wtorek, 26 listopada 2013

Dwie twarze Salvadoru / Two faces of Salvador

Scroll down for the English version

Po całej nocy spędzonej w autobusie wysiadamy na dworcu w Salvadorze. Zaczyna się długi weekend więc dworzec dosłownie pęka w szwach. Wszędzie kręcą się podekscytowani podróżni. Jedni wyjeżdżają, inni przyjeżdżają, a jeszcze inni kupują bilety stojąc w niemiłosiernie długich kolejkach. Panuje niesamowity harmider. Wszyscy gdzieś pędzą, z kimś się witają, ciągną ze sobą swoje olbrzymie walizki. Dzwonimy do Otavio, który niecałe 10 minut później przyjeżdża nas odebrać i razem jedziemy do jego domu.

Po szybkim śniadaniu ruszamy zwiedzać miasto. Salvador ma niechlubną opinię jednego z najniebezpieczniejszych miast Brazylii. W naszym przewodniku wymienione są ulice, po których nie warto chodzić, gdyż zdarzają się tam kradzieże. Wielkimi kółkami zaznaczam je na naszym planie. Tak na wszelki wypadek. Aby nie kusić losu. Na szczęście ponieważ jest święto Otavio może nas nieco powozić po mieście. Również po tych niebezpiecznych ulicach, które rano w dzień wolny od pracy se Se niemal całkowicie opustoszałe. Gdy zatrzymujemy się na światłach koło Praça Campo Grande przez skrzyżowanie przechodzi mocno wymalowana młodociana narkomanka. Nieobecnymi oczami patrzy w naszym kierunku zwalniając kroku. Zatrzymuje się na chwilę, po czym chwiejnym krokiem rusza dalej w sobie jedynie znanym kierunku. Oto jedna z twarzy Salvadoru.


Wysiadamy na chwilę przy Rua da Polonia, gdzie robimy sobie zdjęcie z flagą Polski na tle tabliczki z nazwą ulicy. Szybko jednak pakujemy się z powrotem do bezpiecznego samochodu, gdyż okolica nie zachęca do dłuższych spacerów. Ulice są puste, otoczone opuszczonymi wieżowcami pomiędzy którymi tylko smutno hula wiatr. Idealne miejsce dla szukających okazji złodziei: podbiegnie taki z nożem, aby chwilę później zniknąć bez znaku w jednym z licznych pustostanów.

Jedziemy do popularnej dzielnicy Barra. Okolica tutaj wygląda zupełnie inaczej niż nieco przerażające centrum miasta. Na plażach wylegują się setki ludzi. Opalają się, grają w piłkę nożną, siatkówkę, kąpią się w ciepłym oceanie. Aż ciężko uwierzyć, że te dwa miejsca znajdują się tak blisko siebie! Otavio nas tutaj wysadza, a my idziemy przejść się wzdłuż plaży, zobaczyć najstarszą w Ameryce Łacińskiej latarnię morską i zjeść aracaje – rodzaj bułki zrobionej z fasoli oraz nafaszerowanej krewetkami, sałatką oraz vatapa.

Ponieważ dosyć szybko udaje się nam zobaczyć wszystko co jest do zobaczenia w Barra, decydujemy się pojechać do centrum historycznego mając nadzieję, że teraz jest tam więcej ludzi. Wsiadamy w autobus i po paru minutach wysiadamy przy Praca da Se. Jakaż zmiana, w porównaniu do tego co widzieliśmy zaledwie parę godzin wcześniej! Teraz to miejsce tętni życiem, a przed windą Carlosa Lacerdo, która łączy górne miasto z dolnym stoi kolejka ludzi oczekujących na podróż tą niesamowitą kapsułą czasu z końca XIX wieku. Dołączamy do nich i po niezbyt długim czasie zjeżdżamy do podnóża klifu.
 
Na dole znajduje się jeden z żelaznych punktów odwiedzanych przez turystów przyjeżdżających do Salvadoru: Mercado Modelo. Wąskie alejki targu wypełnione są kolorowymi obrazami, pięknie zdobionymi bluzkami, drewnianymi rzeźbami oraz całym stosem innych pamiątek. Wszystko po to aby zadowolić gusta najbardziej nawet wybrednych gringos. Na końcu hali odbywa się akurat pokaz capoeiry. Ubrani na biało smukli mężczyźni raz po raz wyginają się w przedziwnych pozach, a wszystko w rytmie muzyki granej na berimbau.

Gdy już zaspokoiliśmy naszą ciekawość tym przemyślnym spektaklem łączącym taniec ze sztuką walki ponownie przenieśliśmy się w górne rejony miasta. Stojąc na tarasie widokowym przyglądamy się z góry dziwacznej jak dla nas sytuacji: tuż koło pięknie wyremotowanego i pełnego turystów Mercado Modelo, znajdują się całkowicie opuszczone wieżowce. Kolosy otoczone górami śmieci walających się w przyokolicznych uliczkach, pozbawione szyb z wiatrem hulającym w ich wnętrzu sprawiają wrażenie bardzo surrealistycznych, a jednak trudno uwierzyć że cały ten świat istnieje naprawdę i wcale nie jest aż tak odległy jak nam sie wydaje. Dawniej grając w popularną grę Sim City taki obraz upadającego miasta wydawał mi się tak bardzo abstrakcyjny, że mógł być on tylko czystą wizją grafika komputerowego. Tutaj widzę ten wirtualny świat na własne oczy i muszę przyznać że rzeczywistość  przebija te wirtualne wyobrażenia. Niesamowicie dziwne uczucie


Idziemy w stronę fantastycznie odnowionej starówki. Wygląda ona nieco jak cyrk specjalnie przygotowany dla spragnionych atrakcji turystów. Można tutaj spróbować lokalnego jedzenia, za odpowiednią opłatą zrobić sobie zdjęcie w stroju baiana, kupić brakujące pamiątki... Niemal na każdym kroku stoi policjant z olbrzymim pistoletem wiszącym u pasa. Dzięki takim środkom ostrożności turyści mogą sobie pozwolić na chwilę beztroski: biegają po starym mieście, z wielkimi aparatami najlepszych marek przewieszonymi przez szyje, obwieszeni drogą biżuterią, z tylnych kieszeni wystają im aż proszące się o kradzież  wypchane realami portfele. Ale tutaj nie muszą się niczego obawiać. Władze miasta  zadbały, aby znajdująca się tuż za rogiem bieda, nie rzucała się za bardzo w oczy; aby bezdomni nie włóczyli się żebrząc po kolorowych uliczkach; aby przyjeżdżający tutaj ludzie mogli czuć się bezpiecznie.

Wystarczy jednak skręcić nie w tę co trzeba uliczkę, przejść o przecznicę za daleko, zaglądnąć w opuszczony zaułek, aby ta bieda nas dopadła. Znowu widzimy opuszczone, pomalowane kiepskiej jakości graffiti bloki z betonu; znowu zza wpół otwartych drzwi zerkają na nas niezbyt przychylne spojrzenia. Pora wracać na turystyczny szlak: nie należy kusić losu. Dla mieszkańców okolicznych flaveli jesteśmy tylko kolejnymi gringo. A gringo dlą nich oznacza pieniądze. Zresztą trudno im się dziwić: gdy napatrzą się na tych biegających po mieście, szpanujących swoim bogactwem turystów, w ich głowach tworzy się proste równani: turysta = pieniądze. Dlaczego ja nie mam nic, skoro oni mają tak wiele? I na swój sposób chcą oni wyrównać tą niesprawiedliwość społeczną.


Wolnym krokiem dochodzimy do Largo do Pelourinho. Na mijanych uliczkach miejscowi artyści wystawili na sprzedaż swoje obrazy. Część z nich, na porozstawianych wprost na bruku paletach, ciągle maluje coraz to nowe dzieła. Zewsząd otaczają nas dźwięki: niemal z każdego sklepu, z każdego rogu, z każdego placu dobiega nas bądź to grana na żywo, bądź odtwarzana z płyt żywa, brazylijska muzyka. Nagle słyszymy dobrze nam znaną piosenkę Micheal’a Jackson’a dobiegającą z jednego ze sklepów z pamiątkami. Spoglądam w górę, a tam z balkonu spogląda na nas pełen entuzjazmu tekturowy Michael. Okazuje się, że to właśnie tutaj nakręcił on teledysk do odtwarzanej tutaj w kółko piosenki. Za jedyne 2 reale można wejść na balkon i zrobić sobie zdjęcie z tekturowym Królem.

Siadamy na schodach przy Fundacao Casa de Jorge Amado. Przed nami rozpościera się widok na zakazaną dla nas Rua das Flores. Prowadzi ona do dużego ładnego kościoła na wzgórzu. W naszym przewodniku napisano, że zdarzają się tam napady na niczego nie świadomych turystów. Rzeczywiście mało ludzi tamtędy chodzi, pomimo, że sąsiaduje ona z bardzo turystyczną starówką. Ciekawe czy naprawdę jest tam tak niebezpiecznie czy też jest to po prostu wyolbrzymione w naszym przewodniku? Nie będziemy tego jednak sprawdzać. Nie warto.

Zmęczeni całodniowym upałem idziemy do autobusu. Bardzo sympatyczna pani informuje nas, którym dojedziemy do domu Otavio. Mieszka on w „dobrej”, bezpiecznej dzielnicy. Wracamy do naszego tymczasowego domu, robimy obiad i idziemy spać. Jutro czeka nas kolejny dzień w podróży...


English:

After a night spent in the bus we get off at the station in Salvador. A long weekend is just starting so the train station literally bursting at the seams. Everywhere excited travellers are running. Some are leaving, others arriving, and some are buying tickets standing in mercilessly long queues. There is an incredible rush. Everyone is rushing somewhere, someone is welcome, someone is pulling huge suitcase. We call Otavio, who less than 10 minutes later come to pick us up and together we go to his house.

After a quick breakfast we set off to explore the city. Salvador has the infamous reputation of being one of the most dangerous cities in Brazil. In our guide mentioned are the streets after which it is not worth to go since there robberies occur. I mark them on our plan with the big wheels. Just in case.
We prefer don’t tempt fate. Fortunately, because it is the holiday Otavio can drive us a bit around the city. Even through these dangerous streets that in the morning on a day off from work are almost completely deserted. When we stop at a traffic light near Praça Campo Grande heavily painted juvenile drug addict passes through the intersection. With the absent eyes she is looking in our direction slowing down. She stops for a moment, then start moving again in the direction she only knows. Here's one of the faces of Salvador.



We get off for the moment at Rua da Polonia, where we take a picture with the Polish flag and a plate with the name of the street. But we quickly pack back into the safe car, because the area does not encourage to longer walks. The streets are empty, surrounded by abandoned towers between which wind blows sadly. The perfect place for thieves: to run up with a knife and to disappear without a sign in one of the many empty buildings a moment later.

We're going to the popular district of Barra. The area here is quite different than a bit scary city centre. On the beaches hundreds of people sprawl. Sunbathing, playing soccer, volleyball, swim in the warm ocean. It's hard to believe that these two places are so close together! Otavio leaves us here and we're going to the beach to see the oldest in Latin America lighthouse and eat aracaje - a kind of bread made ​​of beans and staffed with prawns, salad and vatapa.

Because pretty quickly we manage to see everything there is to see in Barra, we decide to go to the historic centre, hoping that now there are more people. We get on the bus and after a few minutes, we get off at Praça da Se. What a change compared to what we saw just a few hours earlier! Now this place is teeming with life and in front of Carlos Lacerdo elevator that connects the upper town to the lower people are standing and waiting to travel this amazing time capsule from the late nineteenth century. We join them and very soon descend to the foot of the cliff.


At the bottom is one of the iron points visited by tourists coming to Salvador: Mercado Modelo. The narrow alleys are filled with tender colourful paintings, beautifully decorated blouses, wood carvings and a whole pile of other memorabilia. Everything is done to satisfy the tastes of even the most demanding gringos. At the end of the hall a show of capoeira takes place. Men dressed in white slender repeatedly bend in strange poses, all in the rhythm of the music played on the berimbau.

Once we watched this ingenious spectacle combining dance with martial arts we moved again into the upper areas of the city. Standing on the terrace, we look from the top at a bizarre situation: just next to beautifully refurbished and full of tourists the Mercado Modelo, completely abandoned skyscrapers are located. Colossi surrounded by mountains of garbage lying around in close-by streets, devoid of windows with the wind blowing inside of them seems very surreal. Playing in the past in popular game Sim City a picture of the failing of the city seemed to me so abstract that it could be just a pure vision of computer graphics. Here I can see the virtual world with my own eyes and I have to admit that reality trumps these virtual ideas. Incredibly strange feeling


We walk toward the fantastically renovated old town. It looks a bit like a circus specially prepared for the tourist thirsty of attractions. Here you can try the local food, for a fee take a picture in baiana costume, buy a small souvenir... At almost every corner is a cop with a huge gun hanging from his belt. With such precautions tourists can afford carefree moment: running around the old town with big, top brands cameras slinging over their necks, expensive jewellery, wallets stuffed with reals hanging from the back pocket just asking to be stolen. But here we have nothing to fear. The city authorities make sure that tourist don’t find the poverty which is just around the corner; don’t see homeless begging in the colourful streets… Arriving here people can feel safe.

But just turn in the wrong street or go about a block too far, have a look in the deserted alley to get caught by this poverty. Again we see the abandoned poor quality concrete blocks painted with graffiti, again from behind the half- open door peek at us not very favourable look. Time to go back on tourist trail: do not tempt fate. For the inhabitants of the surrounding flavelas we are only successive gringo. And a gringo means money. Besides, it is difficult to see why: when they see all those wealthy tourists showing off with their cameras, their heads creates a simple equation: tourists = money. Why I do not have anything, when they have so much? And in their own way, they want to equalize the social injustice.

We are walking slowly to the Largo do Pelourinho. On the streets local artists set to sell their paintings. Some of them stay with their pallets directly on the pavement, still painting a more and more art works. We are surrounded by sounds: from almost every store, from each corner of each square comes to us either played live or from CDs Brazilian music. Suddenly from one of the souvenir shops we hear a well-known song of Michael Jackson. I look up and there from the balcony full of enthusiasm cardboard Michael is looking at us. It turns out that it was here that he shot the music video for song which is played over and over again here. For only 2 reals, one can go to the balcony and take a photo with a cardboard king.

We sit on the stairs at the Fundaçao Casa de Jorge Amado. In front of us there is the forbidden for us to Rua das Flores. It leads to a nice big church on the hill. In our guide tells us that muggings occur there for unconscious tourists. Indeed, few people walk that way, despite the fact that it is adjacent to the very tourist old town. I wonder if it really is so dangerous or is it just exaggerated in our guidebook. We will not check it. Not worth it.


Tired of the all-day heat, we go on the bus. Very nice lady informs us how we can get to Otavio’s home. He lives in a "good” safe area. We return to our temporary home, do dinner and go to sleep. Tomorrow we have another day of travelling...

czwartek, 14 listopada 2013

Vamos a la playa! - Plazujemy w Brazylii / Vamos a la playa! - Beach vacation in Brazil

Scroll down for the English version

Niesamowity błękit nieba, bezkresny turkus oceanu, drobniutki złoty piasek, niebosiężnie wysokie palmy... Chyba jestem w raju... Ach, nie! To tylko kolejna z cudnych brazylijskich plaż! :)

Praktycznie od przyjazdu do Manaus, nie ma miasta, w którym nie wybralibyśmy się na plażę. Cała historia zaczeła się w położonym na brzegu czarnej jak Coca-Cola Rio Negro Manaus. Pewnego wieczora nasi couch surfingowi gospodarze zabrali nas na słynną w mieście plażę Ponta Negra. Było dosyć późno i nie pojechaliśmy tam się kąpać w Amazonce tylko zjeść słynne tacaca – typową zupę amazońską z krewetkami i jakimś rodzajem parzących usta wodorostów. Miejsce jednak, jak to przystało na jedyną plażę w mieście okazało się dosyć drogie więc tacaca nie zjedliśmy, ale chwilę pospacerowaliśmy wzdłuż promenady przyglądając się randkującym parom oraz wpatrując się w czarne jak noc wody Rio Negro.

Później przyszła jeszcze kolej na jedną z amazońskich plaż na wyspie Cutijuba, gdzie w końcu mogliśmy wykąpać się w słodkich wodach Królowej Rzek, natomiast od Sao Luis delektujemy się ciepłymi wodami Oceanu Atlantyckiego. Plaże północno-wschodniej Brazylii są uważane za jedne z najpiękniejszych na świecie. I ciężko się z tą opinią nie zgodzić: są szerokie, piaszczyste, porośnięte niesamowicie wysokimi palmami i obmywane przez ciepłe, turkusowe wody oceanu. Jednak chyba ich największą zaletą (przynajmniej z naszego europejskiego punktu widzenia osób przyzwyczajonych do widoku tłumu spragnionych słońca turystów wylegujących na hiszpańskich czy włoskich plażach) jest to, że są puste... Szczególnie w środku tygodnia. I poza sezonem. Ciągle jest tu bajecznie gorąco, a nad oceanem wieje orzeźwiająca bryza, warunki są więc idealne do wylegiwania się na piasku. Jednak dla Brazylijczyków, którzy mają plaże na codzień,  a na dodatek nie muszą się zbytnio przejmować pogodą, która niemal przez cały rok jest identyczna, plażowanie nie jest aż taką znowu atrakcją. Dlatego też wielokrotnie mogliśmy się w samotności delektować szumem fal, sączyć schłodzoną wodę z kokosa czy spacerować wzdłuż oceanu maczając stopy w ciepłej wodzie obmywających nas fal.

Do tej pory widzieliśmy plaże zarówno w miastach (Sao Luis, gdzie urządziliśmy sobie 4-godzinny spacer zaliczając wszystkie plaże w mieście; Joao Pessoa, gdzie byliśmy najbliżej na wschód w czasie naszej podróży po Ameryce Południowej), jak i w małych nadmorskich kurortach (w Pipie, której nazwa mnie ciągle rozśmiesza, a która słynie z jednej z najładniejszych plaż w Brazylii; w Pirangi, przy której znajduje się największe drzewo nerkowca zachodniego na świecie i gdzie przez parę godzin delektowaliśmy się zimnym piwem, tylko po to aby na koniec musiec uciekać przed podnoszącą się wraz z rozpoczynającym się przypływem wodą oceanu). Odwiedziliśmy także znajdujące się przy plażach kolonialne forty (w Natalu, Fortalezie oraz Joao Pessoa).

Jednak pomimo niewątpliwej urody tutejszego wybrzeża plażowanie zdecydowanie nie jest naszą ulubioną formą wypoczynku. Owszem od czasu do czasu wygrzać kości, wykąpać się, wsłuchać w relaksujący szum fal czy też popatrzeć na imprezujących podczas weekendu Brazylijczyków... czemu nie? Ale żeby tak codziennie... nieeeeee... Dlatego ruszamy dalej i wkrótce odbijamy w głąb kraju, do Brazilii. A szum fal i bezkres oceanu niech pozostaną dla tych, którzy potrafią je docenić bardziej niż my :)

ZDJECIA PIPA
ZDJECIA PIRANGI

English:
Amazingly blue sky, endlessly turquoise ocean, diminutive golden sand, heading the sky palm trees... I think I'm in paradise... Oh, no! This is just another of the marvellous beaches of Brazil! :)

Since coming to Manaus, we go to the beach in every single city. The whole story started on the shores of the black like Coca -Cola Rio Negro in Manaus. One evening our couch surfing hosts took us to the famous beach in Ponta Negra. It was quite late and we did not go there to swim in the Amazon only enjoy the famous tacaca - typical Amazonian soup with shrimp and some kind of stinging mouth seaweed. Place, however, as befits the only beach in the city turned out to be quite expensive so we did not eat tacaca, but for the moment we walked along the promenade looking at dating couples and staring at the black as night waters of Rio Negro .

Later we went to one more of the Amazon beaches on the Cutijuba island, where eventually we were able to swim in the fresh waters of the Queen of the Rivers, and from Sao Luis we have been enjoying the warm waters of the Atlantic Ocean. Beaches of north- eastern Brazil are considered some of the most beautiful in the world. It is difficult not to agree: they are wide, sandy, covered with incredibly tall palms and washed by the warm turquoise waters of the ocean. However, perhaps the biggest advantage (at least from our European point of view, people used to view a crowd of tourists seeking sun on the Spanish or Italian beaches) is that they are empty... Especially in the middle of the week. And the off-season. It is still extremely hot here and the refreshing ocean breeze is blowing, so the conditions are perfect for lounging on the sand. But for the Brazilians, who have beaches on a daily basis and in addition do not have to worry too much about the weather, which almost all year round is the same, sunbathing is not such the attraction. Therefore, many times alone, we could enjoy the sound of waves, sipping chilled water from a coconut or a walking along the ocean dipping feet in warm waves lapping around us.
So far, we have seen the beaches both in the cities ( Sao Luis, where we had a 4- hour walk through  all the beaches in the city; Joao Pessoa, where is the easternmost point of our trip through South America), as well as small coastal resorts (in Pipa which name still makes me laugh , and which is famous for one of the most beautiful beaches in Brazil; in Pirangi, which features the largest cashew tree in the world, and where for a few hours we enjoyed a magnificent cold beer, only to finally have to flee from because of the rising tide). We also visited the colonial forts located close to the beaches (in Natal, Fortaleza and Joao Pessoa).


However, despite the undeniable beauty of the local coast sunbathing is definitely not our favourite form of recreation. Yes, from time to time to bask bones, take a bath, listen to the relaxing sound of the waves or watch the Brazilians weekend partying... Why not? But to do this every day... Nooooo... So we are moving on and soon we will turn into the centre of the country to Brasilia. A murmur of the waves and the vastness of the ocean let them be for those who can appreciate it more than we do :)

PICTURES PIPA
PITURES PIRANGI

niedziela, 10 listopada 2013

UWAGA! NIEBEZPIECZEŃSTWO! / CAUTION! DANGER!

Scroll down for the English version


W poprzednim poście nachwaliłam jak przyjaźni i gościnni są Brazylijczycy. Tym razem będzie nieco z innej beczki. Brazylia powszechnie uważana jest za niebezpieczny kraj. Dużo się słyszy o napadach na turystów, przemocy, kradzieżach, kieszonkowcach... Rio de Janeiro, Salvador i Recife, królują na liście najniebezpieczniejszych miast kraju. Wszyscy nas ostrzegają przed przyjazdem do nich, ale nie odradzają. Absolutnie. Po prostu każą uważać. Zawsze nosić przy sobie jakieś drobne na wypadek ataku z nożem (nikt bowiem nie uwierzy, że gringo może nie mieć kasy). Nie chodzić po pustych ulicach, a już na pewno nie nocą. Nie pokazywać się za bardzo z aparatem. Nie nosić ze sobą dużych kwot pieniędzy. Takie standardowe ostrzeżenia, które wyczytamy w każdym przewodniku. Jak to jednak wygląda naprawdę?

Do tej pory nie spotkało nas żadne nieprzyjemne doświadczenie (i oby tak zostało!), pomimo tego parę faktów rzuciło się nam w oczy i postanowiliśmy się z Wami nimi podzielić. W brazylijskich miastach rzeczywiście są ulice, które nie wyglądają bezpiecznie. Slamsy były już niby i w Peru i w Boliwii, centrum Bogoty jest oblegane przez rzesze bezdomnych i żebraków... Jednak dopiero tutaj czujemy, że niebezpieczeństwo naprawdę wisi w powietrzu. Po tych mniej ciekawych ulicach chodzą bowiem ludzie, którym naprawdę źle z oczu patrzy. Widać, że nie mają oni wiele do stracenia i za parę reali są w stanie wbić bezbronnemu turyście nóż między żebra. Część podobno lata po mieście z bronią palną. Nawet nie ma co zaczynać. Oddać swoje rzeczy, ale zachować życie.
 
Co w takim razie robią zwykli Brazylijczycy? Ta zdecydowana większość, która jest przemiła i zawsze skora do pomocy? Po zmroku zamykają się oni w swoich domach, które są ogrodzone, pod napięciem i wyglądają jak twierdze. Gdy tylko robi się ciemno ulice miast pustoszeją, wszyscy przenoszą się do samochodów i jeżdżą. Do znajomych, do baru, do domu... Ale generalnie nie włóczą się po ulicach. Ich życie wygląda nieco jak życie w więzieniu. Tylko, że w więzieniu powinni siedzieć kryminaliści, a nie porządni ludzie, czyż nie?

Pytaliśmy się więc naszych gospodarzy w Manaus, Belem, Sao Luis, Fortalezie, a także w Natalu dlaczego rząd czegoś nie zrobi, aby zwiększyć bezpieczeństwo na ulicach? W końcu skoro Brazylia ma taką złą renomę, to może w końcu czas coś z tym zrobić? Szczególnie, że zbliżają się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, a później Olimpiada w Rio. Odpowiedź niemal zawsze była taka sama: jest to olbrzymi kraj, gdzie poziom edukacji jest bardzo niski, różnice społeczne bardzo duże i problem jest dużo bardziej złożony niż na to wygląda na pierwszy rzut oka. Na czas imprez sportowych rząd ma w planie zastosować jakieś doraźne środki w postaci zwiększonej liczby policji na ulicach, ale przecież to problemu nie rozwiąże. Co najwyżej go przykryje na jakiś czas.


W związku z tym sami postanowiliśmy się zabezpieczyć i nieco zmieniamy taktykę naszego zwiedzania. Przede wszystkim koniec włóczenia się po wąziutkich, klimatycznych uliczkach miast jeżeli są one zupełnie opuszczone. Poza tym staramy się zawsze wracać do domu przed zmrokiem. No i oczywiście nie szpanujemy naszym starym i zdezelowanym sprzętem fotograficznym, który jednak ciągle może być zachętą dla jakiegoś podrzędnego złodziejaszka (myslę, że porządny złodziej byłby w stanie rozpoznać niską wartość naszego wyposażenia :)).

Smutne jest to strasznie, że w tak gościnnym kraju, panoszą się takie mendy, na które trzeba uważać. Wierzymy jednak, że nasz pobyt tutaj obędzie bez żadnych złych doświadczeń i Brazylię będziemy wspominać wyłącznie ze względu na jej przesympatycznych mieszkańców i pyszne jedzenie :)


English:

In a previous post I wrote how friendly and welcoming Brazilians are. This time I will show you Brazil from a little bit different side. Brazil is widely regarded as a dangerous country. Much is heard about the attacks on tourists, violence, thefts, pickpockets... Rio de Janeiro, Salvador and Recife are considered to be on the list of most dangerous cities in the country. Everyone is warning us about going there. They don’t discourage us. Absolutely not. Just warn to be careful. Some of the recommendations are: always carry some small amount of money in case some idiots with a knife decide to rob you (because no one would believe that gringos may not have cash); do not walk on the empty streets and certainly not at night; do not show off with your expensive camera; do not carry large sums of money. Such a standard warning that you can read in any guidebook. But how does the situation on the streets really look like?

So far nothing bad happened to us (and we hope it will stay like this). But we have noticed few things and we decided to share them with you. In Brazilian cities actually there are some streets that do not look safe. Slums were already in Peru and Bolivia, the centre of Bogota is besieged by crowds of homeless people and beggars... However, it is just here in Brazil that we can feel the danger really is in the air. While walking around these less interesting streets we could see people who had really bad looking eyes. You can see that they do not have much to lose and a couple of reals are able to put the knife between the ribs of defenceless tourists. Some apparently run around the city with firearms. When they approach you don’t even start with them.  Give away your stuff but keep your life.
 
So what do ordinary Brazilians? The vast majority who is so nice and always eager to help? After dark they shut themselves in their homes which are fenced and look like fortresses. As soon as it gets dark city streets are empty, everyone moves by car. To the friends, to the bar, home... But they generally do not appear too much on the streets. Their life looks a bit like living in a prison. It's just that the criminals should sit in jail, not good people, isn’t it?

So we asked our hosts in Manaus, Belem, Sao Luis, Fortaleza and Natal: why the government will not do anything to improve safety on the streets? Since Brazil has such a bad reputation, it may finally be time to do something? Especially when there is World Cup championship next year and later Olympics in Rio. The answer was almost always the same: it is a huge country, where the level of education is very low, social differences are huge and the problem is much more complex than it looks at first glance. At the time of sporting events the government plan is to use an ad hoc measures in the form of more police on the streets, but then it does not solve the problem  It will just cover it the for some time.

Therefore, we decided to protect ourselves and slightly change the tactics of our sightseeing. First of all: the end of wondering around the atmospheric streets of the cities if they are completely abandoned. Besides, we always try to get home before dark. Well, of course we don’t show off our old and dilapidated photographic equipment, which, however, can still be attractive for an unprofessional thief (I'm thinking that a decent thief would be able to recognize the low value of our equipment :)).


The sad thing is that in such a hospitable country, there are some creeps to watch out for. However, we believe that our stay here will take place without any bad experiences and we will remember Brazil only because of its really nice people and delicious food :)