sobota, 21 czerwca 2014

Dziki Urugwaj / Wild Uruguay

Scroll down for the English version

Jeszcze przed naszym wyjazdem do Ameryki znalazłam artykuł w Gazeta.pl na temat najbiedniejszego prezydenta świata. Na miano to zasłużył sobie prezydent Urugwaju: Jose Mujica, powszechnie znany jako Pepe, dzięki temu iż 90% swojej pensji oddaje biednym, a sam mieszka w małym domku z ogródkiem.  Niedługo potem o Urugwaju znowu zrobiło się głośno. Tym razem za sprawą dosyć kontrowersyjnej ustawy o legalizacji marichuany w tym kraju. Informacje wzbudziły moje spore zainteresowanie. Przecież to taki malutki kraj! Żyje w nim zaledwie około 3,5 miliona osób. Pomimo tego mają jedną z najlepszych na świecie drużynę piłki nożnej, która dwukrotnie była Mistrzem Świata, a obecnie znajduje się w pierwszej dziesiątce Rankigu FIFA (swoją drogą ciekawe, że w 40-milionowym kraju jakim jest Polska, nie można znaleźć 11 dobrych graczy...).

Szczerze mówiąc nie wiedziałam czego się tam spodziewać. Poza wspomnianymi powyżej ciekawostkami niewiele więcej wiedziałam o Urugwaju i naprawdę nie wiedziałam, co tam jest do zobaczenia poza stolicą – Montevideo. Płynąc statkiem po Rio Madera w Amazonii spotkaliśmy bardzo sympatycznego Urugwajczyka, który akurat jechał przez Amerykę Południową na rowerze. Obiecał nam wtedy, że załatwi nam nocleg w Montevideo. Napisaliśmy do niego tydzień przed planowanym przyjazdem i okazało się, że tak jakoś długo nam zeszło na przyjeździe, że Fernando zdążył już wrócić ze swoich wojaży i przyjmie nas pod swoim dachem, co nas bardzo ucieszyło. Spodziewaliśmy się sporo usłyszeć o tym fascynującym kraju i nie zawiedliśmy się.

Od naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że Urugwaj jest jednym z najbardziej postępowych krajów w Ameryce Południowej (a być może i na świecie). Nie boją się eksperymentować i mając tak mało mieszkańców mogą sobie na to z łatwością pozwolić. Jako pierwsi w Ameryce Południowej wprowadzili prawa wyborcze dla kobiet, zalegalizowali aborcje i małżeństwa homoseksualne. 100% uczniów w kraju dostaje własnego laptopa w momencie rozpoczęcia nauki w szkole, a później drugiego gdy zaczynają szkołę średnią. No i oczywiście teraz głośna sprawa legalizacji marichuany. I to nie tylko posiadania, ale i ograniczonej hodowli. Rząd twierdzi, że w ten sposób ograniczy źródła dochodów handlarzy narkotyków, a pieniądze uzyskane z legalnej sprzedaży i produkcji przeznaczy na edukację, prewencję i leczenie osób uzależnionych. Byliśmy pod sporym wrażeniem.

No dobra, wszystko to piękne i rzeczywiście jako kraj do mieszkania brzmi niemal jak Eldorado, ale co Urugwaj mial do zaoferowania dla nas – dwójki spragnionych przygód plecakowiczów? Doskonałe autobusy z Wi-Fi, piękne plaże, które są głównym celem przyjazdów Argentyńczyków z południa, oraz nieco zabytków z epoki kolonialnej, ale przede wszystkim... wspaniałe możliwości nocowania „na dziko”.

Zaczęło się w Punta del Este, które jest prawdziwą mekką turystyczną. Luksusowe hotele, apartamentowce, słynna wystająca z piachu dłoń... Wszystko to sprawia, że ceny noclegów w mieście osiągają astronomiczne (jak dla budżetowych turystów) kwoty. Pomimo ostrzeżeń Fernando, że raczej nie będzie to tam możliwe, wieczorem zaczęliśmy się rozglądać za ładnym miejscem na plaży do rozbicia namiotu. Nie szukaliśmy długo, gdy natknęliśmy się na grupę samochodów kempingowych. Gdy tak się koło nich kręciliśmy zaczepił nas jeden z „mieszkańców” i zapytał:

„Szukacie miejsca na nocleg? Macie namiot? Rozbijcie sie koło nas. Sporo tu miejsca i nikt was nie będzie niepokoił”

No i niemożliwe stało się możliwe. Nocleg z pięknym widokiem na szumiące w dole morze.

Z Punta del Este pojechaliśmy do Parku Narodowego Santa Teresa. Jego główną atrakcją są plaże oraz forteca. Ale tutaj należy się krótkie wyjaśnienie: park ten nie ma nic wspólnego ze ściśle chronionymi parkami w Polsce. Wyglądaj on bardziej jak wielki park miejski, w którym urządzono kemping. Grille, muzyka, przejażdżki konne, sielanka... Zaletą tego kempingu jest jego cena (najtansze miejsce na namiot kosztuje 80 pesos urugwajskich = 10zł). To właśnie ze względu na nią planowaliśmy się na nim zatrzymać. Na miejscu jednak spotkała nas niespodzianka: strażnik parku poinformował nas, że aby móc się rozbić musimy zostać przynajmniej 3 noce. Nie pomogły tłumaczenia, że mamy już kupiony bilet na autobus na następny dzień (pogoda w Uwugwaju nas nie rozpieszczała i nie uśmiechało się nam wylegiwać w deszczu na plaży...). Jednak gdy zrozpaczona spytałam:

„To gdzie niby mamy dzisiaj spać?”

Strażnik z uśmiechem na twarzy wskazał nam kawałek trawy przy autostradzie i powiedział:

„Jak chcecie to się tam rozbijcie. Tylko zbierzcie się z samego rana”

Jak dla nas bajka: może i głośno, ale szczerze mówiąc jednostajny szum samochodów utulił mnie do snu i spałam jak dziecko. Rano obudził nas ryk kosiarek oraz strażnicy, mówiący, że niby nie powinniśmy tam spać, ale jak powiedzieliśmy, że już się zbieramy, powiedzieli tylko, że nie ma problemu i sobie poszli.

Na koniec naszego pobytu w Urugwaju wpadliśmy na dwa dni do Coloni del Sacramento. Jest to jedyne miejsce w kraju znajdujące się na liście UNESCO i mieliśmy wobec niego spore oczekiwania. Okazało się jednak, że miasteczko jest do przejścia w maksimum dwie godziny, uliczki może i są ładne, ale przepełnione turystami, którzy przypłynęli tu promem z Buenos Aires aby wypłacić w Urugwaju dolary, a przy okazji zobaczyć coś ciekawego. Tak jakoś nie polubiliśmy się za bardzo z Colonią. Nasze wrażenie nieco się poprawiło, gdy nad etuaruim rzeki La Plata rozpoczął się przepiękny zachód słońca, a później wieczorem po ulicach przeszła parada tancerzy świętujących trwający właśnie karnawał.

I tutaj bez problemu udało się nam znaleść całkiem przyjemny nocleg w parku. Niby były porozstawiane znaki z zakazem rozbijania namiotów, ale jak zostaliśmy poinformowani przez jednego z mieszkańców miasta, nie ma się nimi co przejmować. Rozbiliśmy się już po zmroku, w osłoniętym miejscu (tak na wszelki wypadek, aby nikt nas w nocy nie budził) i poszliśmy spać. Nie pospaliśmy jednak zbyt długo, gdyż nagle tuż pod moją głową usłyszałam ciche chrobotanie. Gdy chrobotanie przeniosło się w pobliże plecaków byłam przekonana, że to mysz, która dostała się nam do namiotu, Nieco spanikowana zaczęłam szukać dziury w podłodze. Dopiero po jakimś czasie przekonałam się, że to tylko robaki, które intensywnie przekopują ziemię pod naszym namiotem. Nieco uspokojona i tak nie mogłam spać całą noc, gdyż co chwila chrobotanie rozlegało się tu koło mojego ucha. Z radością powitałam ranek. Gdy złożyliśmy namiot w trawie zobaczyliśmy ślady intensywnej pracy małych robaczków. Po tak nieprzespanej nocy czekalo nas jeszcze calodniowe oczekiwanie na prom do Argentyny, ktore uplynelo nam czesciowo na ponownym wloczeniu sie po uliczkach miasta, a czesciowo na wylegiwaniu sie na dworcu i korzystaniu z darmowego Wi-FI.

Urugwaj jak się okazało krajem dzikim na pewno nie jest pomimo, że idealnie nadaje się dla takich „dzikusów” jak my. Żałowaliśmy tylko, że nie mieliśmy tam rowerów, gdyż zarówno ze względu na swoje małe rozmiary, płaskie tereny, sympatycznych mieszkańcówm jak i na niekończące się możliwości darmowych noclegów kraj ten wydaje się rajem dla rowerzystów. No, ale cóż... może jeszcze kiedyś tu wrócimy :)


English:

Even before our departure to America, I found an article on BBC about the poorest president in the world. The Uruguayan President Jose Mujica, commonly known as Pepe earned this title thanks to the fact that 90% of his salary he gives to the poor people. Shortly thereafter, we coud hear about Uruguay again. This time it was due to quite a controversial legalization of marijuana in this country. These information aroused my great interest. It is such a tiny country! Only about 3.5 million people live there. Despite this, they have one of the world's best football team, who was twice World Champion and is currently in the top ten of the FIFA ranking, (by the way is interesting that in the 40-millionth of the country such as Poland, you can not find 11 good players .. .).

I honestly didn’t not know what to expect there. Apart from the above curiosities I knew little more about Uruguay, and really did not know what there is to see except of the capital - Montevideo. On the boat travelling via Rio Madeira in the Amazon we met very nice Uruguayan, who happened to be riding through South America on a bicycle. He promised us then that he will find us a host in Montevideo. We wrote to him a week before arrival and it turned out that somehow he came back by bicycle to Uruguay quicker than we did by buses. We expected to hear a lot about this fascinating country and were not disappointed.

From our host we learned that Uruguay is one of the most progressive countries in South America (and perhaps the world). They are not afraid to experiment, and with so few residents they can easily afford it. As the first country in South America Uruguay introduced suffrage for women, legalized abortion and same-sex marriage. 100% of the students in the country gets their own laptop at the start of school and then another when they start high school. And of course, now high-profile case legalizing marijuana. And not only possession, but also limited breeding. The government claims that this will limit the sources of income for drug traffickers and the money obtained from the legal sales and production will be spent on education, prevention and treatment of addicts. We were under big impression.

Okay, everything is beautiful and indeed as a country to live sounds almost like Eldorado, but what Uruguay had to offer for us - two seeking adventure backpackers? Excellent buses with Wi-Fi, beautiful beaches, which are the main destination for Argentines arriving from the south, as well as some artifacts from the colonial era, but most of all ... a great possibility of wild camping.

It began in Punta del Este, which is a real tourist mecca. Luxury hotels, apartment buildings, famous hand protruding from the sand... All this makes for the ridiculously high (as for budget tourists) accommodation prices in the city. Despite warnings from Fernando that it is unlikely that there will be possible to camp on the beach, in the evening we started to look for a nice place on the beach to set our tent.. We were not looking for a long time, when we stumbled upon a group of motorhomes. When we looked around one of residents asked us:

"You're looking for a place to stay? Do you have a tent? Smash it near us. There is a lot of space and one you will not be disturbed"
 
Well, the impossible became possible. Accommodation with a beautiful sea view.

From Punta del Este we went to the National Park of Santa Teresa. Its main attractions are the beaches and the fortress. But I should give a brief explanation here: this park has nothing to do with strictly protected parks in Europe. It looks more like a large urban park in which the large campsite is located. Barbecues, music, horseback riding, idyll... advantage of this campsite is its price (cheapest place for a tent costs 80 pesos Uruguayan = £2.00). That is why we wanted to stay there. On-site, however, we met with a surprise: park ranger told us that there is a minimum 3night stay restriction. Explanations that we have already bought a bus ticket for the next day (the weather was not very pleasant Uwugwaju us and smiled at us lounging on the beach in the rain...) didn’t help. However, when we asked in despair:

"So where are we supposed to sleep tonight?"

The guard with a smile on his face showed us a piece of grass off the highway and said:

"There is a good place for a tent. Just move out in the morning"

For us it was like a fairy tale: maybe it was a bit loud, but frankly monotonous hum of cars enfold me to sleep and I slept like a baby. In the morning we were woken up by the roar of lawnmowers and guards, saying that we should not sleep there, but as we said we were about to leave, they said that there was no problem and they went away.

At the end of our stay in Uruguay we went for two days to Colonia del Sacramento. It is the only place in the country in the UNESCO list and we had a lot of expectations. It turned out, however, that we could easily see the town two hours. The streets were nice, but crowded with tourists who sailed here by ferry from Buenos Aires to withdrawn dollars in Uruguay and use the chance to see something interesting in the meantime. Our impressions slightly improved when on the estuary of the river La Plata a beautiful sunset started and later in the evening parade of dancers celebrating carnival passed through the streets.


And there also we had no problem with finding quite a pleasant stay at the park. Apparently they were signs not allowing camping there but as we were informed by one of the residents of the city, we shouldn’t worry too much about them. We crashed after dark, in a sheltered place (just in case, so no one woke us up at night) and we went to sleep. We didn’t sleep too long though, because suddenly just under my head I heard a quiet scratching. When scratching moved to the vicinity of backpacks, I was convinced that it was a mouse that got into our tent. I slightly panicked and started to look for holes in the floor. Only after some time, I found out that it was just worms that intensively dig the ground under our tent. Somewhat reassured I still could not sleep all night, because all the time I could hear scratching near my ear. When we packed the tent, we saw traces of intensive use of small bugs in the grass. After a sleepless night we still had to wait the whole day for the ferry to Argentina.


Uruguay turned out to be not a wild country at all, even though it suits perfectly for such ‘salvages; as we are. We regretted only that we had not had a bike, since both because of its small size, flat terrain, nice people and on the endless possibilities of free accommodation country seems a paradise for cyclists. Well, well... maybe we will come back :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz