środa, 21 sierpnia 2013

Salar de Uyuni - historia w trzech aktach / Salar de Uyuni - story in three acts

Scroll down for the English version

Z Sajamy pojechaliśmy do Oruro – miasta, które lata świetności ma już dawno za sobą. Kiedyś było to bardzo ważne centrum górnicze, niestety od kiedy ceny wydobywanej w pobliskich górach cyny spadły, wpłynęło to znacząco na gospodarkę miasta. Z zabytków wartych odwiedzenia znajduje się tutaj Muzeum Kopalni oraz dom byłego Barona Cynowego – Simona Patino. Poza tym nie jest to bardzo ciekawe miasto i z naszych obserwacji wynika, że jest raczej omijane przez turystów. Poza jednym wyjątkiem: jest ono ważnym punktem przesiadkowym w drodze do Uyuni. Całkiem sporo osób przyjeżdża tutaj autobusem, aby następnie przesiąść się na pociąg jadący do Uyuni oraz Tupizy (skąd można dostać się do granicy z Argentyną).

Akt 1

My jednak z Oruro nie pojechaliśmy ani do Tupizy (do Argentyny jeszcze nam się nie spieszy :)) ani do Uyuni. W przeciwności do większości turystów wsiedliśmy w nocny autobus jadący do malutkiej wioski przy granicy z Chile – Llica. Jednak to nie Chile nas ciągnęło a Salar de Uyuni, na skraju którego Llica się znajduje. Do Llica dojechaliśmy o 3:00, ale na szczęście kierowca autobusu pokazał nam, gdzie znajduje się alojamiento (tani hotel). Zapukaliśmy w okienko, z którego wyłoniła się zaspana pani. Dała nam klucz do pokoju, gdzie od razu zasnęliśmy kamiennym snem.


Llica była dla nas wstępem do wizyty na Salarze. Wokół wioski znajdują się bowiem wulkany i góry będące doskonałymi punktami widokowymi na największą pustynię solną na świecie. Na jedną z tych gór wybraliśmy się, gdy już udało się nam odespać nieco zarwaną noc. Początkowo droga prowadziła przez zawalone śmieciami tereny i dopiero po jakimś czasie mogliśmy się zacząć delektować widokiem otaczającej nas przyrody. Prawdziwą nagrodą natomiast był widok, który się przed nami rozciągnął ze szczytu góry: Salar de Uyuni w całej swej okazałości. Wraz ze znajdującymi się na nim wyspami, wiodącymi przez niego drogami oraz granicą ze stałym lądem, która przybiera kolor cappuccino. Widok ten spodobał się Albinowi tak bardzo, że następnego dnia zdecydował się wstać o 4:00, żeby zobaczyć stamtąd wschód słońca.

Akt 2

Następnego dnia złapaliśmy autobus jadący w stronę Uyuni. Jednak ponieważ nasza wizyta na Salarze nie byłaby pełna bez noclegu na pustyni, zatrzymaliśmy się na chyba najbardziej turystycznej w wysp Salaru: Isla Incahuasi, gdzie w planie mieliśmy porobienie szalonych zdjęć na soli. Ze względu na niesamowitą przezroczystość powietrza oraz wszechpanującą biel, perspektywa na zdjęciach wydaje się zaburzona, co stwarza niesamowite efekty optyczne. Już w drodze na wyspę Albin zaczął spisywać w swoim notesiku pomysły na różne śmieszne zdjęcia. Nie wszystkie okazały się możliwe do zrealizowania, ale dały nam one dobrą podstawę do pracy :) Na zrobienie wszystkich zaplanowanych (i tych spontanicznych) zdjęć mieliśmy w sumie prawie 24 godziny. Było przy tym sporo zabawy, ale i czasem nerwów, gdy zdjęcie nie wychodziło tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Zdecydowanie częściej jednak się śmialiśmy i dobre humory dopisywały nam przez większość czasu :)

Na Isla de Incahuasi spędziliśmy także (chyba nie do końca legalnie...) noc w namiocie. Dodam tylko, że na Salarze temperatura nocą może spaść nawet do -20 stopni Celciusza. Oj.. było zimno... Na szczęście nasze śpiwory się w miarę dobrze spisały i udało się nam jakoś przetrwać mroźną noc. Rano wstaliśmy na wschód słońca. Chyba jeszcze nigdy nie wyczekiwałam jego pierwszych promieni z taką niecierpliwością :)

Po  śniadaniu nastąpiła druga tura robienia szalonych zdjęć, a po lunchu przyjechał nasz autobus, który zawiózł nas prosto do Uyuni.

Akt 3

Uyuni samo w sobie nie jest zbyt ciekawą miejscowością i wszyscy turyści, którz tu przyjeżdżają robią to aby wybrać się na pustynię. Jest jednak jedna, dosyć nietypowa atrakcja turystyczna położona bardzo blisko miasteczka – Cmentarzysko Pociągów. Nie jest to miejsce dostosowane do turystów. Wygląda bardziej jak zwykłe złomowisko, ale ma swój nieodparty urok. Szczególnie późnym popołudniem, kiedy ciepłe promienie słońca ładnie oświetlają niszczejące pociągi. Jest to miejsce z dużą dawką historii hulających gdzieś z wiatrem pomiędzy rdzewiejącymi wagonami, niestety prawdopodobnie bez przyszłości...

Tak zakończyła się nasza przygoda z Salarem de Uyuni... Następnie pojechaliśmy do Południowoamerykańskiego Dzikiego Zachodu. Ale o tym będzie następnym razem :)


English:

From Sajama we went to Oruro - a city that has a heyday long behind. It used to be a very important mining centre, but since the price of tin mined in the nearby mountains fell, it influenced a lot the city’s economy. Mine Museum and former home of Baron tin - Simon Patino are two interesting places to visit in the city. Besides, it is not a very interesting city, and from our observations, it is rather avoided by tourists. With one exception: it is a major transfer point on the way to Uyuni. Quite a few people come here by bus and then change to the train to Uyuni and Tupiza (where you can get to the border with Argentina).

Act 1

But we did not go from Oruro to Tupiza (we are not on the hurry to get to Argentina yet:)) nor to Uyuni. As opposed to most tourists we boarded the night-bus going to a tiny village near the border with Chile - Llica. However, it was not Chile which drew our attention but Salar de Uyuni, on the edge of which Llica is located. We arrived to Llica at 3:00am, but luckily the bus driver showed us where there is an alojamiento (cheap hotel). We knocked on the window and a sleepy lady appeared there. She gave us the key to the room, where we immediately felt asleep.


Llica was for us like an introduction to the visit to Salar. Around the village there are some volcanoes and mountains that are perfect view points on the largest salt desert in the world. When we were able to sleep off a bit short night, we went to climb one of these mountains. Initially the route went through the areas piled with garbage, and only after some time, we could begin to enjoy views of the surrounding nature. But the real prize was the view on Salar de Uyuni that stretched in front of us from the top of the mountain. Salar de Uyuni looked glorious with its numerous islands on it, roads. This view Albin liked so much that the next day he decided to get up at 4:00am to see the sunrise from there.

Act 2

The next day we caught a bus going towards Uyuni. However, since our visit to Salar would not be complete without an overnight stay in the desert, we stopped for probably the most tourist islands on the Salar - Isla Incahuasi, where we had the plan to take some crazy pictures on the salt. Due to the extraordinary transparency of air and the universal prevalence white, the prospect of the pictures seems to be impaired, which creates an amazing optical effects. Already on the way to the island Albin began to write down ideas on a variety of funny pictures in his little notebook. Not all of them proved to be possible, but it gave us a good basis to work :) For making all planned (and those spontaneous) images we had a total of almost 24 hours. However, it was a lot of fun, but sometimes nerves when the image did not work out as we would wish. Much more often, however, we laughed and we had incorporating good mood most of the time :)

On Isla de Incahuasi we also spent (probably not quite legal ...) night in a tent. I will only add that on the Salar temperature at night can drop down to -20 degrees Celsius. Oh... It was cold... Fortunately, our sleeping bags were reasonably well acquitted and we managed to get through the frosty night. In the morning we got up to see the sunrise. I guess I've never looked forward to the first rays of the sun so much :)

After breakfast, there was a second round of taking crazy pictures, and after lunch our bus came that took us straight to Uyuni.

Act 3

Uyuni itself is not very interesting village and all the tourists who come there do it to go to the desert. There is one, quite unusual tourist attraction which is located very close to the town – Train Cemetery. This is not a place suited to tourists. Looks more like a normal dump, but it has its irresistible charm. Especially in the late afternoon, when the warm rays of the sun nicely illuminate the decaying trains. It is a place with a large dose of history with the wind blowing somewhere between rusting carriages, but probably with no future...


So ended our adventure with the Salar de Uyuni ... Then we went to the South American Wild West. But this will be the next story:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz