poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Potosi - w krainie El Tio / Potosi - in the land of El Tio

Scroll down for the English version

Wysiedliśmy na dworcu autobusowym w Potosi i od razu poczułam się jak w domu :) Dworzec przypominał mi bowiem nasz stary i wysłużony dworzec w Kielcach, który często jest przedmiotem żartów między innymi ze względu na swój okrągły kształt przypominający UFO. Ktokolwiek jednak zaprojektował nowy, piękny i niemal błyszczący terminal w Potosi musiał być wcześniej w Kielcach :)

W centrum sporo czasu zajęło nam znalezienie noclegu. Okazało się, że do miasta na weekend przyjechała jakaś delegacja i większość hosteli, na które mogliśmy sobie pozwolić była pełna. Na szczęście po niemal dwóch godzinach łażenia po ulicach miasta, gdy już mieliśmy się zdecydować na obskurny i w miarę tani hostel, w którym jeszcze były pokoje, trafił nam się ładny, zadbany ‘guesthouse’ z Wi-Fi na dodatek w przyzwoitej cenie.

Większość turystów przyjeżdża do Potosi, aby odwiedzić tutejsze kopalnie i zobaczyć słynną Cerro Rico. Tym razem nie należeliśmy do wyjątków. W weekend znaleźliśmy agencję (jak zwykle nie zdecydowaliśmy się na polecaną przez przewodniki Big Deal, ale chyba tym razem był to błąd...) i w poniedziałek ruszyliśmy zobaczyć jak pracują górnicy.


Srebro z Cerro Rico miało być wydobywane już przez Inków w 1462 roku. Jednakże zanim do tego doszło Inka Huayna Capac usłyszał głos z nieba zakazujący mu wydobycia wraz z informacją, że srebro to ma być pozostawione „dla tych, którzy przybędą z daleka”. Zostało ono ponownie odkryte w 1545 roku przez pasterza, który na zboczach Cerro Rico wypasał swoje lamy. Gdy rozpalił on na noc ognisko, zauważył on strużkę roztopionego srebra wypływającą z ognia. O znalezisku tym natychmiast dowiedzieli się Hiszpanie, którzy szybko rozpoczęli eksploatację złoża. Cerro Rico była najbogatszym pokładem srebra jaki kiedykolwiek został znaleziony na świecie. Jej złoża były głównym powodem, dla którego Potosi stało się jednym z największych i najbogatszych miast świata (większym od Madrytu, Rzymu czy Paryża). Jednakże kopalnie znajdujące się w jej zboczach były także miejscem śmierci niemal 9 milionów ludzi, którzy zginęli wydobywając srebro oraz inne minerały.

Aby pozyskać pracowników do pracy w kopalniach, Hiszpanie stosowali system pracy zwany „mita”. Polegał on na tym, że każda wioska była zobowiązana wysłać do pracy w kopalniach określony procent mężczyzn. Przyjeżdżali oni do Potosi, schodzili do kopalni i nie wychodzili z nich przez następne 6 miesięcy. Szacuje się, że 7 na 10 mężczyzn pracujących wówczas po ziemią nigdy nie ujrzało ponownie światła dziennego.

Aby jednak zmusić Indian do pracy pod ziemią Hiszpanie przedstawili im boga podziemi, którego Indianie się bali i czcili. Nazwany był z języka hiszpańskiego po prostu El Dio (Bóg), jednakże ponieważ w języku keczua nie występuje litera D jego nazwa została zniekształcona na El Tio (Wujek). Pod tą nazwą siedzi on sobie do czasów dzisiejszych pod ziemią i czuwa nad dobrem kopalni: nad jej złożami, górnikami, tunelami... Czuwa jednak pod warunkiem, że się go dobrze traktuje. A to oznacza składanie mu codziennych ofiar z papierosów, liści koki i alkoholu, a także kilka razy w roku krwawej ofiary z lamy.

My też, gdy odwiedziliśmy kopalnie złożyliśmy ofiarę El Tio. W usta wsadziliśmy mu zapalonego papierosa, polaliśmy go 96% alkoholem i posypaliśmy liśćmi koki. Potem siedząc razem z naszą przewodniczką i słuchając jej opowieści o „Wujaszku” sami spróbowaliśmy po łyku „wódki”, która niemal wypaliła nasze przełyki swoją mocą. Mogliśmy także zobaczyć górników przy pracy, zobaczyć jak przygotowuje się dynamit (który Albin wcześniej kupił na targu) do wysadzenia oraz usłyszeć huk eksplozji.

Generalnie praca w kopalni do łatwych nie należy. W powietrzu unosi się tona pyłu, jest ciemno, duszno i gorąco. Pracujący górnicy co chwila prosili nowoprzybyłych turystów o butelki z napojami. Ponieważ nasza wizyta w kopalni przypadła na poniedziałek po święcie (nie pytajcie się jakim, przy licznych fiestach w Boliwii gubię już rachubę!), na dole nie zastaliśmy zbyt wielu górników. Jednak i to co zobaczyliśmy dało nam wgląd w ciężkie życie jakie oni tutaj wiodą, używając przestarzałych metod wydobycia oraz nie mając żadnych norm BHP. Z radością witaliśmy z powrotem światło dzienne, a po powrocie do Potosi z nowym szacunkiem patrzyliśmy na majaczącą w oddali, ogołoconą Cerro Rico.


English:

We got off at the bus station in Potosi and immediately I felt at home :) It was because it reminded me of our old and worn-out station in Kielce, which is often the butt of jokes because of its round shape resembling a UFO. But whoever made a project of new, beautiful and almost shiny terminal in Potosi must have been previously in Kielce :)

In the centre we spend a lot of time looking for accommodation. It turned out that some delegation came to the city for the weekend and most hostels, which we could afford were full. Fortunately, after almost two hours of wandering around the streets, once we decide to shabby and reasonably cheap hostel where they still had some rooms, we hit a nice, well-kept 'guesthouse' with Wi-Fi on top at a decent price.

Most tourists come to Potosi to visit the local mines and see the famous Cerro Rico. This time we did not belong to the exceptions. Over the weekend we found the agency (as usual, we chose not recommended by a guidebooks Big Deal agency, but I think this time it was a mistake ...) and on Monday we went to see how the miners work.


Silver from Cerro Rico were to be mined already by the Incas in 1462 years. However, before this happened Inca Huayna Capac heard a voice from heaven, prohibiting him doing that together with information that silver was to be left "for those who come from afar." It was rediscovered in 1545 by a shepherd who on the slopes of Cerro Rico grazed his llamas. When he lit the fire for the night, he noticed a trickle of molten silver flowing out of the fire. Spaniards almost immediately learned about this discovery. Cerro Rico silver deck was the richest ever found in the world. The deposits were the main reason for the Potosi had become one of the largest and richest cities in the world (more than Madrid, Rome and Paris). However, the mines located in the foothills were also the site of the death of nearly nine million people who died extracting silver and other minerals.

To keep employees in the mines, Spaniards used the work system called "mita". It consisted in the fact that each village was required to send to work in the mines of a certain percentage of men. They came to Potosi, descended into the mine and stayed underground for the next six months. It is estimated that 7 out of 10 men working in the mines had never seen the light of day again.

However, in order to force the Indians to work underground Spaniards introduced the god of the underworld, the Indians feared and worshiped. Named for the Spanish language was simply El Dio (God), but because in the Quechua language there is no letter D, his name was distorted at El Tio (Uncle). Under this name he sits under the earth to the present day and watches over the good of mine: on its deposits, miners, tunnels ... Ensures provided, however, that he is well treated. And that means submitting to him the daily sacrifice of cigarettes, coca leaves and alcohol, as well as several times a year with the llama sacrifice.

We also made the sacrifice to El Tio when we visited the mines. In the mouth we put him a lit cigarette, it split 96% alcohol on him and we left him some coca leaves. Then sitting together with our guide and listening to her stories about "Uncle" we tried to swallow some "spirits", which almost burned our gullets with its power. We could also see the miners at work, see how to prepare the dynamite (which Albin previously bought at the market) to blow up and hear the roar of the explosion.



In general, work in the mines is not easy. The air is filled with a ton of dust, it's dark, stuffy and hot. Miners working there kept asking newcomers for beverage bottles. Since our visit to the mine fell on Monday after the holiday (do not ask me what holiday, as there is so many fiestas in Bolivia that now I'm losing count!), at the bottom we found not too many miners. However, what we saw it gave us an insight into the hard life they lead here, using outdated methods of extraction and not having any health and safety standards. We gladly welcomed back the light of day, and after our return to Potosi with new respect we looked at looming in the distance, denuded of Cerro Rico.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Tupiza - poludniowoamerykanski Dziki Zachod / Tupiza - South american Wild West

Scroll down for the English version

Z Uyuni do Tupizy postanowiliśmy pojechać pociągiem. O boliwijskich kolejach nasłuchaliśmy się bowiem  sporo dobrych rzeczy: że są tańsze od autobusów i zdecydowanie wygodniejsze. Po takich rekomendacjach musieliśmy spróbować! :) Ponieważ pociągi nie jeżdżą codziennie, a na dodatek w różne dni tygodnia, są różne ceny biletów, bardzo ucieszył nas fakt, że nasz wyjazd z Uyuni przypadł na środę, kiedy z miasta wyjeżdżał tańszy z pociągów. W kasie kupiliśmy najtańszy z możliwych biletów i jedyne co nam pozostało, to czekać na odjazd o 2:50 nad ranem. Tutaj zostaliśmy całkiem pozytywnie zaskoczeni przez koleje boliwijskie: na stacji była całkiem przyzwoita, ogrzewana (!!) poczekalnia, w której wraz ze sporą liczbą Boliwijczyków mogliśmy spędzić noc aż do przyjazdu naszego pociągu.

Gdy pociąg wjechał na stację, najpierw wyładowała się z niego spora liczba turystów, którzy od razu rzucili się po odbiór swoich bagaży. W związku z tym musieliśmy poczekać z oddaniem naszych plecaków oraz z wejściem do ciepłego przedziału. Dodam tylko, że w nocy było -8⁰ C, więc konieczność czekania na niespieszących się Gringosów nie należała do przyjemności... Gdy w końcu nasze bagaże zostały załadowane, sprawnie znaleźliśmy nasz wagon, pokazaliśmy nasze bilety zdziwionemu konduktorowi, który zapytał się nas:

„Popular?” (mając na myśli najtańszą klasę pociągu, którym mieliśmy jechać)

Gdy potwierdziliśmy jego obawy, machnął ręką i powiedział:

„Ale zobaczcie jak to wygląda!”

I co zobaczyliśmy? Taki nasz polski pociąg osobowy wypchany po brzegi Boliwijczykami mieszkającymi w mijanych po drodze wioskach. Uśmiech pojawił się na naszych ustach :) Wsiedliśmy do wagonu i niemal od razu zasnęliśmy.

Do Tupizy dojechaliśmy około 10:00. Znaleźliśmy hostel i poszliśmy zwiedzać miasto. Dużo do zobaczenia w nim nie ma. Przyjechaliśmy tutaj głównie ze względu na Butch’a Cassidy i Sundance’a Kid, którzy zostali zastrzeleni w pobliżu Tupizy (jeżeli odległość ponad 100km można uznać za okolice...). Chcieliśmy zobaczyć muzeum miejskie, które przedstawia ich historię oraz poczuć gangsterską atmosferę miasteczka. Okazało się jednak, że polecane przez przewodnik muzeum to raptem jedna salka wypełniona po brzegi różnorakimi bibelotami (za to darmowe i z bardzo miłą panią z obsługi).

Zachwyciła nas natomiast iście gangsterska okolica Tupizy. Miasteczko położone jest bowiem na pustyni, otoczone czerwonymi górami, które poprzecinane są głębokimi kanionami wyschniętych rzek. Tereny te zapewne były wyśmienitymi kryjówkami dla przestępców, którzy z łatwością mogli się tutaj chować przed poszukującymi ich przedstawicielami prawa. My sami wybraliśmy się na półdniową wycieczkę do kanionów, gdzie mogliśmy się poczuć jak na prawdziwym Dzikim Zachodzie. Tym bardziej, że co chwila mijali nas turyści na koniach, którzy dla lepszego klimatu poprzywdziewali kowbojskie kapelusze i poncza.

Muszę także zwrócić uwagę na mieszkańców Tupizy. Są oni póki co najserdeczniejszymi ludźmi spotkanymi w czasie tego wyjazdu. Niesamowicie pomocni i sympatyczni, zawsze z uśmiechem na twarzy odpowiadają na zadane pytania, wskazują drogę czy sprzedają swoje produkty. Tym samym zyskali sobie u mnie miano „najmilszych kowbojów świata” :)

Pobyt w Tupizie, pomimo, że bardzo krótki był bardzo sympatyczny: wspaniała pogoda (w końcu mogłam się nieco wygrzać! :)), mili ludzie i piękne krajobrazy. Może nie jest to miasto usiane zabytkami, ale zdecydowanie warte odwiedzenia.


English:

We decided to take the train From Uyuni to Tupiza. We had heard a lot of good things about Bolivian railways: that they are cheaper and more convenient than buses. Because these recommendations we had to try it! :) Because trains do not run every day and in addition on different days of the week there are different ticket prices, we were very pleased to hear that our trip from Uyuni fell on Wednesday when the cheapest trains run. At checkout we bought the cheapest ticket possible and the only thing we have left was to wait for departure at 2:50am. Here we were quite pleasantly surprised by the Bolivian railways: on the station there was pretty decent, heated (!) waiting room, in which, together with a large number of Bolivians we could spend the night until the arrival of our train.

When the train pulled into the station, first from the large number of tourists unloaded and they immediately rushed to pick up their luggage. Consequently, we had to wait with putting our backpacks and to enter to the hot compartment. I will only add that at night there was -8 ⁰ C, so waiting for not-in-the hurry Gringos was not a pleasure... When at last our bags were loaded, we quickly found our car, we showed our tickets to the surprised conductor, who asked us:

"Popular?" (Referring to the lowest grade of train, where we had to go)

Once we have confirmed his fears, he waved his hand and said:

"But just look how it looks like!"

And what do we see? That it looks like our Polish passenger train stuffed to the brim with Bolivians living in the villages we passed along the way. A smile appeared on our lips :) We got into the car and almost immediately we fell asleep.


We get to Tupiza about 10:00am. We found the hostel and went to explore the city. There is nit much to see though. We came here mainly because of the Butch Cassidy and Sundance Kid, who had been shot near Tupiza (if distance of over 100 km can be considered short...). We wanted to see the city museum, which tells their story and feel the atmosphere of the gangster’s town. It turned out, however, that recommended by our guidebook museum contained only one room filled to the brim with the variety of trinkets (it was free and there was a very nice lady who showed us around).

We really liked a truly gangster Tupiza area. The town is situated in the wilderness, surrounded by red mountains that are cut by deep canyons of dried up rivers. These areas were probably delicious hideouts for criminals who could easily hide here from the representatives of the law. We went for a half-day trip to the canyon, where we could feel like in a real Wild West. Especially that every few minutes we were passed by the tourists on horseback, who for better climate wore cowboy hats and ponchos.

I also need to say about the people in Tupiza. They are really the nicest people we have encountered during this trip so far. Extremely helpful and friendly, always with a smile on their faces they answered our questions, showed the way or sold their products. Thus they have earned the name of "the nicest cowboys of the world" from me :)

Stay in Tupiza, despite it was very short it was also very nice: great weather (in the end I could bask in a bit :)), nice people and beautiful scenery. Maybe this is not a city dotted with monuments, but definitely worth a visit.


środa, 21 sierpnia 2013

Salar de Uyuni - historia w trzech aktach / Salar de Uyuni - story in three acts

Scroll down for the English version

Z Sajamy pojechaliśmy do Oruro – miasta, które lata świetności ma już dawno za sobą. Kiedyś było to bardzo ważne centrum górnicze, niestety od kiedy ceny wydobywanej w pobliskich górach cyny spadły, wpłynęło to znacząco na gospodarkę miasta. Z zabytków wartych odwiedzenia znajduje się tutaj Muzeum Kopalni oraz dom byłego Barona Cynowego – Simona Patino. Poza tym nie jest to bardzo ciekawe miasto i z naszych obserwacji wynika, że jest raczej omijane przez turystów. Poza jednym wyjątkiem: jest ono ważnym punktem przesiadkowym w drodze do Uyuni. Całkiem sporo osób przyjeżdża tutaj autobusem, aby następnie przesiąść się na pociąg jadący do Uyuni oraz Tupizy (skąd można dostać się do granicy z Argentyną).

Akt 1

My jednak z Oruro nie pojechaliśmy ani do Tupizy (do Argentyny jeszcze nam się nie spieszy :)) ani do Uyuni. W przeciwności do większości turystów wsiedliśmy w nocny autobus jadący do malutkiej wioski przy granicy z Chile – Llica. Jednak to nie Chile nas ciągnęło a Salar de Uyuni, na skraju którego Llica się znajduje. Do Llica dojechaliśmy o 3:00, ale na szczęście kierowca autobusu pokazał nam, gdzie znajduje się alojamiento (tani hotel). Zapukaliśmy w okienko, z którego wyłoniła się zaspana pani. Dała nam klucz do pokoju, gdzie od razu zasnęliśmy kamiennym snem.


Llica była dla nas wstępem do wizyty na Salarze. Wokół wioski znajdują się bowiem wulkany i góry będące doskonałymi punktami widokowymi na największą pustynię solną na świecie. Na jedną z tych gór wybraliśmy się, gdy już udało się nam odespać nieco zarwaną noc. Początkowo droga prowadziła przez zawalone śmieciami tereny i dopiero po jakimś czasie mogliśmy się zacząć delektować widokiem otaczającej nas przyrody. Prawdziwą nagrodą natomiast był widok, który się przed nami rozciągnął ze szczytu góry: Salar de Uyuni w całej swej okazałości. Wraz ze znajdującymi się na nim wyspami, wiodącymi przez niego drogami oraz granicą ze stałym lądem, która przybiera kolor cappuccino. Widok ten spodobał się Albinowi tak bardzo, że następnego dnia zdecydował się wstać o 4:00, żeby zobaczyć stamtąd wschód słońca.

Akt 2

Następnego dnia złapaliśmy autobus jadący w stronę Uyuni. Jednak ponieważ nasza wizyta na Salarze nie byłaby pełna bez noclegu na pustyni, zatrzymaliśmy się na chyba najbardziej turystycznej w wysp Salaru: Isla Incahuasi, gdzie w planie mieliśmy porobienie szalonych zdjęć na soli. Ze względu na niesamowitą przezroczystość powietrza oraz wszechpanującą biel, perspektywa na zdjęciach wydaje się zaburzona, co stwarza niesamowite efekty optyczne. Już w drodze na wyspę Albin zaczął spisywać w swoim notesiku pomysły na różne śmieszne zdjęcia. Nie wszystkie okazały się możliwe do zrealizowania, ale dały nam one dobrą podstawę do pracy :) Na zrobienie wszystkich zaplanowanych (i tych spontanicznych) zdjęć mieliśmy w sumie prawie 24 godziny. Było przy tym sporo zabawy, ale i czasem nerwów, gdy zdjęcie nie wychodziło tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Zdecydowanie częściej jednak się śmialiśmy i dobre humory dopisywały nam przez większość czasu :)

Na Isla de Incahuasi spędziliśmy także (chyba nie do końca legalnie...) noc w namiocie. Dodam tylko, że na Salarze temperatura nocą może spaść nawet do -20 stopni Celciusza. Oj.. było zimno... Na szczęście nasze śpiwory się w miarę dobrze spisały i udało się nam jakoś przetrwać mroźną noc. Rano wstaliśmy na wschód słońca. Chyba jeszcze nigdy nie wyczekiwałam jego pierwszych promieni z taką niecierpliwością :)

Po  śniadaniu nastąpiła druga tura robienia szalonych zdjęć, a po lunchu przyjechał nasz autobus, który zawiózł nas prosto do Uyuni.

Akt 3

Uyuni samo w sobie nie jest zbyt ciekawą miejscowością i wszyscy turyści, którz tu przyjeżdżają robią to aby wybrać się na pustynię. Jest jednak jedna, dosyć nietypowa atrakcja turystyczna położona bardzo blisko miasteczka – Cmentarzysko Pociągów. Nie jest to miejsce dostosowane do turystów. Wygląda bardziej jak zwykłe złomowisko, ale ma swój nieodparty urok. Szczególnie późnym popołudniem, kiedy ciepłe promienie słońca ładnie oświetlają niszczejące pociągi. Jest to miejsce z dużą dawką historii hulających gdzieś z wiatrem pomiędzy rdzewiejącymi wagonami, niestety prawdopodobnie bez przyszłości...

Tak zakończyła się nasza przygoda z Salarem de Uyuni... Następnie pojechaliśmy do Południowoamerykańskiego Dzikiego Zachodu. Ale o tym będzie następnym razem :)


English:

From Sajama we went to Oruro - a city that has a heyday long behind. It used to be a very important mining centre, but since the price of tin mined in the nearby mountains fell, it influenced a lot the city’s economy. Mine Museum and former home of Baron tin - Simon Patino are two interesting places to visit in the city. Besides, it is not a very interesting city, and from our observations, it is rather avoided by tourists. With one exception: it is a major transfer point on the way to Uyuni. Quite a few people come here by bus and then change to the train to Uyuni and Tupiza (where you can get to the border with Argentina).

Act 1

But we did not go from Oruro to Tupiza (we are not on the hurry to get to Argentina yet:)) nor to Uyuni. As opposed to most tourists we boarded the night-bus going to a tiny village near the border with Chile - Llica. However, it was not Chile which drew our attention but Salar de Uyuni, on the edge of which Llica is located. We arrived to Llica at 3:00am, but luckily the bus driver showed us where there is an alojamiento (cheap hotel). We knocked on the window and a sleepy lady appeared there. She gave us the key to the room, where we immediately felt asleep.


Llica was for us like an introduction to the visit to Salar. Around the village there are some volcanoes and mountains that are perfect view points on the largest salt desert in the world. When we were able to sleep off a bit short night, we went to climb one of these mountains. Initially the route went through the areas piled with garbage, and only after some time, we could begin to enjoy views of the surrounding nature. But the real prize was the view on Salar de Uyuni that stretched in front of us from the top of the mountain. Salar de Uyuni looked glorious with its numerous islands on it, roads. This view Albin liked so much that the next day he decided to get up at 4:00am to see the sunrise from there.

Act 2

The next day we caught a bus going towards Uyuni. However, since our visit to Salar would not be complete without an overnight stay in the desert, we stopped for probably the most tourist islands on the Salar - Isla Incahuasi, where we had the plan to take some crazy pictures on the salt. Due to the extraordinary transparency of air and the universal prevalence white, the prospect of the pictures seems to be impaired, which creates an amazing optical effects. Already on the way to the island Albin began to write down ideas on a variety of funny pictures in his little notebook. Not all of them proved to be possible, but it gave us a good basis to work :) For making all planned (and those spontaneous) images we had a total of almost 24 hours. However, it was a lot of fun, but sometimes nerves when the image did not work out as we would wish. Much more often, however, we laughed and we had incorporating good mood most of the time :)

On Isla de Incahuasi we also spent (probably not quite legal ...) night in a tent. I will only add that on the Salar temperature at night can drop down to -20 degrees Celsius. Oh... It was cold... Fortunately, our sleeping bags were reasonably well acquitted and we managed to get through the frosty night. In the morning we got up to see the sunrise. I guess I've never looked forward to the first rays of the sun so much :)

After breakfast, there was a second round of taking crazy pictures, and after lunch our bus came that took us straight to Uyuni.

Act 3

Uyuni itself is not very interesting village and all the tourists who come there do it to go to the desert. There is one, quite unusual tourist attraction which is located very close to the town – Train Cemetery. This is not a place suited to tourists. Looks more like a normal dump, but it has its irresistible charm. Especially in the late afternoon, when the warm rays of the sun nicely illuminate the decaying trains. It is a place with a large dose of history with the wind blowing somewhere between rusting carriages, but probably with no future...


So ended our adventure with the Salar de Uyuni ... Then we went to the South American Wild West. But this will be the next story:)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Sajama - slodko-gorzki koktajl / Sajama - bitter-sweet coctail

Scroll down for the English version


Ten wpis miał mieć zupełnie inny tytuł. Aż do ostatniej nocy spędzonej w Sajamie miałam napisać: Sajama – po prostu NAJ. Nie ma co ukrywać, że jest to dla mnie chyba najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory widziałam. Malutka wioska, w której mieszka zaledwie około 300 osób, położona na boliwijskim płaskowyżu Altiplano, w otoczeniu ośnieżonych wulkanów. Jest tutaj tak pięknie, że chyba nie znam wystarczająco dużo słów, aby oddać urodę tego miejsca. Wybrałam się stamtąd na dwa spacery: do Base Camp razem z Albinem oraz do ciepłych źródeł. Idąc przez niemal zupełnie odludne tereny nie mogłam się napatrzeć na otaczający mnie krajobraz.

Na dodatek przyjechaliśmy tutaj w czasie obchodów uroczystości z okazji Dnia Niepodległości Boliwii. Uroczystości trwały całe 3 dni. Odbywały się różnego rodzaju parady, marsze, przemowy i oczywiście wieczorami huczne imprezy. Od samego początku miejscowi przyjęli nas niesamowicie ciepło, zapraszając na wszelkie uroczystości, witając się z nami, pozdrawiając nas i po prostu ciesząc się z naszej obecności. Było to chyba najcieplejsze przyjęcie jakiego do tej pory doświadczyliśmy w całej Ameryce Południowej. Zresztą nie ma się co dziwić, że byliśmy gorąco zapraszani na uroczystości. Ponieważ w marszach i paradach brała udział większa część mieszkańców, nie było widzów, którz by te wszystkie uroczystości po prostu oglądali. Z naszych obserwacji wynikało, że razem z Jake’em (Amerykaninem, którego poznaliśmy w drodze do Sajamy) byliśmy jednymi z niewielu osób, które przyszły oglądać paradę.

Drugiego dnia wieczorem przyszliśmy na potańcówkę, podczas której miejscowe kobiety w tradycyjnych strojach tańczyły do folklorystycznej dosyć współczesne tańce. Robiło to naprawdę niesamowite wrażenie :) Ponieważ razem z Jake’iem (Albin wspinał się wtedy na Sajamę) postanowiliśmy się dołączyć do tańców (jako jedyni turyści)  od razu zostaliśmy otoczeni przez lokalnych mężczyzn, którzy dołączali się do naszego „kółeczka” w tańcu. Byliśmy także częstowani całkiem niezła wódką domowej roboty.

Trzeciego dnia wieczorem razem z Albinem poszliśmy się przejść po wiosce zobaczyć jak wygląda świętowanie. W tym czasie większość mężczyzn była już nieźle wstawiona. Nie przeszkodziło im to jednak, by do nas podchodzić, witać się z nami oraz z dumą opowiadać nam legendy dotyczące okolicznych gór. Tego dnia również widziałam chyba najpiękniejszy zachód słońca w moim życiu. Z jednej strony słońce krwawo podświetlało chmury nad bliźniaczymi wulkanami, z drugiej nadawało niesamowite ciepłe kolory ośnieżonemu szczytowi Sajamy, natomiast z trzeciej strony chmury i niebo nad płaskowyżem przybrały różowo-fioletowy odcień. Po raz pierwszy widziałam tak piękny zachód słońca, który rozpościerał się na 360stopni dookoła.

I tak było, aż do naszej ostatniej nocy: po prostu idealnie. Ale ponieważ nie ma rzeczy idealnych, tak więc i Sajama pokazała nam swoje drugie oblicze. Tego wieczoru poszliśmy w miarę wcześnie spać gdyż nasz autobus odjeżdżał o 6:00 i czekała nas wczesna pobudka. W środku nocy wrócił z imprezy przewodnik Albina na Sajamę, a nasz gospodarz – Juan. Włączył głośno muzykę i chyba się dobrze bawił. Ponieważ byłam zmęczona zasnęłam nie przejmując grającą na zewnątrz muzyką. Niedługo później obudził mnie przeraźliwy krzyk dziecka. Nie będąc pewna czy mi się to śni, czy też naprawdę dzieje się jakaś tragedia, przetarłam zmęczone oczy, starając się odgonić sen. W międzyczasie z zewnątrz dobiegały mnie głosy ostrej kłotni naszych gospodarzy. Po paru sekundach wszyscy usłyszeliśmy dramatyczne pukanie do drzwi naszego pokoju i błagalny krzyk:

„Ayudame! Ayudame! Mi mama y mi papa.... Ayudame, por favor!”

Za drzwiami stała przerażona około 6-letnia córka naszych gospodarzy. Szybko ubrałam buty i założyłam okulary, po czym pobiegłam w stronę ich sypialni. Widok, który tam zastałam zmroził mi krew w żyłach. Na łóżku leżał Juan w krwawym uścisku ze swoją żoną. Oboje z pobitmi twarzami robili naprawdę makabryczne wrażenie. Gdy weszłam po prostu leżeli chyba zmęczeni walką, ale już chwilę później Maria rzuciła się z powrotem na pijanego Juana. W tym momecie usłyszałam chłopaków podążających za mną. Stwierdziłam, że zostawię ich z walczącą parą, a sama poszłam do przerażonych dzieci.

10-letni Alvaro stał w drzwiach płacząc, a Karen, która dosyć bohatersko przyszła nas prosić o pomoc cała się trzęsła stojąc na podwórku. Podeszłam do Karen i wzięłam ją w objęcia, Przytuliła się do mnie z całych sił. Gdy wyciągnęłam rękę do Alvaro, by też do nas przyszedł zawstydzony odwrócił się na pięcie i uciekł. Biedny chłopiec wciąż jest dzieckiem, ale już widać było mu wstyd za całą sytuację... za to, że nie mógł sam sobie z nią poradzić... za to, że jeszcze jest za słaby, aby oddać ojcu za to jak traktuje jego matkę...

Zostałam sama z płaczącą Karen. Wzięłam ją na ręce i zaniosłam do naszego pokoju, gdzie mogłam ją przykryć kocem. Po paru minutach przestała się trząść, ale nie zwalniała uścisku nawet na chwilę. W tym czasie słyszałam Jake’a rozmawiającego z Juanem. Niedługo później do pokoju przyszedł Alvaro, aby zabrać Karen do pokoju, gdzie matka przygotowała im spanie oddzielnie od pijanego ojca. Wszyscy wróciliśmy do łóżek, ale chyba nikt z nas tak naprawde już nie mógł spać aż do rana. O 5:30 spakowaliśmy swoje bagaże i poszliśmy na autobus. Sajama zostawiła nas z bardzo mieszanymi uczuciami....

ZDJECIA SAJAMA

English:

This post was supposed to have a different title. Up until last night I spent in Sajama I wanted to call it: “Sajama – Simply the Best”.  There is no secret that for me it is probably the most beautiful place we have ever seen. A tiny village with a population of only about 300 people, located on the Bolivian Altiplano plateau, surrounded by snow-capped volcanoes. There is so beautiful that I do not think I know enough words to reflect the beauty of the place. I went there on two walks: to the Base Camp together with Albin and hot springs. Walking through the almost deserted areas I could not believe how beautiful the landscape around me was.

In addition, we came here during celebration of the Independence Day of Bolivia. Celebrations lasted the whole three days. There were various kinds of parades, marches, speeches, and of course the evening loud parties. From the beginning, the locals welcomed us incredibly warm, inviting for all the festivities, welcoming us and greet us and just enjoying our presence. It was probably the warmest welcoming which we experienced so far experienced in all of South America. Besides, it is no surprise that we were so much invited to these parties. As the majority of people who lived in the village too part in marches and parades, there were not enough people to watch them. Our observations showed that along with Jake (American who we met on the way to Sajama) we were one of the few people who came to watch the parade.
On the second day we came to the dance in the evening, during which local women in traditional costumes were dancing quite contemporary dances to folk music. It looked great :) As with Jake (at that time Albin was climbing on Sajama) we decided to join the dance (as the only tourists) we were immediately surrounded by local men who joined up to our "circles" in the dance. We were also treated to pretty good homemade vodka.

On the third day in the evening along with Albin we went to walk around the village to see how the celebration was going on. At this time, most men were already quite drunk. This did not prevent them, however, from approaching us, greeting us, and proudly telling us the legend of the surrounding mountains. That day we also saw perhaps the most beautiful sunset of my life. On one hand, bloody sun lighten up clouds over the twin volcanoes, on the other hand sun gave an amazing warm colours to the snow peaked Sajama, while the third part the clouds and sky above the plateau took the pink-purple hue. The first time I saw such a beautiful sunset, which stretched to around 360 degrees.

And so it was until our last night: just perfect. But since nothing is perfect, so Sajama showed us its other face. That evening we went to sleep quite early because our bus was leaving at 6:00am and we had to wake up early. In the middle of the night  Juan (Albin’s guide on Sajama and our host at the same time) came back from the party. He turned on loud music and probably had a good time. Because I was tired, I fell asleep without worrying about playing music outside. A short time later I was awakened by a shrill cry of a child. Not being sure if I dreamed it or actually something was going on, I rubbed my tired eyes, trying to ward off sleep. In the meantime outside I could hear the voices of argument between our hosts. After a few seconds all of us heard the dramatic knock on the door of our room and imploring cry:

"Ayudame! Ayudame! Mi mama y mi papa .... Ayudame, por favor! "

Behind the door stood terrified about 6-year-old daughter of our hosts. I quickly wore my shoes and put the glasses on, then ran toward their bedroom. View, I found that there froze my blood. On the bed laid Juan in bloody embrace with his wife. Both of their faces were beaten up and it did really gruesome impression. When I entered they were just laying probably tired of fighting, but a moment later, Maria threw herself back into a drunken Juan. At that time I heard the guys who follow me. I decided that I will leave them with a fighting couple, and I went to the frightened children.

10-year-old Alvaro stood in the doorway crying, and Karen, who quite heroically came to ask us for help she was shaking while standing in the yard. I walked over to Karen and I took her in my arms, she hugged me with all her might. When I reached out to Alvaro to come to us too he turned on his heel ashamed and ran away. The poor boy is still a child, but I can see he was ashamed of the situation... for the fact that he could not deal with it... for the fact that he was too weak to fight his father for the way he treats his mother...


I was left alone with the crying Karen. I picked her up and carried her to our room, where I could cover her with a blanket. A few minutes later she stopped shaking, but she did not release grip even for a moment. At that time, I heard Jake talking to Juan. Shortly after Alvaro came into the room to take Karen to the room where their mother had prepared a room for them to sleep separately from a drunken father. We all went back to bed, but I guess none of us really he could not sleep until the morning. About 5:30 we packed our bags and went to the bus. This way we left Sajama with very mixed feelings ....

PICTURES SAJAMA

niedziela, 18 sierpnia 2013

La Paz - rozmaitosci / La Paz - miscellaneous

Scroll down for the English version

W La Paz spędziliśmy całkiem sporo czasu. Miasto robi naprawdę niesamowite wrażenie kiedy wjeżdża się do niego od strony Copacabany. Z góry wygląda ono jak jedno wielkie morze zabudowy, położone w głębokiej dolinie. Jak to napisano w naszym przewodniku: „Jeżeli wysokość nie odbierze Ci oddechu, to widok na La Paz na pewno”. W sumie zwiedzanie miasta nie zajęło nam za dużo czasu. Połaziliśmy trochę po jego nieco zaniedbanych uliczkach, odwiedziliśmy kilka kościołów, parę muzeów, słynny Targ Czarownic, obowiązkowe dla Albina punkty widokowe...

W La Paz mieliśmy też szczęscie spotkać się z niesamowitą parą Polaków, którzy podróżują dookoła  świata z dwójką małych dzieci oraz z Samozwańczym Ambasadorem Polski w Boliwii, z którym spotkaliśmy się na piwo oraz małą imprezkę na „wysokim poziomie” (znaczy się na 3600 m n.p.m :))

Poza tym La Paz było dla nas rajem zakupowym! Po pierwsze ze względu na niskie ceny, ale także ponieważ mieści się tutaj całe mnóstwo różnego rodzaju targów, rynków. Ponieważ potrzebowaliśmy uzupełnić nasz ekwipunek (kuchenka campingowa, rękawiczki, ciepłe getry na zimną Boliwię itp.), sporo czasu spędziliśmy włócząc się po tutejszych sklepach. Raz nawet wybraliśmy się do El Alto, gdzie dwa razy w tygodniu odbywa się ponoć największy targ na świecie. Rzeczywiście, żeby tam coś znaleźć trzeba się nieźle nachodzić, naszukać i napytać (a i to nie zawsze pomaga).

Poza tym z La Paz wybraliśmy się do Tiwanaku – preinkaskich ruin, które są wpisane na listę UNESCO. Ponieważ w przeciwności do większości turystów postanowiliśmy wybrać się tam prywatnie (a nie z dwa razy droższą wycieczką), z samego rana poszliśmy na colectivo. Całe szczęście, że jechała z nami 3-osobowa rodzinka z Peru, gdyż jakoś nikt nie chciał jechać w tym kierunku. Po około półtorej godziny oczekiwania, kiedy to nikt więcej się do busika nie dosiadł, Peruwianka zrobiła awanturę i parę minut później byliśmy w drodze. Na miejscu zostaliśmy zaskoczeni przez stosunkowo wysokie ceny wstępu (80 boliwianów), na które nie do końca byliśmy przygotowani (w sumie to moja wina, bo nie sprawdziłam cen w przewodniku, które były aktualne...). Zostawiło nas to (po odliczeniu pieniędzy na powrót do La Paz) z dosłownie 2 boliwianami w kieszeni. Ups.. Na szczęście ruiny były naprawdę ładne. Szczególnie duże wrażenie wywierały po przeczytaniu w przewodniku, że kiedyś były one stolicą olbrzymiego państwa rozciągającego się od południowego Peru, aż po północną Argentynę. Doskonały system uprawy roślin, który stosowano w Tiwanaku (nazywany sukakullo) był w stanie wyżywić, aż do 100 000 ludzi (podczas gdy dzisiaj zbiory z tego samego obszary wystarczają dla zaledwie 7 000 osób.


Wycieczką obowiązkową dla wszystkich turystów przybywających do La Paz jest zjazd rowerami słynną Drogą Śmierci. Oczywiście w dzisiejszych czasach jest to zupełnie bezpieczna rozrywka, dostarczająca nieco rozrywki w czasie zjazdu. W przeszłości droga ta była rzeczywiście niebezpieczna i rzeczywiście nie było niemal tygodnia bez śmiertelnego wypadku na trasie. Obecnie jednak wybudowano drogę asfaltową, a Droga Śmierci jest jedynie atrakcją turystyczną (chociaż kiedy my po niej zjeżdżaliśmy droga asfaltowa była zamknięta w ciągu dnia z powodu jakiegoś osuwiska, tak więc po drodze mijały nas autobusy oraz niezbyt liczne samochody osobowe).

Najlepszą jednak dla nas wycieczką z La Paz był 5-dniowy rafting, na który namówił nas Shaul. Przez 5 dni spływaliśmy górską rzeką: początkowo w wielkich dętkach samochodowych, a następnie na prowizorycznej tratwie. W międzyczasie odkrywaliśmy także przepiękne kaniony, do których aby się dostać należało iść w górę bystrych strumieni, często aż po pas w zimnej wodzie. Faktem jest, że pomimo iż było tam całkiem ciepło (zjechaliśmy sporo poniżej La Paz, w którym panują całkiem niskie temperatury), nieźle wymarzliśmy spędzając całe dnie w zimnej wodzie.

Gdy wracaliśmy z raftingu mieliśmy okazję zobaczyć prawdziwą drogę śmierci. Droga, którą jechaliśmy autobusem była naprawdę wąska, nieutwardzana i zakończona zboczem stromo spadającym w stronę rzeki. Niejednokrotnie nas autobus jechał tylko centymetry od krawędzi, przyprawiając nas o sporą dawkę emocji ilekroć wyglądaliśmy przez okno. Na szczęście dla nas każdorazowo wychodziliśmy cało z kolejnych zakrętów. Nie mieli tyle szczęścia pasażerowie busa, który tuż przed nami zderzył się z autobusem jadącym z naprzeciwka. Autobus skończył jedynie z obitym zderzakiem, niestety minibus spadł kilkaset metrów w przepaść. Kilka godzin trwała akcja ratunkowa utrudniona przez egipskie ciemności oraz strome zbocze, pod które należało wynosić poszkodowanych pasażerów. Jakimś cudem początkowo wszyscy pasażerowie przeżyli upadek z takiej wysokości. Z wiadomości, którą znaleźliśmy dzień później dowiedzieliśmy się, że kilkoro walczyło o życie w szpitalu. Czy przeżyli... nie wiemy.

Boliwia póki co jest naprawdę pięknym krajem, ale już na tym etapie zaczęła nam pokazywać swoje ciemne oblicze. A i to nie był koniec nieprzyjemnych niespodzianek. Ale o tym następnym razem w relacji z prześlicznej Sajamy.

P.S. Dzisiaj dowiedzieliśmy się o wypadku chłopaków, których spotkaliśmy w Copacabana.... Jeden z nich – Maks zginął... Pokój jego duszy... Smutny dzień…


English:

In La Paz, we spent quite a bit of time. City makes really big impression when entered driving from the Copacabana. From above it looks like one big sea of building, situated in a deep valley. It is written in our guidebook: "Even if the high altitude doesn’t take your breath away, your first sight of the city probably will".  Sightseeing did not take us much time. We walked around for a little while through somewhat neglected streets; we visited several churches, some museums, the famous Witches Market and mandatory for Albin viewpoints...

In La Paz we met an amazing pair of Poles who travel around the world with two small children and a self-proclaimed Polish Ambassador in Bolivia with who met for a beer and a little party at "high level" (ie to 3600 m above sea level :))

Moreover, La Paz was a shopping heaven for us! Firstly, it was because of the low prices, but also because it houses a whole lot of different kinds of fairs and markets. Since we needed to buy the equipment (camping stove, gloves, warm socks for cold Bolivia, etc.), we spent a lot of time hanging around the local shops. Once we even went to El Alto, where twice a week, takes place apparently the largest market in the world. Indeed, you need plenty of time to find what you need (and not always you are able to find it…)


From La Paz we went to Tiwanaku - pre-Inca ruins, which are inscribed on the UNESCO list. Because as opposed to most of the tourists we decided to go there privately (twice cheaper than with an organised tour), in the morning we went to catch the colectivo. Fortunately, there was already three-person family from Peru, since no one seems to want to go in that direction. After about a half hour wait, when no one else came to our mini-bus, Peruvian made a fuss and a few minutes later we were on the way. When we got to the ruins we were surprised by the relatively high price of admission (80 bolivianos), which we were not fully prepared for (it was my fault because I did not check the prices in the guidebook). It has left us (after deduction of money we needed to go back to La Paz) with literally two bolivianos in your pocket. Oops! .. Fortunately, the ruins were really nice. Particularly impressive exercised after reading information in the guidebook that they were once the capital of the vast country stretching from southern Peru up to northern Argentina. Excellent plant cultivation system, which was used in Tiwanaku (called sukakullo) was able to feed up to 100 000 people (whereas today, with the same sets of areas is sufficient for only 7 000.

A must-do trip for all tourists coming to La Paz is a downhill bikes ride in the famous Death Road. Of course, nowadays it is quite safe entertainment, providing a bit of entertainment during the ride. In the past, this road was really dangerous, and indeed sometimes there was not a week without a fatal accident on the highway. Today, however, the asphalt road was built, and the Death Road is only a tourist attraction (although when we rode there the paved road was closed during the day due to a landslide, so we passed on the way many buses and cars).

For us though, the best trip from La Paz was a five-day rafting, which we were persuaded to go by Shaul. For five days we went down by mountain river, initially in large car tubes and then on a makeshift raft. In the meantime, we discovered beautiful canyons, which we had to get to by going up some streams, often up to the waist in cold water. The fact is that even though it was quite warm there we got really cold by spending all day in the cold water.

When we were coming back from the rafting we have seen the true death road. The road we were going by bus was really narrow, natural lane, finished by slope steeply declining toward the river. Sometimes we rode just inches from the edge, peppering us with a healthy dose of excitement every time we looked out the window. Fortunately for us each time we left unscathed from the next bend. The passengers on a bus that crashed just ahead of the bus going in the opposite direction were not so lucky. Bus ended up only with padded bumper, unfortunately minibus fell several hundred meters down into the abyss. A few hours hampered rescue efforts continued through the pitch dark and steep slope, on which injured passengers had to be carried. Somehow, all the passengers initially survived the fall from such a height. In the news, we found a day later, we learned that a few fought for life in hospital. Have they survived... We do not know.

Bolivia is really a beautiful country, but even at that stage, it started to show his dark face. And this was not the end of unpleasant surprises. But more about that next time, in relation from beautiful Sajama…


P. S. Today we learned about the accident which happened to the guys we met in Copacabana.... One of them - Max died... Peace of his soul... Sad day...

sobota, 10 sierpnia 2013

Sorata - polskie jadlo i wielka klotnia / Sorata - Polish food and a huge fight

Scroll down for the English version

Sorata jest takim naszym polskim Zakopanem. Polozona w pasmie górskim Cordillera Real jest idealnym miejscem wypadowym na liczne trekkingi. Ośnieżony szczyt Illampu zachęca do wycieczek w jego okolice. Po zrobieniu wywiadu w lokalnych biurach przewodnickich zdecydowaliśmy się wybrać na dwudniowy trekking do podnóża góry Illampu, który nie zabrałby nas za wysoko (jeśli dobrze pamiętacie ja nie jestem wielką fanką dużych wysokości...)

Wieczorem przed wyprawą znaleźliśmy w przewodniku informację, że w hostelu Altai Oasis serwują polski barszcz! Nie mogliśmy zmarnować takiej szansy na spróbowanie polskiego jedzenia :) Rodzice właściciela hostelu, pochodzili z Polski, stąd w menu jedna z naszych standardowych polskich potraw. Pomimo, że do hostelu trzeba było iść z miasteczka około pół godziny, byliśmy zdesperowani, aby zjeść coś rodzimego. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że barszcz jest stosunkowo drogi: kosztował 60 boliwianów, podczas gdy w Boliwii można zjeść cały obiad za 8. Jednak nawet to nie ograniczyło naszej chęci spróbowania jednej z moich ulubionych zup. Na miejscu przywitała nas przesympatyczna córka właściciela, która zabawiała nas rozmową przez większość czasu kiedy czekaliśmy na potrawę, Gdy barszcz (po dosyć długim oczekiwaniu) pojawił się na stole, spojrzeliśmy się na siebie z zaskoczeniem: polski barszcz w wydaniu boliwijskim okazał się nie być zupą! Był to kawałek wołowiny, w sosie jabłkowym, z tłuczonymi ziemniakami i zasmażanymi buraczkami. Całośc była naprawdę smaczna. Tylko... że to nie był barszcz...

Rano wszystko już było zaplanowane na trekking, pokój zapłacony, jedzenie na drogę kupione... Wystarczyło się szybko przepakować i wyruszyć w drogę. I tak jak dla niektórych kością niezgody może być... kiełbasa, tak dla nas w tym wypadku były obiektywy do aparatu. Nie mogłam ich znależć i zapytałam Albina czy nie wie gdzie są. I tak zaczęła się jedna z naszych większych kłótni podczas wyjazdu. Gdyby nie to, że z góry zapłaciliśmy za nasz pokój w hostelu, zapewne byśmy się na trekking w ogóle nie wybrali, tylko od razu pojechali do La Paz. Zresztą tego dnia przez praktycznie całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy i dopiero pod koniec, kiedy już byłam naprawdę zmęczona, humory nam obojgu się poprawiły. Pomógł w tym fakt, że po drodze zmieniliśmy nasz plan trekkingu (dzięki spotkanej parze z Francji), zdążyliśmy się zgubić i zrobić sporo więcej kilometrów niż powinniśmy, a na koniec cudny widok na ośnieżoną Illampu odbijającą się w wodach uroczego jeziorka. Musieliśmy również zjednoczyć nasze siły w rozbijaniu naszego mini obozowiska, zbieraniu drewna na opał (a na wysokości 4500 m n.p.m. nie jest to łatwe zadanie) oraz rozpalaniu ogniska (bez powodzenia...)

Drugiego dnia naszym celem miała być Laguna Glaciar, położona na wysokości 5038 m n.p.m. Muszę się przyznać, że ta wysokość od początku mnie nieco przerażała i po przeanalizowaniu mapy miałam w planie zostawić Albina i sobie odpocząć w połowie drogi, jemu zostawiając zdobywanie gór. Początkowo nic mu nie mówiłam, ale ponieważ tego dnia rzeczywiście nie czułam się najlepiej, gdy doszliśmy do wybranego przeze mnie punktu, powiedziałam mu aby sobie dalej poszedł sam, a ja sobie na niego grzecznie poczekam :) Tym sposobem Albin odkrywał nowe przełęcze, a ja grzałam moje kości w słabym słońcu obserwując przy okazji wesoło hasające dookoła mnie gryzonie.

Gdy Albin wrócił ze swojego „specerku” postanowiliśmy, że mamy wystarczająco dużo czasu, aby tego samego dnia wrócić do Soraty (normalnie naszą „nową” trasę robi się w trzy dni, na które byliśmy przygotowani). Musieliśmy się jednak spieszyć, gdyż za nami podążały ciężkie, burzowe chmury. Tym sposobem ostatnie trzy godziny praktycznie przebiegliśmy, a i to nie uchroniło nas od zmoknięcia. Tym sposobem chyba niebo chciało nas ukarać za nasze kłótnie, jednocześnie doprowadzając sytuację pomiędzy nami do zupełnej normy (ciężko być ciągle na siebie złym, gdy trzeba uciekać przed żywiołem:))


English:

Sorata is like Polish mountain resort - Zakopane. Located in the Cordillera Real, it is the ideal starting point for numerous treks. Snowy peak of Illampu encourages taking tours to its surroundings. After doing an interview in the local guides’ offices we decided to go for a two-day trek to the foot of Mount Illampu that wouldn’t take us too high (I'm not a big fan of high-altitude ...)

The evening before the expedition we found information in our guidebook that the hostel Altai Oasis served Polish borscht! We could not have missed the chance to sample Polish food :) Owner of the hostel had Polish parents and that’s why in the menu was one of our standard Polish dishes. Although we had to go out of town about half an hour to get to the hostel, we were desperate to eat something Polish. When we got there we found that borscht was relatively expensive: it cost 60 bolivianos, while in Bolivia, you can eat the whole dinner for as little as 8. Even this did not limit our willingness to try one of my favourite soups. In the hostel we were greeted by the really nice owner's daughter who kept us entertained for most of the time while we waited for the food. When borscht (after quite a long wait) appeared on the table, we looked at each other in surprise: Polish borscht in Bolivia turned out not to be the soup! It was a piece of beef, apple sauce, mashed potatoes and fried beetroots. The whole was really tasty. Just ... it was not borscht...

In the morning everything was planned for trekking, room paid, food on the way bought... It was enough to quickly repackage and hit the road. Unfortunately my camera lenses started our big fight. I could not find them and I asked Albin if he knew where they were. And so began one of our major fights during the trip. Were it not for that in advance we paid for our room in the hostel, probably we wouldn’t have gone trekking, but immediately went to La Paz. Anyway, that day almost all day we did not speak to each other and only at the end, when I was really tired, our moods improved for both of us. Few factors helped us to get better as well: the fact that on the way we changed our plan to trek (after meeting a couple from France), we managed to get lost and do a lot more miles than we should, and finally the wonderful view of the snow-covered Illampu reflected in the waters of the lovely lake. We also had to unite our forces in setting up our mini-camp, collecting firewood (and at an altitude of 4500 meters above sea level is not an easy task) and kindling fire (without success ...)

On the second day our goal was to go to Laguna Glaciar, located at an altitude of 5038 m above sea level. I have to admit that this altitude from the beginning frightened me and after analysing the maps I plan to leave Albin in the middle of the road, leaving him conquering mountains. Initially, I did not say anything to him, but since that day I really did not feel the best when we got to my chosen point, I told him to go to the lake and that I will wait for him :) In this way, Albin discovered new passes, and I warmed my bones in the weak sunlight, watching the way merry rodents around me.


When Albin returned from his "walk" we decided that we had enough time to get back on the same day to Sorata (normally our "new" route is done in three days, which we were prepared for). But we had to hurry, because the heavy storm clouds followed us. In this way last three hours we almost ran and even that did not save us from getting wet. In this way, I think the sky wanted to punish us for our arguments, at the same time bringing the situation between us to normal (hard to be constantly at each other wrong, when you need to escape from the element :))

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Boliwia - poczatek / Bolivia - beginning

Scroll down for the English version

Wyjechać z Peru nie było łatwo. Po tym jak spędziliśmy tam 100 dni (pomimo przyznanych nam 90) wiedzieliśmy, że będziemy musieli za to zapłacić. O karach słyszelismy od naprawdę wielu osób i byliśmy świadomi, że za każdy dzień nielegalnego pobytu czeka nas 1 dolar kary. Przygotowani na taką ewentualność przyjechaliśmy na granicę, gdzie siedziała sobie znudzona trójka celników. Ponieważ nie przyjechaliśmy jak większość turystów bezpośrednim autobusem z Puno do Copacabany, a wybraliśmy opcję łączoną (dużo tańszą), z przesiadką na granicy, na granicy było wyjątkowo cicho, a celnicy nie mieli co robić, Gdy tylko spojrzeli w nasze paszporty szybko policzyli ile to dni nam się zostało ponad to co było nam wyznaczone i powiedzieli cenę w dolarach: 42 dolary na dwójkę. 42?? Trochę dużo... Gdy zaczęłam to kwestionować (że przecież 1 dolar za dzień itd) oni zaczęli mi coś tłumaczyć, że 10 dolarów jest chyba jakąś opłatą manipulacyjną (aczkolwiek do tej pory nie wiem czy nie wzięli sobie tego po prostu w łapę). Niestety mój hiszpański nie pozwolił mi na pełne zrozumienie tego co mówili, ani tym bardziej na wykłócanie się. Poprosiliśmy o przeliczenie tego na sole (dolary, które mamy trzymamy na Argentynę) i uiściliśmy opłatę.

Miałam nadzieję, że to już koniec i możemy sobie pójść do Boliwii. Niestety jesteśmy w Ameryce Południowej, gdzie biurokracja jeszcze nie umarła, a wręcz jest uwielbiana przez tutejszych mieszkańców. Po podbiciu naszych paszportów, pogranicznicy kazali nam iść zrobić sobie po trzy kopie strony ze zdjęciem i trzy kopie strony z pieczątkami. Ponieważ nie jesteśmy, w Europie, gdzie jak mniemam kopiarki są na stanie każdego przejścia granicznego, musieliśmy sami sobie poszukać miejsca gdzie te kopie możemy zrobić. I nie szkodzi, że po stronie peruwiańskiej jedyny punkt ksero ma zepsutą kopiarkę. Przecież można pójść do Boliwii. Bez wszystkich potrzebnych nam stempli z Peru oraz bez zaglądania do boliwijskiego punktu kontroli granicznej. Tak po prostu. Przejść przez granicę, bo i tak nikogo tutaj to nie obchodzi. W końcu to w naszym interesie jest, aby mieć wszystkie potrzebne dokumenty. Przypuszczam, że gdyby ksero po stronie boliwijskiej było zepsute musielibyśmy wracać do najbliżej wioski zrobić sobie te głupe kopie. W końcu celników to nie obchodzi.

W końcu udało się nam zdobyć wymagane kopie, dostać ostatnie pieczątk. Mogliśmy spokojnie pójść na granicę boliwijską, gdzie przesympatyczny pan celnik dał nam wizę na 60 dni, chociaż uparcie twierdził, że maksymalnie może nam przyznać 30 dni i potem musimy wydłużać wizę w La Paz.
 
Z granicy udaliśmy się colectivo do Copacabany, gdzie z wielkim trudem znależliśmy nocleg w przystępnej cenie z internetem. Od razu widać różnicę w standardzie noclegów: naprawdę ciężko jest o miejsce z internetem (w Peru nigdzie nie mieliśmy tego problemu), natomiast niemal wszędzie są prysznice elektryczne zapewniające ciepłą wodę (co nie było tak oczywiste w Peru).

Copacaba jest w sumie małociekawym miasteczkiem, do którego większość turystów przybywa, aby wybrać się na Wyspę Słońca, z której według legendy wyłoniło się Słońce, Księżyc oraz pierwsi Inkowie. My też na tą wyspę się wybraliśmy pomimo, że słyszeliśmy dosyć sporo złych rzeczy na jej temat (że wszędzie proszą o pieniądze, że dużo turystów, że w ogóle nie za ciekawie). Wyspa Słońca niestety nie przywitała nas słońcem, a rzęsitym deszczem, który absolutnie nie zachęcał do opuszczenia łódki. Na szczęście pogoda ma to do siebie, że lubi się zmieniać i po parunastu minutach słońce wyjrzało zza chmur pozwalając nam zobaczyć co nieco. No i niestety rzeczywiście wyspa sama w sobie na kolana nie powala. Są ruinki, ale po zobaczeniu całego mnóstwa ruin w Peru te nie wywarły na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Do tego na drugiej z plaż, do której się przypływa płaci się przy wyjściu z łódki, ale naprawdę nic tam nie ma. Ot, kawałek plaży i tyle... Drugi raz na pewno bym tu nie wróciła. Dużo bardziej podobały mi się wyspy na Jeziorze Titicaca od strony Peru.

W Copacabanie natomiast spotkało nas jeszcze jedno bardzo miłe zaskoczenie. Gdy szliśmy sobie w stronę portu, dosyć głośno rozmawiając nagle usłyszałam:
 
 „Cześć!”

Niezbyt pewna czy się nie przesłyszałam podeszłam do chłopaka, który się do mnie zwrócił i zapytałam:

„Czy mi się wydaje, czy jesteś z Polski?”

Okazało się, że był to Krzysiek, który razem z Maksem podróżują na motorach dookoła świata. Mało tego: czekali oni właśnie na kolejnego Polaka – Michała, który przemierza Amerykę Południową na piechotę. Razem wybraliśmy się na piwko, a następnego dnia poznaliśmy także Ewelinę – żonę Michała, która własnie na chwilę do niego dołączyła. Niesamowicie jest spotkać Polaków w takiej dziurze na końcu świata :) A jeszcze bardziej niesamowite jest spotkać TAKICH Polaków na końcu świata. Zresztą, poczytajcie sobie sami:



English:


Leaving Peru was not easy. After we spent there 100 days (although we got a stamp for only 90 days) we knew we would have to pay for it. We had heard about the penalty from many people and we knew that for each day of illegal stay awaits us $1 penalty. Prepared for such an eventuality we came to the border, where the three bored custom officers were sitting. Since we didn’t arrive as most tourists by direct bus from Puno to Copacabana, and we chose the combined option (much cheaper), with a transfer at the border, the border was very quiet, and customs officers did not have anything to do. As soon as they looked at our passports they quickly counted for how many days we overstayed in Peru and they said the price in dollars: $42 for both of us. 42? A bit much ... When I tried to  challenge this (after all, that $1 per day, etc) they began to explain something to me that $10 is probably a processing fee (although so far I do not know if they did not take this money to themselves as a kind of tip). Unfortunately my Spanish didn’t not allow me to fully understand what they were saying or argue this. We asked for the conversion of the soles (U.S. dollars we keep for Argentina) and we paid a fee.

I hoped this was the end and we could go to Bolivia. Unfortunately, we are in South America, where bureaucracy is not dead, but rather is loved by the locals. After stamping our passports, border guards told us to go take three copies of the photo page and three copies of the page with the stamps. Because we are not in Europe, where I believe each border crossing have a copying machine, we had to find by ourselves a place where we can make these copies. And never mind that the Peruvian side only a photocopy machine was broken. After all, you can go to Bolivia. Without all the stamps we needed from Peru, and without looking to the Bolivian border inspection post. Just like that. Go across the border, because so no one here cares. In the end, it is in our interests to have all the necessary documents. I suppose that if photocopying machine on the Bolivian side was broken we would have to go to the closest village to take a copy of these papers.
 
In the end we managed to get the required copies and get the last stamps in our passports. We could now go to the Bolivian border, where a very nice border officer gave us a visa for 60 days, even though he insisted that he may gave us visa for up to 30 days and then we had to extend the visa in La Paz.

On the border we took colectivo to Copacabana, where with great difficulty we found accommodation at an affordable price with the Wi-Fi. You can clearly see the difference in the standard of accommodation: it is really hard to find the place with the internet (in Peru we never had this problem), but almost everywhere there are electric showers providing hot water (which was not so evident in Peru).

Copacabana is not a very interesting town, where most of the tourists come to enjoy the Island of the Sun, where according to legend the Sun, the Moon and the first Incas emerged from. We also went to this island despite the fact that we had heard quite a lot of bad things about it (that everywhere we would be asked for money, that there is a lot of tourists and that it is not too interesting). Island of the Sun unfortunately didn’t greet us with sun but with heavy rain which absolutely did not encourage us to leave the boat. Fortunately, the weather likes to change and the sun looked out from behind the clouds after few minutes, allowing us to see a little bit of the island. Well, actually island itself is not really impressive. There are ruins, but after seeing a whole lot of ruins in Peru this one there didn’t impress us that much. On the second of the beaches where we arrived we had to pay just for exit from the boat, but really there's nothing there. Oh, a piece of the beach and that’s it... The second time, I definitely wouldn’t come back here again. Much more I liked the islands on Lake Titicaca on the Peru.

We had a very pleasant surprise in Copacabana. As we walked toward the harbour, talking quite loudly I quite suddenly heard:

 "Hi!" (in Polish)

Not sure if I misheard it I approached the boy, who turned said that and saked:

"Are you from Poland?"

It turned out that it was Chris, who along with Max are traveling on motorcycles around the world. Not only that: they were just waiting for another Pole - Michael, who travels in South America on foot. Together we went for a beer, and the next day we met the Ewelina - wife of Michael, who joined him for a part of the journey. It was really incredible to meet Poles in this hole at the end of the world :) And even more amazing it was to meet SUCH Poles at the end of the world. Anyway look there yourselves: