the moment and not worry about what might be.

----------------------------------------------

From Puerto Madryn trips to Peninsula Valdez begin. These trips are good Mages for tourists from all over the world. The peak season falls in the period from October to December, when the charming whales swim in the bay without fear coming very close to the tourist boats, giving a lot of fun to the people on the boats.

We were there in late January so we didn’t have a chance to see whales, but thanks to that we were able to negotiate a slightly lower price tours of the Peninsula (350 pesos / person), and a variety of animals there is huge almost any time of year.

As part of the tour we visited, among others, a colony of sea lions. These huge animals lie a whole day on the beach. Males proudly pull their heads in the sky trying to intimidate their rivals. From time to time they roar loudly what remind a bit of moo cows. Each male has a harem of females, which really protects, and a flock of youngsters. The poor babies have to be very careful of the ice cold water of the ocean, as contact with it can be for them to end tragically. Orcas that sometimes boldly swim to the shore, hunting for these babies are another threat.

Right next to the sea lions a lazy elephant seals lie quietly. They look like giant, half-dead seals. They move very slowly and only when necessary (i.e. when lifting water tide begins to sap their flesh).

In another place we visited colony of hilarious Magellan penguins. The tiny, measuring about 70cm black and white birds approach the tourists very closely. With a bored look they stare at the surrounding photographers. Sometimes I was not sure who's watching whom it properly: we them or they us.

Touring the dried peninsula all the time we passed skittish guanacos and timid ostriches, which fled as soon as they saw a car.
----------------------------------------------


From Puerto Madryn were going at the end of the world, that is to Ushuaia. Another 32 hour drive (19.5 hours to Rio Gallegas, where we changed buses and then another 13 hours to Ushuaia, including a ferry across the Strait of Magellan). But this is a story for another time.....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz