sobota, 28 grudnia 2013

Rio de Janeiro - Cidade Marvilhosa

Scroll down for the English version

Rio de Janeiro… Cidade Marvilhosa…. Cudowne miasto, jak nazywają je sami mieszkańcy. Jest to jedno z tych miejsc, które doskonale wiemy jak wygląda zanim do niego przyjedziemy. Jego wizerunek często pojawia się w magazynach podróżniczych, katalogach biur podróży, różnego rodzaju folderach. Chyba wszyscy o nim słyszeli i wiele osób marzy o przyjeżdzie tutaj. Właśnie ze względu na tą sławę miasta, na to „opatrzenie się”, ze względu na tą pozorną znajomość, nie spodziewałam się po nim zbyt wiele. Już jadąc do Machu Picchu nieco się rozczarowałam, kiedy ten „Cud Świata” okazał się być dokładnie taki jak pokazują go na zdjęciach. Owszem ładny, ale bez efektu zaskoczenia, który często jest najprzyjemniejszym elementem zwiedzania.
 
Przyjeżdżając do Rio myślałam, że będzie z nim dokładnie ta samo jak z Machu Picchu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy wjechałam na słynnego Chrystusa, a widok z góry odebrał mi mowę! Jak sami wiecie, nie jest to zbyt łatwe zadanie :) Stałam tak wraz z tłumem przepychających się turystów i nie mogłam się napatrzeć. Chłonęłam widok na miasto, które próbuje zająć każdą wolną przestrzeń pomiędzy licznymi tutaj wzgórzami; którego nowoczesne dzielnice położonych w dole apartamentowców są gęsto poprzeplatane agresywnie wdzierającymi się na strome zbocza małymi domkami okolicznych faveli; którego szerokie plaże idealnie komponują się z malutkimi zatoczkami, błękitem oceanu oraz zielenią odradzającego się lasu atlantyckiego, ale także (o dziwo!) z wszechobecnym morzem betonu.

Główne atrakcje Rio chyba wszyscy znają: Chrystus, Głowa Cukru, plaża Copacabana.... Wszystkie te miejsca udało się nam zobaczyć w ciągu dwóch pierwszych dni pobytu. Jedynie Copacabana nas nieco zawiodła, gdyż była zaśmiecona jakimiś zielonymi glonami wyrzuconymi na brzeg oceanu. Widok na miasto z góry jednak każdorazowo zapierał nam dech w piersiach. Czy to z tych miejsc bardziej popularnych, o których wszyscy słyszeli, czy też z położonych na wzgórzach i nie odwiedzanych przez turystów fortów, bądź też ze znajdującego się po drugiej stronie zatoki Niteroi.


NIe zawiedli także Cariocas czyli mieszkańcy Rio. Gdy wybraliśmy się na mecz Flamengo i Cruzeiro, którzy grali na jednym z największych stadionów na świecie, radosna atmosfera świętowania nas oczarowała. Wraz z otaczającym nas tłumem kibiców daliśmy się ponieść emocjom i krzyczeliśmy, śpiewaliśmy i tańczyliśmy nie mogąc usiedzieć na naszych miejscach na stadionie.

Pomimo naszego zafascynowania miastem, nie mogliśmy jednak nie zauważyć jego ciemnej strony: bezdomnych śpiących w centrum prosto na ulicach; kryjących się po zakamarkach narkomanów czyhających na nieuważnych turystów; olbrzymich różnic w poziomie życia pomiędzy biednymi mieszkańcami faveli oraz zamożnymi Cariocas, których stać na wożenie się po ulicach miasta najdroższymi samochodami.

Względem Rio miałam naprawdę wysokie wymagania: miałam tutaj aż trzymarzenia do spełnienia. Pod Chrystusem stanęłam już pierwszego dnia pobytu w mieście. Z meczem niesamowicie nam się udało, gdyż nasz gospodarz był w stanie zorganizować nam bilety za pół ceny. Najgorzej poszło z sambą... Po prostu zmęczeni całodniowym zwiedzaniem nie mieliśmy już siły na nocne imprezowanie (do tego Albin, który chodzi spać już przed 22.00...). Nie było łatwo! Ale postanowiłam się nie poddawać. Ostatniego wieczora, siedząc sama w pokoju włączyłam sobie na You Tube lekcję samby (przecież ja nawet nie wiem jak się sambę tańczy!). Poćwiczyłam trochę kroki i na koniec puściłam sobie (a jakże!) Samba de Janeiro i wypróbowałam nowo nabyte zdolności :)

Rio de Janeiro... Cidade Marvilhosa... Cudowne Miasto… pomimo swojej niewątpliwej urody nie jest to jednak miasto, w którym mogłabym mieszkać…. Wiem jednak jedno: kiedyś tu jeszcze wrócę:)


English:

Rio de Janeiro... Cidade Marvilhosa.... Marvellous City, as Cariocas (people who live in Rio) call it themselves. This is one of those places that we know how it looks before we come to it. Its image often appears in travel magazines, on the wall in travel agencies, various folders. I think we all have heard of it and a lot of people dream about coming here. Precisely because of the fame of the city because of the apparent knowledge, I did not expect too much. I was already somewhat disappointed with Machu Picchu when the "Wonder of the World" turned out to be exactly the same as the pictures show it. Yeah nice, but without the effect of surprise which is often the most enjoyable part of the travelling.

Arriving in Rio, I thought it would be exactly the same as with Machu Picchu. Imagine my surprise when I drove to the famous Christ, and the view from the top made me speechless! As you know this is not a very easy task :) I stood with a crowd of jostling tourists and I could not have enough. I was absorbing the views of the city, which was trying to take every free space between the numerous hills here; where the modern districts of located in the bottom blocks of apartment are densely interwoven by the small houses of the nearby favela, which aggressively climb up the steep slopes; where the wide beaches blend in perfectly with tiny bays and with blue ocean and green of the Atlantic forest but also (strangely enough!) of the ubiquitous sea of concrete.

The main attractions of Rio, which everyone knows are the statue of Christ, Sugar Loaf, Copacabana Beach.... All these places we have seen in the first two days of stay. Only Copacabana disappointed us a little bit because it was littered with some green algae thrown on the shore of the ocean. But the view of the city from the top always took my breath away. Regardless if it was from the more popular that everybody heard of or from forts not often visited by tourists, or from the opposite side of the bay in Niteroi.


Also Cariocas have not disappointed us. When we went to the match Flamengo and Cruzeiro who played on one of the largest stadiums in the world, the joyful atmosphere of celebration charmed us. Together with the surrounding crowd of spectators we freed our emotions and cried, sang and danced, unable to sit still on our seats in the stadium.

Despite our fascination with the city we could not fail to notice its dark side: homeless people sleeping on the streets of the city center; drug addicts hiding in the dark nooks and crannies and just waiting for the unwary tourists; the huge differences in living standards between the poor inhabitants of the favela and the wealthy Cariocas who can afford a showing off on the streets of the city with most expensive cars.

To be honest I had really high expectations for Rio: I was to fulfil here three of my dreams. The statue of Christ we visited on the first day of your stay in the city. With the football game we had an incredible luck because our host was able to arrange our tickets for half price. The worst went with samba... Tired after the day-long sightseeing we did not have the strength to night partying (plus Albin who goes to sleep before 22.00...). It was not easy! But I decided not to give up. Last night, sitting alone in the room I turned myself to You Tube samba lesson (after all, I do not even know how to dance samba!). I practiced some steps and at the end I played Samba de Janeiro (of course!)  and tried out my newly acquired abilities :)


Rio de Janeiro... Cidade Marvilhosa... Wonderful Town... despite its undeniable beauty but it is not a city where I could live.... But I know one thing: I will come back here someday :)

środa, 25 grudnia 2013

Male miasteczka Brazylii / Small towns of Brazil

Scroll down for the English version

Zauroczyły nas małe miasteczka Brazylii. Oczarowały swoją tajemniczością, uwiodły spokojem, zafascynowały historią. W końcu mogliśmy w nich nieco odpocząć od ciągłego uważania na kręcących się wokół podejrzanie wyglądających ludzi. Mogliśmy powłóczyć się po ich wąziutkich uliczkach bez obawy, że zaplączemy się tam gdzie nie trzeba. W końcu mogliśmy znowu poczuć się bezpiecznie.

Były one dla nas odskocznią od harmidru panującego w wielkich miastach. Chwilą wytchnienia od hałasu, tłoku a przede wszystkim od ciągłego poczucia zagrożenia. Momentem na złapanie oddechu przed powrotem do miejskiej dżunglii wielomilionowych metropolii.

Wśród tych miasteczek znalazły się między innymi te, które ze względu na swój unikalny charakter zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Olinda, Sao Cristovao, Goias, Ouro Preto, Diamentina i Parati). Były to zarówno miasta górnicze, których historia jest ścisle związana z wydobyciem szlachetnych kruszców w pobliskich górach (chociażby Ouro Preto, którego nazwa oznacza tyle co Czarne Złoto, czy Diamentina), ale także miasta nadmorskie (Olinda czy Parati).

Część z nich była położona na standardowej trasie wycieczek przyjeżdżających do Brazylii (Olinda, Ouro Preto czy Parati), ale w niektórych byliśmy jedynymi z niewielu gringos i od razu wzbudzaliśmy sensację wśród miejscowych (Goias, Sao Joao del Rei czy Marianna).

Nie będę się tutaj rozpisywać o ich kolonialnej historii, czasach prosperity i upadku (szczególnie ciekawa jest historia Goias, które w przeszłości było bogatą stolicą prowincji, dzisiaj natomiast jest spokojnym prowincjonalnym miasteczkiem, czy też Olindy, która straciła swoją pozycję po wojnie z pobliskim Recife). Informacje na ten temat bez problemu możecie sobie znaleźć w internecie. Zaprezentuję Wam tu raczej wycinki z życia lokalnych mieszkańców, których udało się nam spotkać na swojej drodze.

W Olindzie, która położona jest zaraz koło wielomilionowego i uważanego za niebezpieczne Recife, wybraliśmy się do lokalnego baru. Zaczepił nas tam mówiący po angielsku Brazylijczyk. Okazało się, że jest właścicielem firmy odzieżowej, ojcem dwóch dorastających córek, które właśnie kończą uniwersytet. Z prawdziwą dumą opowiadał nam o ich wynikach w nauce, ale także o ciężkich czasach, kiedy na parę lat musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie jego córka była leczona na raka. Nowotwór na szczęście został pokonany i teraz siedząc z kumplami na piwku w czasie przerwy na lunch, mógł on tę piękną historię opowiedzieć przypadkiem zaplątanej tam parze gringosów.

W Goias mieszkaliśmy u matki-hipiski i jej syna-terapeuty. Pewnego piątkowego wieczora zabrali nas oni do schowanego w zakamarkach malutkich uliczek baru. Wybraliśmy się tam już dosyć późno, bo około 2:00 w nocy, jednak według naszej gospodyni, ludzie nie zaczynają się tam schodzić wcześniej niż około 23:00. Jednak gdy dotarliśmy na miejsce w barze siedziało zaledwie dwóch podstarzałych amantów oraz mała grupka podpitej młodzieży. Zamówiliśmy piwo, nie bardzo licząc na rozwój sytuacji. Ku naszemu zaskoczeniu około 3:00 zaczęli się schodzić ludzie. Starszy Murzyn co chwila porywał mnie lub inne dziewczyny do tańca. Uczył mnie kroków popularnego tutaj forro. W chwilach wolnych od tańca rozmawiałam z parą gejów o ich sytuacji w Brazylii. O dziwo w takim małym miasteczku, znaleźli oni swoją przystań i odnajdują tam więcej tolerancji niż w innych miastach. Nie powstrzymuje ich to jednak od chęci wyjazdu do krajów, w których panuje większa akceptacja mniejszości homoseksualnych. Około 4:30 byliśmy już bardzo zmęczeni po dosyć intensywnym dniu. Wróciliśmy więc do domu,  podczas gdy impreza rozkręcała się w najlepsze.

Ouro Preto, poza tym, że jest wspaniałym miastem kolonialnym, położonym przepięknie na wzgórzach, jest także dużym ośrodkiem akademickim. W związku z tym wielu z couch surferów mieszka w bardzo popularnych republikach. Jest to rodzaj naszego akademika bądź mieszkania studenckiego na wzór amerykański. Mają one swoje nazwy, swój hymn, swoje tradycje... My mieszkaliśmy w Republica Olympo. Ci z Was, którzy znają nas z czasów uniwersyteckich wiedzą, że Albin mieszkał w łódzkim Olimpie. Dlatego też pobyt w Ouro Preto był dla nas swoistym wehikułem czasu. Pierwszego wieczora wybraliśmy się do pobliskiego baru studenckiego. Początkowo siedzieliśmy w czwórkę, jednak szybko dołączyli do nas studenci z innej republiki. Zaczęły się śpiewy, picie cachasy, przekrzykiwanie się, ‘walka’ na przyśpiewki... Typowy studencki wieczór. Po paru piwach, Albin próbował nauczyć Brazylijczyków „Przybyli ułani pod okienko”. Nawet całkiem nieźle mu to szło :) Wieczór zakończył się robieniem wspólnych zdjęć i powrotem, nie do końca prostą drogą do domu. Następnego dnia nasi gospodarze ciężko sobie radzili... Uniwerek... Ach, co to były za czasy!

Sao Joao del Rei przywitało nas największą ulewą od 40 lat. Dzień wcześniej malutka rzeczka płynąca przez miasto wylała zalewając ulice miasta i utrudniając komunikację. W związku z fatalną pogodą większość czasu spędziliśmy w domu. Udało się nam jednak na chwilę wyjść z naszym gospodarzem, aby zobaczyć starówkę. Zanim wybraliśmy się na zwiedzanie zabrał nas on jednak do lokalnej jadłodajni, w której za jedyne 1,50 reala (3 zł) można było się porządnie najeść. Był to nasz pierwszy kontakt z restauracją popular. Jest to miejsce otrzymujące dotacje od państwa i dlatego posiłki są tam tak tanie. W związku z tym, do tego typu miejsc przychodzą wszyscy, którch nie stać na droższe restauracje: studenci, ludzie starsi, ale tekże bezdomni. Podobno normalnie kolejka jest strasznie długa, ale z powodu deszczu udało się nam dostać naszą porcję ryżu z fasolą i mięsem bez czekania. Ludzie na sali przyglądali się nam ze zdziwieniem: co dwójka gringosów robi w takiej podrzędnej knajpie? Przecież gringo zazwyczaj mają pieniądze i wolą bardziej wyszukane miejsca? My z kolei z zainteresowaniem przyglądaliśmy się przychodzącym tam ludziom, którzy stanowili kolorowy przekrój lokalnej ludności.

Małe miasteczka... Mieszkają w nich wielcy ludzie, o wielkich sercach. Mają one bogatą historię i wzbogacają nasz wyjazd o nowe doznania, nowe spotkania, nowe przygody. Jeżeli zdarzy Wam się przyjechać do Brazylii nie zapomnijcie odwiedzić przynajmniej kilku z nich. Na pewno na długo zostaną one w Waszej pamięci.


English:

We have been charmed by the little towns of Brasil.  Amazed by its mystery, seduced by calmness and fascinated history. Eventually we could have a little rest from the constant worry about hanging around a suspicious-looking people. We were able to wander on the narrow streets without fear of getting finding ourselves where we shouldn’t be. In the end again we felt safe.

For us they were an escape from all the rush of the big cities. They were a moment of respite from the noise, crowds and especially from the constant sense of danger; a moment to catch a breath before returning to the urban jungle of multi-million metropolis.

Among these towns were among others, those which, due to its unique character have been inscribed on the UNESCO World Heritage List (Olinda, Sao Cristovao, Goias, Ouro Preto, Diamentina and Parati). They were both mining towns which history is closely related to the extraction of precious metals in the nearby mountains (Ouro Preto which name means as much as Black Gold, or Diamentina), but there were also  coastal cities (Olinda or Parati).

Some of them were located on a standard road trips made by those traveling to Brazil (Olinda, Ouro Preto or Parati) but in some of them we were the only few gringos and we immediately aroused sensation among locals (Goias, Sao Joao del Rei or Marianna).

I will not dwell here on their colonial history, a time of prosperity and decline (especially interesting is the story of Goias, which in the past was a rich capital of the province but today is a quiet provincial town or Olinda which lost its position after the war with the nearby Recife). This information can easily be found on the internet. I'll rather show you clippings of life of local residents who we were able to meet on our way.

In Olinda, which is situated right next to multimillion and considered dangerous Recife, we went to a local bar. We were caught there English speaking Brazilian. It turned out that he was the owner of a clothing company, a father of two adolescent daughters, who are just finishing university. With great pride he told us about their results in science, but also about hard times, when he had to go to the United States, where one of his daughter was treated for cancer. Fortunately, the cancer was defeated and now he could sit with his friends enjoying a pint during the lunch break and he could tell us this beautiful story.

In Goias we lived with a hippie mother and her son - therapist. One Friday evening they took us to the bar hidden in the recesses of tiny streets. We went there already quite late, around 2:00 am, but we were told that people do not start to go down there earlier than about 11:00 pm. But when we got there at the bar were just sitting two older guys and a small group of drunk teenagers. We ordered a beer, not really counting on the development of the situation. To our surprise, about 3:00 am people began to come. Older black man all the time was taking me or the other girls to dance. He taught me the steps of forro popular dance here. When I was not dancing I was talking with a gay couple about their situation in Brazil. Surprisingly in such a small town they found their heaven and found there more tolerance than in other cities. This didn’t stop them from the willingness to go to countries where there is greater acceptance of the homosexual minority. Around 4:30 am we were very tired after a fairly hectic day. So we went back to the house, while the party spin up at best.

Ouro Preto, except that it is a wonderful colonial town, beautifully situated in the hills, is also a major academic center. Therefore, many of couch surfers live in very popular republics. It's kind of our dorm or student apartment at the American style. They have their names, their hymns, their traditions... We stayed at the Republica Olympo. Those of you who know us from the university time know that Albin lived in Lodz in a student house called Olimp. Therefore, stay in Ouro Preto was for us a kind of time machine. On the first evening we went to a nearby student bar. Initially, there were only four of us, but soon students from other republics joined us. They started singing, drinking cachaca, 'fight' for songs... Typical student night. After a few beers, Albin tried to teach Brazilians one of the Polish songs. He was quite good at this :) The evening ended with making common photos and coming back home not really straight way. The next day our hosts had a rough day... University... Oh, what a time that was!

Sao Joao del Rei greeted us with the biggest downpour in 40 years. A day earlier, a tiny river flowing through the city overflowed flooding the streets of the city and making it difficult to communicate. In connection with the fatal weather most of the time we spent at home. However, we managed to get out for a while with our host to see the old town. Before we went on the tour he took us to a local eatery, where for only 1.50 real (£0.50) we could get really full. This was our first contact with a restaurant called popular. It is a place which receives grants from the state and that is why meals there are so cheap. Therefore, to this type of restaurant come all type of people: who cannot afford the more expensive restaurants, students, the elderly, but also homeless. Apparently the normal queue is terribly long, but because of the rain, we managed to get our portion of rice with beans and meat without waiting. People in the room looked at us in amazement: what two gringos are doing in this kind of place? Usually gringos have money and prefer a more sophisticated place? We in turn looked with interest at the people coming. They made up the colorful cross-section of the local population.


Small towns... The great people with the great hearts live there. They have a rich history and enrich our trip of new experiences, new meetings, new adventures. If you happen to come to Brazil, do not forget to visit at least a few of them. For sure they will be long in your memory .

środa, 4 grudnia 2013

Brasilia - nowa stolica / Brasilia - new capital city

Scroll down for the English version

Brasilia była na naszej liście miastem, które koniecznie musimy zobaczyć. Nie przeszkadzało nam, że aby tam dojechać będziemy musieli spędzić w autobusie niemal 24 godziny. Nie przeszkadzało nam, że zaczyna się tam akurat pora deszczowa, która w końcu gdzieś musiała nas dopaść. I nie przeszkadzało nam, że w mieście brakuje zabytkowych, wąskich uliczek, które tak w czasie naszych podróży uwielbiamy. Albin pisząc swoją magisterkę o przenoszeniu różnych stolic na świecie pisał w niej między innymi o Brasili. I właśnie dlatego MUSIELIŚMY ją odwiedzić.

Przyjechaliśmy wymordowani długą jazdą późnym popołudniem. Pierwszy szok: metro. Nie to, że jest. Ale jego standard. Po raz pierwszy od wyjazdu z Londynu poczuliśmy się jak w stolicy Królestwa Brytyjskiego. Ładnie oznakowane, klimatyzacja, wygoda, kultura... Nie tak jak było w Recife, gdzie ludzie do metra rzucają się jakby od tego zależało życie. Na dodatek niesamowicie pomocni pracownicy. Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się na chwilę przy planie miasta, a już ktoś się nas pytał czy nie potrzebujemy pomocy. Gdy odparliśmy, że chcemy jedynie skorzystać z telefonu pozwolono nam zadzwonić z biura! Specjalne traktowanie dla gringosów? Możliwe.

Aby znaleźć mieszkanie naszego nowego couch surfingowego hosta musieliśmy rozpracować system adresów w Brasili. Trzeba bowiem pamiętać, że Brasilia jest miastem planowanym i jak na takie przystało wszystko jest tutaj ładnie zorganizowane. Dzielnice podzielone są na ponumerowane super quadry, pomiędzy którymi znajdują się sklepy, bary i restauracje. W tych super quadrach znajdują się oznaczone literami bloki mieszkalne. Tak więc dostaje się więc na przykład taki adres:

SQN 105, Bloco A – 301

Znając system wystarczy nam jedno spojrzenie na plan miasta i już wiemy gdzie mieszkamy :) Oczywiście dotyczy to tylko „starej” części miasta. Miasto bowiem zostało zaplanowane jedynie na 500 000 osób. Jak jadnak można łatwo przewidzieć szybko się rozrosło i obecnie mieszka tutaj około 2mln ludzi, większość w otaczających pierwotne miasto dzielnicach.

Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie: miasto wygląda jak żywcem przeniesione z USA. Szerokie aleje, betonowe budynki będące swoistymi dziełami sztuki zdolnego architekta Oscara Niemeyer’a, brak pieszych. Od wielu ludzi słyszeliśmy, że Brasilia nie jest miastem dostosowanym dla pieszych. Że nie ma tam chodników. Że z nieba leje się żar, przed którym nie ma się gdzie schować. My jednak lubimy chodzić i postanowiliśmy zwiedzić stolicę pieszo. W przeciwieństwie do większości miast Brazylii tutaj w końcu czuliśmy się w 100% bezpiecznie. Być może przyczyniło się do tego to podobieństwo do miast amerykańskich, a w szczególności Waszyngtonu. Być może mała liczba bezdomnych na ulicach. A być może po prostu jest tu rzeczywiście bezpiecznie.
 
W czasie jednego dnia włóczenia się po mieście, które okazało się nie być aż tak wrogie przechodniom jak o nim mówią, udało się nam zobaczyć wszystke ważniejsze budynki miasta: katedrę, Muzeum Narodowe, parlament, pomnik Juscelino Kubitschek’a – prezydenta odpowiedzialnego za przeniesienie stolicy z Rio do Brasili w kwietniu 1960 roku oraz wiele innych, które możecie zobaczyć na naszych zdjęciach.

Wizyta w Brasilii była zdecydowanie warta długiej podróży, spalonej słońcem skóry (w Brasilii deszcz nas jeszcze nie dopadł: mieliśmy piękne niebieskie niebo i jakieś 35 stopni w cieniu) oraz bolących następnego dnia nóg (zdążyłam się już odzwyczaić od chodzenia... :)). Miasto to całkowicie różni się od wszystkich innych miast, które widzieliśmy do tej pory w Ameryce Południowej i chyba głównie dlatego tak nas zafascynowało :)


English:


Brasilia was for us the absolutely must see. It did not bother us that to get there we had to spend on the bus almost 24 hours. It did not bother us that the rainy season just began there, which in the end had to get us somewhere. And it did not bother us that the city lacks the old narrow streets which we love so much. Albin wrote his master's thesis about moving various capitals in the world and he wrote it, inter alia, about Brasilia. And that's why we had to go there.

We arrived late in the afternoon exhausted after a long drive. First shock: the subway. Not that it is there. But its standard. For the first time since our departure from London we felt like in the capital of the United Kingdom. Nicely marked, air conditioned, convenient, cultural ... Not like it was in Recife, where people throw themselves to the subway as if their life depended on it. Plus the extremely helpful staff working there. When we stopped for a moment at the plan of the city just few seconds later someone asked us if we needed help. We wanted to use the phone to call our couch surfing host and the man allowed us to call from the office! Was it special treatment for gringos? That’s possible.

To find an apartment of our new couch surfing host we had to work out a system of addresses in Brasilia. You have to remember that Brasilia is a planned city and as such everything here is nicely organized. Districts are divided into numbered Super Quadras, between which there are shops, bars and restaurants. In these Super Quadras there are blocks of flats marked with letters. So the address looks like that:

SQN 105, Bloco A - 301

Knowing the system, we need just us one look at the plan of the city and we know where we live :) Of course, this only applies to the "old" part of town. The city was originally planned for only 500 000 people. But as one can easily predict the city grew rapidly and currently there is about 2 million people living here, the majority of them live in the surrounding city neighbourhoods.

The next day in the morning we set off to explore. First impression: the city looks like taken from the U.S. Wide avenues, concrete buildings which are specific works of art by capable architect Oscar Niemeyer, the lack of pedestrians. From many people we have heard that Brasilia is not a city adapted for pedestrians. That there are no sidewalks. That there is terrible heat against which there is no place to hide. However, we like to walk and we decided to explore the city on foot. Unlike most Brazilian cities here eventually we felt 100% safe. Perhaps the similarity to American cities (especially Washington) contributed to this feeling. Another factor was probably also a small number of homeless people on the streets. Or maybe it's just really safe there.


During one day wandering around the city which turned out not to be so hostile passers like everyone was talking about it, we were able to see all that important buildings of the city: the Cathedral, the National Museum, Parliament, Juscelino Kubitschek (President responsible for the transfer of capital from Rio to Brasilia in April 1960) Memorial and many others, which you can see in our pictures.


A visit to Brasilia was definitely worth the long trip, the sun-scorched skin (in Brasilia rain didn’t catch us yet: we had beautiful blue skies and about 35 degrees in the shade) and aching legs the next day (I could already wean from walking ... :) ) . The city is completely different from all the other cities that we have seen so far in South America and probably mostly because so fascinated us so much :)