poniedziałek, 16 września 2013

Zgubieni w gorach (Kordyliera Krolewska) / Lost in the mountains (Cordillera Real)

Scroll down for the English version

Ilekroć odwiedzaliśmy Shaula, za każdym razem ten zmieniał nasze plany. Nie inaczej było z trekkingiem, który planowaliśmy odbyć w okolicy La Paz. Podczas naszej pierwszej wizyty powiedzieliśmy Shaulowi, że wybieramy się połazić po okolicznych górach i zamierzamy połączyć dwie inkaskie drogi: Choro Trail, którym chcieliśmy zejść w dół oraz Takesi Trail, którym mieliśmy wrócić. Shaul zapytał się nas krótko:

„Lubicie marnować czas?”

„No, nie lubimy...”

„To nie idźcie”

I dał nam mapę innego szlaku: Reconquistada Trail. Podobnie jak dwa poprzednie prowadzi on wzdłuź starej inkaskiej drogi, ale w przeciwności do innych jest praktycznie nie znany przez turystów. Zaczyna się on wprawdzie w tym samym miejscu co Takesi, ale prowadzi bardziej na północ.

Nie udało się nam na niego wybrać podczas poprzedniego pobytu w La Paz, więc obiecaliśmy sobie, że po powrocie do miasta będzie on pierwszą z rzeczy, jaką zrobimy. Tak też się stało. Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy do wioski Ventilla, oddalonej zaledwie o 2 godziny jazdy od La Paz, gdzie zaczynał się nasz szlak. Tam udało się nam złapać kolejnego busika do Choquekhota, gdzie z kolei do samej kopalni San Francisco podwiózł nas jeden z jej pracowników.

Przy kopalni zaczynało się już prawdziwe podejście. Na sam początek musiałam wspiąć się na wysokość 4910 m n.p.m., pobijając tym samym mój rekord wysokości. Nie powiem, nie było lekko... Wysokość, śnieg i zimno nie były naszymi sprzymierzeńcami. Dla Albina podejście oczywiście nie stanowiło większego problemu (po zdobyciu Sajamy i Misti, taka przełęcz to dla niego pryszcz!), ale ja się nieźle umęczyłam. Pomimo zmęczenia, po 4,5-godzinnym podejściu, byliśmy na przełęczy, gdzie szczęśliwa mogłam sobie w końcu odpocząć.

Pierwszy nocleg mieliśmy przy jeziorku, nieco poniżej przełęczy. Zrobiliśmy sobie porządny, dwudaniowy obiad i tuż po zmroku poszliśmy spać.

Drugiego dnia szlak był początkowo bardzo prosty, wiódł wzdłuż rzeki, aż do opuszczonej wioseczki Totora. Za wioską niestety ścieżka zrobiła się bardzo wąska, momentami nam nawet znikała na bardzo stromym zboczu wzdłuź, którego szliśmy. Kierując się według mapy na rzekę udało się nam jakoś jednak przejść na jej drugą stronę. Po drodze spotkaliśmy stado dzików chowające się w krzakach. Na szczęście gdy nas zobaczyły uciekły, ale i tak od tej pory po głowie chodził mi wierszyk:

„Dzik jest dziki, dzik jest zły,

Dzik ma bardzo ostre kły,
Kto zobaczy w lesie dzika,
Ten na drzewo zaraz zmyka”
 
Po drugiej stronie rzeki znowu musieliśmy szukać ścieżki. Udało się nam ją odnaleźć tuż przed szczytem, kiedy akurat skręcała, więc mieliśmy sporo szczęścia. W spokoju dotarliśmy do kopalni Reconquistada (od której to szlak wziął swoją nazwę). Porobiliśmy zdjęcia wyglądającej na opuszczoną wiosce i poszliśmy dalej przez bardzo wąski przesmyk między skałami. Zaczęła się nam niestety psuć pogoda. Nad górami pojawiły się chmury, całkowicie zasłaniając krajobraz i utrudniając orientację w terenie. Niesamowicie wąską i stromą ścieżką zeszliśmy do doliny, gdzie rozbiliśmy namiot.

Trzeciego dnia z samego rana czekało nas strome podejście w górę bez ścieżki. Podciągając się na rosnących trawach, z olbrzymim trudem udało się nam wspiąć na przełęcz. Według naszej mapy, miała tam znajdować się nasza ścieżka. Niestety... przez pół dnia chodziliśmy po wydeptanych przez zwierzęta śladach, bezskutecznie szukając szlaku. Kiedy weszliśmy w kolejną dolinę i ciągle nie mogliśmy znaleźć naszego szlaku, zdaliśmy sobie sprawę, że chyba się zgubiliśmy. Na domiar złego złapała nas porządna burza gradowa z piorunami. Nie mogąc znaleźć na stromym zboczu miejsca na rozbicie namiotu, porządnie zmokliśmy. W końcu rozstawiliśmy namiot na jakiś kępach traw i skuleni w kuleczki nasłuchiwaliśmy walącego w namiot gradu oraz szalejącej dookoła burzy. Kiedy w końcu skończyło padać było już ciemno. Jedyne co mogliśmy zrobić to iść spać.

Rano obudziło nas piękne słońce. Z nowym zapałem ruszyliśmy w stronę, gdzie mieliśmy nadzieję odnaleźć szlak. Weszliśmy do kolejnej doliny. Wiedzieliśmy, że koniec szlaku jest gdzieś w dole rzeki. Jednak poniżej rósł gęsty las, przez który nie mieliśmy szansy się przedrzeć. Gdy po raz kolejny wracaliśmy pod stromą górę, miałam już naprawdę dosyć. Zgubieni w górach, do tego męczyła mnie gorączka i kaszel, powoli kończyło się nam jedzenie... Ze złością zerwałam z szyi malutkiego kondorka, którego kupiłam „na szczęście” tuż przed trekkingiem. W końcu kondory żyją w górach i on pewnie chce tu zostać! Pomyślałam i rzuciłam go w dal. Chwilę później znaleźliśmy ścieżkę. Czekało nas tylko jeszcze jedno strome podejście i w końcu byliśmy z powrotem na drodze :) Nasze szczęście nie znało granic! Byliśmy tylko zbyt zmęczeni, aby się cieszyć :)

Na drodze, z powodu deszczu, musieliśmy spędzić jeszcze jedną noc. Tym razem na szczęście udało się nam rozbić namiot zanim na dobre się rozpadało. Kolejnego dnia doszliśmy do wioski, skąd jeździły autobusy do La Paz. Chorzy (bo po burzy i Albin się rozchorował), z gorączkami, kaszlem, zmęczeni, ale na maksa szczęśliwi wracaliśmy do La Paz. Czasami tak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia :)


English:

Whenever we visited Shaul he changed our plans. It was no different with the trek that we planned to take from La Paz. On our first visit we said to Shaul that we choose to saunter through the surrounding mountains and we intend to combine the two Inca roads: Choro Trail, where we wanted to go down and Takesi Trail, where we had to go back. Shaul asked us briefly:

"Do you like wasting time?"

"Well, we do not like…"

"Then don’t go"

And he gave us a map of a different route: Reconquistada Trail. Like the previous two trails it leads along an old Inca road, but as opposed to others is hardly known by tourists. It starts in the same place as Takesi, but it leads to the north.

We could not go during a previous stay in La Paz, so we promised ourselves that after returning to the city it will be the first thing we would do. And so it happened. After a short rest we went to the village Ventilla, only a two hours’ drive from La Paz, where our trail starts. There, we were able to catch another minibus to Choquekhota, where we were dropped to the San Francisco mine by one of its workers.

From there the real climb started. At the very beginning I had to climb to an altitude of 4910 meters above sea level, surpassing my record height. I wouldn’t say it was easy... The altitude, snow and cold were not our allies. For Albin approach, of course, did not present a problem (after climbing Sajama and Misti, this pass was for him a piece of cake!), But I was pretty tired. Despite the fatigue, the 4.5-hour approach, we were on the pass, where happily I could finally relax.

The first night we were at the lake, just below the pass. We ate a solid, two-course dinner and after dark we went to sleep.

On the second day the trail was initially very simple, led along the river up to the abandoned village Totora. Unfortunately, the path behind the village had become very narrow; sometimes it even disappeared on a very steep slope along which we were walking. Guided by the map to the river we managed to somehow go to the other side. On the way we met a herd of wild pigs hiding in the bushes. Fortunately, when they saw us they run away.

On the other side of the river again, we had to search for the path. We were able to find it just before the summit, when it just curved, so we had a lot of luck. After that we arrived at the Reconquistada mine (from which the trail gets its name). We took some photos of an abandoned village and went on through a very narrow passage between the rocks. Unfortunately, the weather started to spoil. Above the mountains clouds appeared, totally obscuring the landscape and making it difficult for orientation in the field. Extremely narrow and steep path we descended into the valley, where we camped.

On the third day in the morning we started from climbing up a steep slope without a path. Pulling up on growing grasses, with great difficulty, we managed to climb up to the pass. According to our map, there was supposed to be our path. Unfortunately... for half a day we were walking the tracks beaten by animals, unsuccessfully searching for the trail. When we walked into the next valley and still could not find our trail, we realized that maybe we were lost. To make matters worse we were caught by a decent hailstorm. Unable to find the place on steep slope for our tent, we got really wet. In the end we put up a tent on some clumps of grass and curled up in balls listened to a hail falling on the tent and a storm raging around. When the rain finally ended it was already dark. The only thing we could do is go to sleep.

In the morning we were awakened by a beautiful sun. With renewed vigor we went to where we were hoping to find the trail. We went into the next valley. We knew that the end of the trail is somewhere at the bottom of the river. However, under growing dense forest, through which we had no chance to get through. When we came back again in a steep mountain, I was already really tired. Lost in the mountains, with fever and cough, slowly finishing food... I angrily broke up with a tiny neck condor, which I bought for "good luck" just before the trek. At the end: condors live in the mountains, and he probably wants to be here! I thought, and I threw it away. Moments later, we found the path. There was only one steep climb, and finally we were back on the road :) Our happiness knew no bounds! We were just too tired to be happy :)

On the road, because of the rain, we had to spend one more night. This time, fortunately, we were able to put up a tent before the rain started for good. The next day we came to the village from where the bus drove us to La Paz. Both of us ill (because after the storm Albin got ill as well), with fever, cough, tired but happy we returned to La Paz. Sometimes it takes so little to be happy man :)

sobota, 14 września 2013

Szynobus w Cochabambie / Railbus in Cochabamba

Scroll down for the English version

W Cochabambie po raz pierwszy w Boliwii udało się nam znaleźć hosta z Couch Surfingu. Byliśmy z tego powodu niesamowicie podekscytowani. Stęskniliśmy się już za Couch Surfingiem i długimi rozmowami o życiu w krajach, które my tylko chwilowo odwiedzamy. Nawet jeśli nasz gospodarz jest Amerykaninem, a nie Boliwijczykiem, zawsze daje nam to możliwość poznania danego miejsca z innej, nie-turystycznej strony. U Johna mogliśmy sobie rozbić nasz namiot pod drzewem figowym w jego ogródku. Dookoła hasały wesoło króliki, a od czasu do czasu przybiegały do nas dwa przygarnięte z ulicy, przekochane psiaki: Hippi i Coca. John mieszka w Boliwii już od 10 lat i już od ładnych paru lat pomaga dzieciakom z ulicy. Założył swoją NGO i obecnie prowadzi zajęcia ze sztuk cyrkowych, dając tym samym dzieciom szanse na zarabianie pieniędzy w inny sposób niż żebranie czy czyszczenie butów.

Już pierwszego dnia zostaliśmy zaproszeni na pokaz ich umiejętności. Robili oni show w centrum miasta, na który oczywiście się wybraliśmy. Trzeba przyznać, że pomimo młodego wieku (niektóre z dzieci miały zaledwie 7-8 lat), dzieciaki były niesamowite. Żonglowały, jeździły na jednokołowych rowerkach, połykały ogień, robiły za clownów. Miały przy tym dużo zabawy, a na koniec zebrały od widzów sporo drobniaków.

No, ale przecież nie przyjechaliśmy do Cochabamby aby oglądać cyrk :) Tak więc po co? Po pierwsze nazwa miasta magicznie przyciągała mnie od kiedy ją po raz pierwszy usłyszałam. Było to niedługo przed naszym wyjazdem, kiedy namiętnie chłonęłam wszystkie możliwe informacje, jakie udało mi się znaleźć na temat Ameryki Południowej. Nazwa wydała mi się bardzo zabawna i stwierdziłam, że musimy tam pojechać!

W międzyczasie udało mi się dowiedzieć, że w mieście znajduje się największy na świecie pomnik Chrystusa (no dobra, Chrystus w Swiebodzinie jest wyzszy, ale podobno oszukuje korona ;)). Jest on większy od słynnego Chrystusa w Rio (do którego jeszcze pojedziemy). Na górę wjechaliśmy w ładne sobotnie przedpołudnie. W wagoniku kolejki razem z nami jechał emerytowany pilot Boliwijskich Sił Zbrojnych. Gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski zaczął nam opowiadać o swoich podróżach do Europy, o swojej rodzinie, która obecnie mieszka w Kanadzie, a na koniec zaczął nam wymieniać Polaków jakich zna (oczywiście był wśród nich Jan Paweł II, ale o dziwo także Franz Kafka :)) Z góry rozpościerał się prześliczny widok na całą Cochabambę. Sporo ludzi rozkoszowało się sobotnim słońcem. Dookoła dzieciaki grały w piłkę, biegały, dorośli robili sobie zdjęcia, jedli lunch.. Istna sielanka.

Inną atrakcją Cochabamby jest dom Simona Patino – barona cynowego, w którym ten jednak nigdy nie mieszkał. Dom został ukończony tuż przed jego powrotem z Europy. Chciał on spędzić emeryturę w Cochabambie, niestety kiedy wracał do swojego rodzinnego miasta, w Buenos Aires dostał zawału serca i zmarł. Jego żona Albina nie chciała sama mieszkać w domu, który był w całości urządzony według gustu i potrzeb Simona. Tym sposobem dom, który był już przygotowany do zamieszkania (wraz z meblami i całym uposażeniem) nigdy nie został zamieszkany. Obecnie należy on do Fundacji Patino, która jest zarządzana przez jego wnuków. Co roku przyjeżdżają oni do Cochabamby i wówczas mieszkają w apartamentach znajdujących się na najwyższym piętrze domu, który poza tym jest udostępniony do zwiedzania dla turystów, a także jest miejscem organizacji różnorakich konferencji, wystaw, koncertów.

Od naszego znajomego Filipa dowiedzieliśmy się o jeszcze jednej, dosyć nietypowej atrakcji Cochabamby – szynobusie. Filip będąc w mieście przejechał się tym śmiesznym środkiem transportu i my też postanowiliśmy spróbować :) Dzień wcześniej poszliśmy zarezerwować sobie bilet i z samego rana stawiliśmy się na stacji. Przy szynobusie (który jest zwykłym starym autobusem, tyle, że jeździ na szynach) stał już tłumek ludzi wraz ze swoimi bagażami i czekał na załadowanie ich na dach pojazdu.

Gdy ruszyliśmy ze stacji szalone psy rzucały się na jadący po torach szynobus. Wściekle ujadając biegły wzdłuż torów, Ten widok towarzyszył nam praktycznie przez całą 7-godzinną drogę. Przy wyjeździe ze stacji jadący z nami policjant otwiera zardzewiałą bramę i wybiega na ulicę starając się zatrzymać przejeżdżające samochody. Nie wszyscy się go jednak słuchają. Policjant macha na nich jedynie zrezygnowany ręką, po czym wychodzi na środek ulicy wyciągając przed siebie rękę. Na torach stoi jednak samochód blokując drogę przejazdu szynobusa. Konsternacja co robić, gdyż nie ma kierowcy. Policjant otwiera drzwi samochodu, w stacyjce jednak nie ma kluczyków, więc nic nie można zrobić. W międzyczasie na ulicy tworzy się korek. Niecierpliwi kierowcy trąbią co chwila. W końcu znajduje się kierowca nieszczęsnego pojazdu i możemy jechać dalej.

Po zaledwie kilku minutach jazdy zatrzymujemy się na jedzenie. W przydrożnym stoisku serwowany jest rosół z kurą. Dookoła stoiska czekają psy licząc na kości pozostawione przez klientów. Gdy już wszyscy się najedli ruszamy dalej. Droga prowadzi przez piękne góry, kaniony, opuszczone wioski. Szynobus zatrzymuje się często po środku niczego Ludzie wysiadają, wyładowują bagaże i idą. Dokąd? Nie wiemy...

W końcu przed 16:00 udaje nam się dojechać do Aiquile. Autobus powrotny mamy dopiero o 20:00. Ale, ale... udaje się nam znaleźć ciężarówkę jadącą do Cochabamby! :) Tym sposobem mogę zrealizować moje kolejne marzenie :) Moje szczęście nie zna granic :) Wprawdzie droga powrotna jest dosyć długa, trzęsie, wieje i po zmroku robi się naprawdę zimno, ale nic to :) Przykryci plandeką wjeżdżamy do Cochabamby. Nasze zwiedzanie miasta uważamy za zakończone. Następnego dnia rano możemy wracać do La Paz.


English:

In Cochabamba, the first time in Bolivia, we were able to find a host on Couch Surfing We were therefore extremely excited. We missed Couch surfing and long talks about life in the countries that we only visit temporarily. Even if your host is American, not Bolivian, it always gives us this opportunity to learn about the site from a different, non- tourist side. We could pitch our tent under the fig tree in John’s garden. Around us romped funny rabbits and from time to time two lovely dogs: Hippi and Coca, taken from the street visited us as well. John has been living in Bolivia for 10 years and for quite a few years has been helping kids from the street. He started his NGO and currently teaches the arts of circus, thereby giving children opportunities to make money in a different way than begging or cleaning shoes.

On the first day we were invited to see their skills. They were doing a show in the city centre. I must admit that despite their young age (some of the children were only 7-8 years old), the kids were amazing. They juggled, rode one-wheel bike, swallowed fire and did for clowns. They had a lot of fun, and at the end they gathered a lot of pennies of the audience.

No, but we did not come to Cochabamba to watch the circus :) So what? I liked the name of the city from the first time I have heard that. It magically attracted me. It was not long before our departure when I passionately absorbed all the information that I could find on the subject of South America. Name struck me as very funny and I decided that we need to go there!

In the meantime, I was able to learn that the world's largest statue of Christ is in the city (OK, in Poland, in little town called Swiebodzin, there is taller Christ's statue but apparently is cheating having crown ;)). It is larger than the famous Christ in Rio (to which we will go as well). We got to the top on a nice Saturday morning. In the cable car we were going with a retired pilot of Bolivian Armed Forces. When he heard that we were from Poland he began to tell us about his travels to Europe, about his family, who now lives in Canada, and in the end he started to telling us about the Poles who he knew about (of course one of them was John Paul II, but also surprisingly Franz Kafka :)) From the top lovely views across the Cochabamba stretched. A lot of people enjoyed the Saturday sun. Around the kids were playing ball, running around, adults were taking pictures, eating lunch. Real idyll.

Another attraction of Cochabamba is the house of Simon Patino - tin baron, wherein though he never lived. The house was completed just before his return from Europe. He wanted to retire in Cochabamba, but when he was returning to his hometown, he had a heart attack in Buenos Aires and died. His wife Albina did not want to live in a house that was fully decorated according to the taste and needs of Simon. In this way, a house that was already prepared to live (with furniture and all endowment) has never been inhabited. Today it belongs to Patino’s Foundation, which is managed by his grandchildren. Every year they come to Cochabamba and then live in apartments located on the top floor of a house that is otherwise open to the public for tourists, as well as is used as a venue for various conferences, exhibitions, concerts.

From our friend Philip we learned of yet another, quite unusual entertainment in Cochabamba – railbus. Philip was being driven in this ridiculous means of transport and we also decided to try it :) The day before we went to book the ticket and in the morning we came to the station. A crowd of people with their luggage was already waiting next to the railbus (which is the usual old bus but goes on the rails) to load their luggage onto the roof of the vehicle.

When we went from the station crazy dogs threw themselves on the tracks running through the railbus. Barking furiously they ran along the tracks and this view was with us for almost the entire seven -hour journey. On leaving the station a policeman travelling with us opened rusty gate and run out into the street trying to stop passing cars. Not all of drivers listen to him. The policeman just waved his hand at them resigned, and then go to the middle of the street extending his hand in front. However, the car was blocking the track stopping railbus. There was consternation about what to do, because there was no driver. The policeman opened the car door, but there were no keys, so nothing could have been done. In the meantime, on the street huge traffic created.  The impatient drivers were honking. At the end the driver of this unfortunate vehicle appeared and we could go further.

After only a few minutes of driving, we stopped for food. A chicken broth was served from the roadside stand. Around the stands the dogs were waiting for the bones left by customers. Once everyone had eaten we moved on. The road led through the beautiful mountains, canyons, abandoned villages. Railbus often stopped in the middle of nowhere; people disembarked, unloaded their luggage and went. Where? We do not know...


Finally, before 4pm we managed to get to Aiquile .Our return bus from there were not until about 8pm. Hey, but... we manage to find a truck going to Cochabamba! :) That way I could fulfil my next dream :) My happiness knows no bounds :) Although the road back is quite long, shaking, blowing, and after dark it gets really cold but nothing is important at this moment :) Covered with tarp we enter the Cochabamba. We have completed our city tour. The next morning we can return to La Paz.

czwartek, 12 września 2013

Santa Cruz i Misyjny Ekspres / Santa Cruz and Missionary Express

Scroll down for the English version

Kiedy jechaliśmy do Santa Cruz już z daleka widzieliśmy rozświetlające co chwilę nocne niebo pioruny. Początkowo w ogóle nas to nie martwilło i tylko z zachwytem podziwialiśmy ten spektakl świateł. Przestało się nam podobać, gdy zaczęliśmy zbliżać się do Santa Cruz, a grzmoty nie tylko nie ustały, ale na dodatek z nieba lunął rzęsity deszcz. Nie przestał on zresztą padać aż do samego przyjazdu do miasta, gdzie to musieliśmy chowając się pod różnorakimi daszkami, jakoś dostać się do najbliższego hotelu. Na szczęście nie było to daleko i po paru minutach siedzieliśmy w cieplutkim pokoiku. Pogoda za oknem nie zachęcała jednakże do zwiedzania i tym sposobem spędziliśmy niemal trzy dni nie ruszając się praktycznie z miejsca. Na chwilę tylko dwa razy wybraliśmy się do centrum, w którym zobaczyliśmy ładny (aczkolwiek dosyć ponury w tej atmosferze) plac główny, odwiedziliśmy lokalny rynek, gdzie spróbowaliśmy pysznej zupy z orzeszków ziemnych oraz poszliśmy do informacji turystycznej.

Dopiero trzeciego dnia pogoda poprawiła się na tyle, że zdecydowaliśmy się pojechać do Samaipaty, koło której znajdują się wpisane na Listę Narodowego Dziedzictwa UNESCO ruiny El Fuerte. Ruiny te są dosyć tajemnicze i nie do końca znane jest ich pochodzenie. Wiadomo, że były używane zarówno przez kulturę przedinkaską Chiriguanos, jak również przez Inków i Hiszpanów. Najważniejszym elementem kompleksu jest wielka skała z piaskowca, na której znajdują się wyryte figury geometryczne oraz rysunki przedstawiające zwierzęta. Erich von Daniken sugerował, że skała ta była lądowiskiem dla statku kosmicznego, jednakże najprawdopodobniej było to po prostu miejsce kultu. Oprócz skały w skład kompleksu wchodzą także ruiny domów inkaskich oraz La Chinkana – studnia, która według legendy łączyła El Fuerte z odległymi miastami inkaskimi.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na objazdówkę po misjach jezuickich znajdujących się w okolicy Santa Cruz. W XVIII wieku jezuici założyli tutaj serię miasteczek misyjnych, wprowadzili europejskie metody uprawy roli, wybudowali piękne kościoły... Sielanka skończyła się w 1767 roku kiedy to jezuici zostali wygnani z Ameryki Południowej przez Hiszpanów. Od tego czasu wioski zaczęły podupadać i dopiero pod koniec XX wieku kościoły zostały odnowione i obecnie stanowią uroczą (aczkolwiek niezbyt popularną) atrakcję turystyczną. Z informacji w naszym przewodniku wynika, że misje można zobaczyć w ciągu 5- 7 dni. Nam udało się to zrobić w dwa, niesamowicie intensywne dni.

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od San Javier. Dotarliśmy tam porannym autobusem z Santa Cruz tuż przed południem. Byle zdążyć przed rozpoczynającą się o godzinie 12:00 siestą pognaliśmy prosto do kościoła. Na szczęście był jeszcze otwarty więc zapłaciliśmy za wstęp i z zachwytem mogliśmy oddać się podziwianiu prześlicznego wnętrza. Kolorowy ołtarz, spiralne kolumny, delikatnie wpadające światło... wszystko to stwarzało naprawdę cudną atmosferę. Po wyjściu z kościoła mieliśmy prawie dwie godziny do odjazdu naszego następnego autobusu więc poszliśmy przejść się po miasteczku. Chodząc po jego uliczkach miałam wrażenie, jakbym się cofnęła w czasie: podcieniane domy, dzieci pędzące ze szkoły z tornistrami, zakurzone ulice, cisza, spokój...


Przed 15:00 wsiedliśmy do spóźnionego autobusu, który zabrał nas do kolejnego miasteczka: Concepcion. Już w autobusie zdziwiła nas duża ilość europejsko wyglądających ludzi w ogrodniczkach, koszulach w kratę i czapeczkach z daszkiem. Okazało się, że w Concepcion było ich całe mnóstwo! Musieliśmy się dowiedzieć kim oni są i skąd się tu wzięli. Po krótkiej rozmowie z kustoszem muzeum wiedzieliśmy, że są to Mennonici, którzy przybyli tutaj z Holandii przez między innymi Polskę (osadnictwo holenderskie na Żuławach) oraz USA.

W Concepcion nie mieliśmy niestety dużo czasu na zwiedzanie. Okazało się, że jeśli nie chcemy tam spędzić 24 godzin, musimy zobaczyć wszystko w przeciągu zaledwie godziny. Biegiem, robiąc w pośpiechu zdjęcia, pognaliśmy na plac główny, gdzie kupiliśmy bilety do katedry i muzeum misyjnego. Nie starczyło nam jednak już czasu na zobaczenie warsztatów, w których mogliśmy zobaczyć jak wykonuje się oraz odnawia rzeźby kościelne, ani na przejście się po miasteczku. Chciałam porobić trochę zdjęć Mennonitom, ale niestety... Tym bardziej zdenerwował nas fakt, że autobus do San Ignacio spóźnił się niemal godzinę! Akurat tę godzinę, której nam zabrakło na w pełni docenienie Concepcion. Ech....

Do San Ignacio dotarliśmy późno w nocy. Zapytaliśmy się o kościół misyjny, przy którym miały znajdować się jakieś hostele. Gdy dotarliśmy na plac, było tam ciemno, wszystko pozamykane i ani śladu noclegu... Znowu zapytałam się o jakiś hotel i pan skierował nas do sympatycznego ośrodka. Zameldowaliśmy się i spać. Z samego rana najpierw zobaczyliśmy kościół, koło którego spaliśmy, a następnie poszliśmy szukać mototaxi, która mogłaby nas zabrać do trzech misji znajdujących się w  okolicy. Wytargowaliśmy dwa motory z kierowcami i w drogę! Do zobaczenia mieliśmy kościoły misyjne w Santa Ana, San Rafael i San Miguel. Na motorach na początku jechało się super, ale po jakimś czasie tyłki nas bolały niesamowicie. Nie wiedziałam, że jazda na motorze może być tak męcząca!

Po powrocie do San Ignacio chcieliśmy szybko wrócić do hostelu, żeby jeszcze chwilę odpocząć przed długą jazdą do San Jose. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. Może San Ignacio nie jest dużym miastem, ale jakimś cudem udało się nam zgubić w jego identycznie wyglądających handlowych uliczkach. Gdy zaczęliśmy się pytać o plac główny nagle się okazało, że jednak nie śpimy blisko niego. Zobaczyliśmy kolejny kościół, super, tylko, gdzie do licha my w takim razie śpimy?! Z pomocą przyszedł nam pan w informacji turystycznej. Gdy opisaliśmy mu jak wygląda „nasz” kościół uświadomił nas, że jest to kościół Św. Franciszka i w sumie nie jest on tak daleko. To by tłumaczyło dlaczego nie było przy nim żadnych hosteli, kiedy ich potrzebowaliśmy :)

Po krótkim odpoczynku w hotelu, poszliśmy na autobus do San Jose. Do miasteczka dotarliśmy znowu przed północą. Tym razem jednak nie mieliśmy szczęscia w szukaniu noclegu... W San Jose jest tylko kilka hosteli i wszystkie były albo pełne albo bardzo drogie... Szybka decyzja: oglądamy kościół (który o dziwo był nawet otwarty!) i wracamy nocnym autobusem do Santa Cruz. I tym właśnie sposobem, z powodu problemów w transportem i noclegami nasze zwiedzanie z planowanych 3 dni skróciło się do zaledwie dwóch i o godzinie 5:00 trzeciego dnia byliśmy z powrotem w Santa Cruz gotowi ruszać dalej w drogę.

ZDJECIA SANTA CRUZ
ZDJECIA SAMAIPATA
ZDJECIA MISJE JEZUICKIE

English:

As we drove to Santa Cruz from afar we saw lightning illuminating the night sky. Initially, we didn’t worry about that too much and we just admired the spectacle of lights. We stopped liking it when we started to approach the Santa Cruz, and the thunder not only didn’t cease, but also really heavy rain started. It didn’t stop raining until we arrived to the city and we had to run to the nearest hotel hiding under some roofs.  Fortunately it was not far away and a few minutes later we were sitting in a warm room. Weather outside did not encourage however to explore the city, and thus we spent almost three days without leaving the room. Only two times we went to the city centre, where we saw a nice main square (although quite bleak in this atmosphere), we visited the local market, where we sampled a delicious soup with peanuts and went to the information centre.


It was not until the third day weather improved so much that we decided to go to Samaipata, near which are a UNESCO National Heritage ruins of El Fuerte. These ruins are quite mysterious and their origin is not fully known. It is known that they were used by both the pre-Inca culture of Chiriguanos, as well as by the Incas and the Spaniards. The most important part of the complex is a large sandstone rock on which are carved geometric shapes and drawings of animals. Erich von Daniken suggested that the rock was a spaceship landing pad, but most probably it was just a ceremonial and religious place. In addition to the rocks the complex also includes the Inca ruins of houses and La Chinkana - well which according to the legend linked El Fuerte with distant Inca cities.


The next day we went for a tour to the Jesuit missions in the surrounding area of Santa Cruz. In the eighteenth century, the Jesuits established here a series of mission towns, introduced European farming methods, and built beautiful churches... The idyll ended in 1767 when the Jesuits were expelled from South America by the Spaniards. Since then, the villages began to decline, and only at the end of the twentieth century, the churches have been restored and are now charming (although not very popular) tourist attraction. The information in our guidebook is that the mission can be visited in 5 - 7 days. We managed to do this in two incredibly intense days.

Our tour started in San Javier. We got there by early morning bus from Santa Cruz just before noon. As we really wanted to see the church before siesta started at noon, we rushed straight to the church.  Luckily it was still open so we paid an entrance fee and we could simply enjoy stunning interior. Colourful altar, spiral columns, gently shining light... All this created a truly wondrous atmosphere. After leaving the church we had almost two before our next bus so we went to walk around the town. Walking around the streets I felt like I've stepped back in time: the arcade houses, children rushing from school satchels, dusty streets, quiet, calm...


At 3pm we got on the late bus which took us to the next town: Concepcion. Already on the bus we were surprised by a large number of European -looking men in overalls, plaid shirts and hats cap. It turned out that in Concepcion were lots of them! We had to find out who they are and where they come from. After a brief conversation with the curator of the museum we knew that they were Mennonites who came here from Holland by, inter alia, Poland (Dutch settlement on the Vistula delta) and the United States.

In Concepcion, unfortunately we did not have much time to enjoy the town. It turns out that if we didn’t want to spend the 24 hours in Concepcion, we had to see everything in just one hour. We run, taking pictures in a hurry, rushed to the main square, where we bought tickets to the cathedral and the museum of missions. We didn’t have enough time to see the workshops that we could see how the church sculptures are made and renovated or to pass through the town. I wanted to take some pictures of Mennonites, but alas ... The most upsetting was the fact that the bus to San Ignacio was late for almost an hour! Just this time, which we missed to fully appreciate Concepcion....

To San Ignacio we arrived late at night. We asked for a missionary church, where some hostels were supposed to be. When we arrived at the square, there was a dark, everything was closed and there was no sign of the accommodation... Again, I asked for a hotel and a guy directed us to a friendly resort. We checked in and went to sleep. In the morning we first saw the church, near where we slep , then we went to look for a  mototaxi that would take us to the three missions in the surrounding area. We bargained two motorbikes with drivers and we could go. We were to see the missionary churches in Santa Ana, San Rafael and San Miguel. The ride on the motorbikes on the beginning was great, but after a while our asses we were really aching. I did not know that riding a motorcycle can be so tiring!

After returning to San Ignacio we wanted to quickly get back to the hostel to rest for a while before the long drive to San Jose. It turned out, however, that it is not that simple. Maybe San Ignacio is not a big city, but somehow we managed to get lost in the identical looking commercial streets. When we started to ask about the main square suddenly it turned out, that we do not sleep near to it. We saw another church, great, but where the hell we then sleep!? Fortunately a guy in the information centre was able to help us. When we described how "our" church looked he told us that this is the church of St . Francis and it was not that far. That would explain why there were no hostels there when we needed them :)


After a short rest at the hotel, we went on a bus to San Jose. We came to the town just before midnight. This time, however, we had no luck in finding accommodation... In San Jose there are only a few hostels and all were either full or very expensive... Quick decision: we see the church (which surprisingly was even open!) and we take the night bus to go back to Santa Cruz. And this is exactly how our tour from the planned three days shortened to just two and at 5:00am on the third day we were back in Santa Cruz ready to go further.

PICTURES SANTA CRUZ
PICTURES SAMAIPATA
PICTURES JESUIT MISSIONS

poniedziałek, 2 września 2013

Sucre - tajniacka stolica / Sucre - secret capital

Scroll down for the English version

O tym, że Sucre jest stolicą Boliwii mało kto wie. Większość osób, zapytana o stolicę tego andyjskiego kraju odpowie bez wahania, że jest nią La Paz. I szczerze mówiąc niewiele się w tym te osoby pomylą, gdyż La Paz jest siedzibą boliwijskiego rządu. Jednakże stolicą konstytucyjną państwa jest właśnie Sucre.

Sucre jest prześlicznym Białym Miastem wpisanym na listę UNESCO. Panuje w nim dużo spokojniejsza atmosfera niż w chaotycznym La Paz. Dzięki temu, że rząd urzęduje sobie w La Paz to właśnie tam odbywają się wszystkie większe protesty, strajki i demonstracje. W Sucre tymczasem toczy się spokojne, wręcz sielankowe życie. Ponieważ znajduje się tutaj jeden z najstarszych uniwersytetów w obu Amerykach, Sucre cieszy się również bogatym życiem kulturalnym. Jednym słowem: Sucre posiada wszystkie zalety bycia miastem stołecznym i niemal żadnych wad. Jest taką „tajniacką” stolicą.


W Sucre znaleźliśmy sobie nocleg tuż koło kościoła San Francisco, w prześlicznym hoteliku, z przesympatyczną obsługą. Następnego dnia po przyjeździe z samego rana ruszyliśmy zwiedzać miasto. Na pierwszy rzut poszła katedra wraz z cudownym obrazem Matki Boskiej z Guadelupe (jednak nie tej meksykańskiej, a hiszpańskiej). Obraz cały ozdobiony jest złotem oraz drogocennymi kamieniami. Niektórzy wręcz twierdzą, że jest on warty tyle, że za pieniądze uzyskane z jego sprzedaży można by było spłacić dług narodowy Boliwii.

W następnej kolejności poszliśmy do Casa de la Independencia, w której to w 1825 roku została podpisana boliwijska deklaracja niepodległości. Nasza przewodniczka była istną kopalnią wiedzy z historii Boliwii, jej bohaterów narodowych, wojen... Udzielała nam tak szczegółowych informacji, że już po kilkunastu minutach byliśmy znudzeni, a po jakimś czasie zdecydowaliśmy się odłączyć od grupy i szybko zobaczyć resztę muzeum na własną rękę.

Jednym z najciekawszych muzeów w Sucre jest Museo de Arte Indigena. Mieści ono niesamowitą kolekcję wyrobów tkackich z regionu Sucre. Spędziliśmy w nim ponad godzinę czytając informacje o wzornictwie, metodach tkackich, a także powiązaniu tkactwa z muzyką i różnymi świętami. Naprawdę niesamowite miejsce.


Ponieważ niegdyś Sucre było bardzo bogatym miastem w jego centrum wybudowano całe mnóstwo kościołów. Wszystkie (poza jednym) są pomalowane na śnieżnobiały kolor i w słoneczny dzień słońce się od nich odbija mocno rażąc w oczy. W Sucre pogoda nam dopisywała i spacerkiem przeszliśmy się oglądając je wszystkie.

W sumie w Sucre spędziliśmy dwa dni, delektując się jego atmosferą, włócząc się na spokojnie po jego uliczkach, oglądając toczące się dookoła życie, Po pobycie w zimnych miastach Altiplano, w końcu mogliśmy rozkoszować się ciepłą, wiosenną pogodą. Sucre jest pierwszym z miast w Boliwii, w którym myślę, że mogłabym zamieszkać. Ale póki co czas nam ruszać dalej w drogę. Tym razem na celowniku Santa Cruz.


English:


Not many people know that Sucre is capital city of Bolivia. Most people, when asked about the capital of this Andean country will answer without hesitation that it is La Paz. And frankly they will be partially wright, because La Paz is the seat of the Bolivian government. However, the constitutional capital of the state is Sucre.

Sucre is exquisite White City which is listed as UNESCO world heritage site. It retains much quieter atmosphere the chaotic La Paz. Because La Paz is where the government offices are, therefore all major protests, strikes and demonstrations are held there. At the same time, Sucre is quiet, charming life. Because one of the oldest universities in the Americas is here, Sucre has a rich cultural life. In a word: Sucre has all the advantages of being a capital city, and almost no downsides. This is the "secret" capital.


In Sucre we found an accommodation right next to the Church of San Francisco, in exquisite small hotel, with really helpful service. The day after arriving in the morning we started exploring the city. At first glance we went to visit the cathedral and the miraculous image of Our Lady of Guadalupe (not the Mexican one but Spanish). The image is adorned with gold and precious stones. Some even argue that it is worth so much that the money obtained from the sale could be to pay off the national debt of Bolivia.

Next, we went to the Casa de la Independencia, where in 1825 Bolivian declaration of independence was signed. Our guide was a veritable gold mine of knowledge of the history of Bolivia, its national heroes, wars... She gave us so detailed information that after a few minutes we were really bored, and after a while we decided to disconnect from the group and quickly see the rest of the museum on our own.

One of the most interesting museums in Sucre is the Museo de Arte Indigena. It houses an amazing collection of weaving from Sucre region. We spent over an hour reading the information about the design, methods of weaving and weaving combined with music and various holidays. It is really amazing place.

Because once Sucre was a very rich city in the centre a lot of churches were built. All (except one) are painted in bright white colour and on a sunny day the sun reflects in them. The weather was good in Sucre and wandered around watching them all.


In total, we spent two days Sucre, enjoying the atmosphere, wandering around the streets peacefully and watching the life passing by. After staying in cold cities of Altiplano, eventually we were able to enjoy the warm spring weather. Sucre was the first city in Bolivia where I think I could live. But the show must go on :) It was time to go to Santa Cruz.