piątek, 26 lipca 2013

Peruwianski Przeglad Prasy (Puno) / Peruvian Press Review (Puno)

Scroll down for the English version

Podczas naszej podróży powrotnej z Juli wpadła mi w ręce lokalna gazeta „Los Andes”, która jest wydawana w Puno. W niej kilka artykułów szczególnie rzuciło mi się w oczy i postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Stąd dzisiejszy „Przegląd Prasy”.

Najciekawszym wydał mi się artykuł o ruchach sejsmicznych pod Jeziorem Titicaca (moje zboczenie geograficzne:)) Okazuje się, że tylko w ostatnich kilku miesiącach pod jeziorem zanotowano aż siedem znaczących ruchów ziemi o skali 4,2-5.3 stopni Richtera. Ostatni z nich miał miejsce 29 czerwca bieżącego roku i miał siłę 4,5 stopni Richtera. W związku z tym sejsmolodzy obawiają się, że wkrótce może nastąpić jakieś wielkie trzęsienie ziemi, podczas którego fale na jeziorze mogą się wznosić nawet do 3m wyrządzając poważne szkody w przybrzeżnych wioskach oraz niszcząc lokalne uprawy. Nie powiem, ale sama myśl o tym, że być może nad jeziorem przeżyję moje pierwsze w życiu poważne trzęsienie ziemi przyprawiała mnie o gęsią skórkę... Na szczęście od jeziora się już oddaliliśmy tak więc nas już to nie dotyczy (czego nie mogę powiedzieć o ludziach tam mieszkających... Mam jednak nadzieję, że nie dojdzie do żadnej tragedii)

Kolejna informacja, która przykłuła moją uwagę była to krótka informacja o strukturze wiekowej ludności regionu Puno (znowu ta geografia! :)) W regionie tym aż 32% populacji jest w wieku 0-14 roku życia (poniżej wieku pracującego; aczkolwiek tutaj ten wiek jest chyba bardzo umowny, gdyż nie raz i nie dwa widzieliśmy całkiem małe dzieci sprzedające jedzenie lub świadczące inne drobne usługi na ulicach). Natomiast zaledwie 6% populacji ma powyżej 65 lat. Jest to typowy przykład młodego społeczeństwa. Typowy dla krajów rozwijających się, w których opieka medyczna nie jest na najwyższym poziomie i ludzie niestety żyją dużo krócej niż na przykład w krajach europejskich.

Zainteresował mnie także artykuł o przeprowadzanych kontrolach sanitarnych w Juliace, przez ktorą przejeżdżaliśmy w drodze do Lampy. Miasteczko to jest bowiem jednym wielkim targowiskiem. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że żadne kontrole sanitarne nie mają tam miejsca. Jedzenie jest przygotowywane w wielu miejscach na ulicy, często sprzedawane wprost z wielkiego gara przykrytego jakąś starą pieluchą. Jak się jednak okazuje kontrole takie mają od czasu do czasu miejsce i na przykład w Juliace w wyniku tych kontroli ostatnio zamknięto trzy restauracje za brak higieny. Czyżby był to znak postępu? Sama jednak nie jestem pewna czy to właśnie ta niepewność czy jedzone przez nas jedzenie jest na pewno w porządku nie dodaje mu pewnego smaczku ;)

W gazecie tej znalazłam również artykuł, który w gruncie rzeczy mnie rozbawił (pomimo swojej tragicznej treści). Dotyczył on mężczyzny, który próbował popełnić samobójstwo po kłótni ze swoim współlokatorem. Na szczęście uratowała go jego siostra, która w samą porę przyszła go odwiedzić. Człowiek trafił do szpitala i cała sprawa zakończyła się pomyślnie. Co jednak bardzo mnie zaskoczyło (i właśnie rozśmieszyło) jest fakt, że w gazecie podano dokładne dane mężczyzny (imię, nazwisko, wiek oraz osiedle gdzie mieszkał). Jak widać prawo ochrony danych osobowych tutaj po prostu nie istnieje bądź też w ogóle nie funkcjonuje. Nie wyobrażam sobie, aby podobna historia znalazła się w europejskich gazetach (i nie chodzi mi tu o historię samą w sobie, pomimo iż dziwi mnie, że znalazła się ona w lokalnej gazecie, a raczej o ilość szczegółów z nią związanych).

Ostatnia historia opisana w „Los Andes” dotyczyła lotu powrotnego prezydenta Boliwii z Rosji do swojego kraju. Niestety mój hiszpański nie pozwolił mi na dokładne zrozumienie artykułu, jednak parę dni później francuska para poznana na rejsie na wyspy Jeziora Titicaca przybliżyła mi historię o możliwości przemytu Snowdena do Boliwii. Jedno co z artykułu zrozumiałam, to fakt, że obecnie autor uważa, że Francja, Hiszpania i Portugalia ciągle zachowują się jak dawne potęgi kolonialne rządząc się strasznie. Generalnie artykuł ten miał dosyć negatywny wydźwięk wobec wspomnianych wyżej krajów, ale jak już wspomniałam mój ciągle nienajlepszy hiszpański nie pozwolił mi na jego pełne zrozumienie. A szkoda...

English:

On our return journey from Juli I found in the bus a local newspaper called "Los Andes", which is issued in Puno. Few articles in particular caught my eye and I decided to share them with you. Thus, today's "Press Review".

The most interesting for me was an article about seismic movements in Lake Titicaca (my swerve geographical :)) It turns out that only in the last few months seven major earth movements of 4,2-5.3 degrees Richter scale were registered in the area of Titicaca Lake. The last one took place on June 29 this year and had strength of 4.5 degrees Richter. Therefore, seismologists fear that soon there may be a great earthquake, during which the waves on the lake can rise up to 3m causing severe damage to coastal villages and destroying local crops. I will not say, but the thought about possibility of experiencing my first major earthquake was giving me the creep...

Another information that attracted my attention was a brief mention of the age structure of the population of the Puno (again this geography :)) In this region, up to 32% of the population is aged 0-14 years (below working age, although this age is here just on the paper, because not once and not twice I have seen quite small children selling food or providing other small service on the streets). However, only 6% of the population is over 65 years. This is a typical example of the young population. It is typical for developing countries where medical care is not great and where unfortunately people are living much shorter than, for example, in European countries.

I was also interested in the article about the checks sanitation in Juliaca, through which we passed on the way to Lampa. The village is in fact one big marketplace. At first glance, it would seem that no health checks have place there. The food is prepared in many places on the street, often sold directly from the big pans covered with some old diaper. As it turns out such checks take place from time to time. In Juliaca as a result of these inspections three restaurants had been recently closed for lack of hygiene. Could it be a sign of progress?

In this newspaper, I also found an article which, in fact, made me laugh (despite its tragic content). It concerned a man who tried to commit suicide after a quarrel with his roommate. Fortunately, he was rescued by his sister, who came to visit him just on time. The man was taken to hospital and the whole thing had a happy end. But what really surprised me (and that's funny) is that a newspaper gave all details of the poor man (name, surname, age and estate where he lived). As you can see right to the protection of personal data here simply do not exist or do not function. I cannot imagine that a similar story could happen in European newspapers (and I'm not talking about the story itself, although it surprises me that I was able to find it in a local newspaper, but rather the amount of details).


Last story described in "Los Andes" was about the return flight of Bolivian President from Russia to his country. Unfortunately my Spanish didn’t allow me to thoroughly understand the article, but a few days later, French pair who we met on a cruise to the islands of Lake Titicaca familiarized me with a story about the possibility of smuggling Snowden to Bolivia. One thing I understood from the article was the fact that the author believed that France, Spain and Portugal still behave like the former colonial powers ruling is terrible. Generally, this article was quite a negative connotation to the above-mentioned countries, but as I said my Spanish is not run of the mill still allowed me to his full understanding.

środa, 24 lipca 2013

Misti - typowe - nietypowe urodziny / Misti - usual - unusual birthday

by Albin
Scroll down for the English version

20 czerwca 2013 dla wielu ludzi był to pewnie kolejny normalny dzień w ich życiu. Jednak nie dla mnie, bo właśnie na tą datę przypadały moje ‘kolejne’ urodziny.  Pomysł na ‘niekonwencjonalne’ świetowanie skrystalizował sie podczas 11-dniowej wyprawy z Cachory do Machu Picchu. Jeden z Francuzów, z którymi wówczas szliśmy Arnaud miał urodziny dzień po mnie (21 czerwca). Wiec wpadliśmy na pomysł że możemy iść razem na wulkan Misti k/Arequipy i spedzić na szczycie 2 dni. Niestety okoliczności sprawiły, że Arnou nie był w stanie zdążyć na czas do Arequipy. Tak więc świetowanie miało odbyć sie samotnie.

Z organizacyjnego punktu widzenia sama wyprawa nie była trudnym przedsięwzięciem. Traktowałem to jak kolejne wyjście w góry, tak więc namiot, śpiwor, ciepła odzież, zapas jedzenia oraz wody. Wszystko bylo jasne. Pozostawało przygotować się mentalnie. To miała być moja pierwsza ‘góra’ o wysokości niemal 6 tysięcy metrów nad poziomem morza. To była wysokosc z jaką jeszcze nigdy się nie zmierzyłem. Dotychczas najwyższą górę jaką zdobyłem był wulkan Pichincha (4700metrów n.p.m.) w Ekwadorze. Poza tym w Peru trafiło się kilka ‘górek’ i przełęczy w okolicach 4500-4600 metrów, ale Misti miała być moją pierwszą poważną przeprawą.

Sam szczyt bardzo mnie fascynował, przyciągał do siebie jakąś tajemniczą siłą. Chodząc i zwiedzając Arequipę co chwila spogladałem na wulkan motywując się przed nadchodzącym ‘starciem’. Jednakże każde spojrzenie w jej kierunku powodowało niewielki strach i obawy, a także gęsią skórkę. To bylo coś czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem i chciałem aby trwało jak najdlużej. Z jednej strony chciałem to osiągnąć, a jednak wiedziałem że łatwo nie będzie.

Na ‘podbój’ Misty wyruszyłem dzień przed moimi urodzinami (19 czerwca) o 5 rano. W wypełnionym po brzegi lokalnym środku transportu podążającym w kierunku Chiguaty gdzie byłem jedynym ‘gringo’. Wiedząc wcześniej że będę skazany polegać na wskazówkach lokalnych ludzi gdzie wysiaść przezornie zaopatrzyłem sie w ‘mini’—podręczny słownik z prostymi zwrotami po hiszpańsku.

Kiedy już zostałem sam na pustkowiu od razu urzekła mnie otaczająca cisza. Żadnych klaksonów samochodowych, krzyków ludzi, ani hałasu ulicznego. Z dala od gwaru wielkiego miasta (Arequipy), otoczony przez surowy górski krajobraz z wielką stożkiem wulkanu Misti naprzeciwko siebie. Droga do podnóża wulkanu nie była trudna. Do pokonania miałem zaledwie ok. 7 kilometrów polną, wyboistą, a do tego zakurzoną drogą. W trakcie pierwszego etapu marszu miałem trochę szczęścia. Niemal na poczatku zatrzymała się spora cieżarówka, której kierowca zaoferował mi podwózkę. W trakcie ‘rozmowy’ moim łamanym hiszpańskim dowiedziałem się, że kierowca kursuje tak codziennie do pobliskiego kamieniołomu, który był usytuowany u podnóża wulkanu. Na szczęście część jego trasy pokrywała się z kierunkiem, w którym podążałem. Tak więc po krótkiej podwózce kierowca wysadził mnie na rozdrożu skąd dalej kontynuowałem drogę w strone Misti.

Po kilkunastu minutach marszu tuż obok mnie zatrzymał sie Jeep. Okazało się że w środku podążała para Nowozelandczyków, koło pięćdziesiątki, którzy również wybierali się, samotnie na wspinaczkę na wulkan. Tak więc dalej razem kontynuowaliśmy wspinaczkę. Już po krótkim czasie dało się odczuć że moi nowi towarzysze podróży mają plecaki znacznie lżejsze od mojego. Również swoją kondycją jak i doświadczeniem górskim znacznie mnie przewyższali. W związku z tym po około 2 godzinach wspólnego marszu dałem im do zrozumienia że wcale nie muszą się na mnie oglądać i mogą iść w swoim ‘normalnym’ tempie.

Przez pozostałe godziny sam podążałem w górę Misti. Od razu można było się zorientować, że ma się do czynienia z wulkanem, gdyż na ziemi znajdował się bardzo drobny pył wulkaniczny, który przy tym niemiłosiernym słońcu ostro dawał się we znaki. Poza tym naokolo występowała bujna roślinność trawiasta, oraz liczne krzewy, które dawaly o sobie znać poprzez swoje kolce, które często przebijały nawet przez długie spodnie i koszulkę w czasie marszu wąskimi ścieżkami.

Na miejscu campingu znalazłem sobie całkiem przyjemny zakątek w miarę osłonięty od wiatru. Już znacznie wcześniej rozbiło się tam małżeństwo nowozelandzkie, a poza tym okazało się że w dniu następnym również z nami na ‘szczyt’ będzie wchodzić grupa z Chile idąca z przewodnikiem. Podczas rozmowy z przewodnikiem dowiedziałem się że ta ilość śniegu jaką zastaliśmy już na 4700 metrach nie jest normą o tej porze roku. Niestety jakieś dwa tygodnie wcześniej w wyższych partiach górskich spadła spora ilość śniegu.

Jako że około godziny 17 zrobiło się ciemno postanowiłem iść spać, ale jak tu zmusić organizm do tak wczesnego zaśnięcia  – nawet dla mnie, który chodzę do łóżka tak wcześnie było to nie lada wyzwanie. W końcu po długim, kilkugodzinnym wierceniu sie w śpiworze udało mi sie zmrużyć oczy.

Wyjście z obozowiska zaplanowałem na godzinę 1:00. Po wydostaniu się z ciepłego namiotu zaskoczyło mnie rozgwieżdżone niebo bez ani jednej chmurki. Dzień wcześniej zapytałem się przewodnika chilijskiej grupy czy mogę do nich dołączyć (szukanie drogi po ciemku nie należy do najłatwiejszych zadań) i on się bez problemu zgodził. Wszyscy zaopatrzeni w czołówki szliśmy gęsiego tuż za przewodnikiem, który nawet w ciemnościach co rusz rozpoznawał charakterystyczne głazy. Ponieważ dzień wcześniej zgubiłem rękawiczki, teraz musiałem improwizować. Tak więc wykorzystałem moją dodatkową parę grubych skarpet do których w jedną dłoń włożyłem czapkę, a do drugiej bandamkę. W sumie było mi ciepło, ale bez rewelacji. Po około 1,5 godziny okazało się że Chilijka która zdecydowała się na wejście z grupą bardzo odczuwa przenikliwy wiatr i zaczyna poważnie marznąć – szczególnie w dłonie i nogi. Muszę przyznać że na pierwszy rzut oka miała całkiem dobry ubiór, tak więc wydaje mi się że marznięcie mogło mieć bardziej aspekt psychologiczny. Z czasem z kobietą było coraz gorzej więc kilka razy musieliśmy się zatrzymać na dłużej przy jakiejś niszy aby ją ogrzać wszelkimi, możliwymi sposobami. Od czasu do czasu ogarniały ją wręcz ataki paniki-zimna. Wówczas krzyczała że nie czuje palców u rąk i nóg. A co ja biedny miałem czuć ze swoimi ‘rękawiczkami’ zrobionymi ze skarpetek.

Pomiędzy 5 a 6 rano nastapił niesamowity spektakl wschodu słońca. W sumie wszyscy wręcz wyczekiwali pierwszych promieni słonecznych aby choć trochę ogrzać przemarznięte kości. Ciągle wiał bardzo porywisty wiatr, który wielokrotnie wytrącał mnie z pionu. Misti również wyglądała przepięknie o wschodzie słońca. Jej olbrzymi cień na tle milionowego miasta robił niesamowite wrażenie. Zrobienie kilkunastu zdjęć (co wiązało się ze ściągnięciem ‘rękawiczek’) kosztowało mnie straszne katusze zmarzniętych palców u rak. Za którymś razem poprosiłem przewodnika czy mógłbym pożyczyć od niego zapasowe rękawiczki, z których zrezygnowała ta Chilijka. Ku mojej radości zgodził się. Zresztą i tak było na tyle zimno że nie do końca zrezygnowałem z moich skarpetek w środku:)

Około godziny 9 kiedy już widzieliśmy szczyt wulkanu cała grupa postanowiła zrobić przerwę i odpocząć. Po oczach Chilijki widziałem że ma dość i się poddała. W  jej przypadku wejście na szczyt nie wchodziło w rachubę. Również pozostała część towarzyszy powoli przegrywała walkę z wulkanem. Co chwila pytali kiedy gdzieś przysiądziemy żeby odpocząć i jak daleko jest jeszcze do szczytu. Kiedy w odpowiedzi usłyszeli 1,5-2 godz. – opadli bez sił. Wiedziałem że z nimi już dalej nie pójdę. Jednak nie chciałem się poddać ‘tuż ‘ przed celem. Sam wierzchołek był juz widoczny co jeszcze bardziej mnie motywowało do dalszego marszu. Niestety przewodnik musiał wracać z całą trójką do bazy. Ja wiedziałem że tak łatwo się nie poddam. Byłem już na 5500 metrów n.p.m. Poza tym nic mi nie dolegało. Nie byłem wyczerpany kilkugodzinnym podejściem, nie było mi zimno nawet nie odczuwałem żadnych skutków choroby wysokościowej. Teraz albo nigdy.

Podczas ostatniej przerwy dogoniła nas inna zorganizowana grupa angielsko-francuska, która wystartowała z obozowiska znacznie niżej położonego niż nasze (ta Chilijka bardzo nas opóźniała, poza tym podczas licznych postojów pozostali uczestnicy zaczynali odczuwać przenikliwe zimno).  Ruszyłem za kolejną grupą na szczyt. Tym razem nie było już kamieni, natomiast był typowy trawers po śniegu wzdłuż jakiegoś mniejszego szczytu. Nie powiem, nie było latwo. Śnieg po kolana, a czasami jak się zeszło ze szlaku to można było się zakopać nawet po pas (mi zdarzyło się to dwa razy). Sam przewodnik jakimś nadzwyczajnym instyktem wyszukiwał dalszą drogę. Jednak taka sielanka nie trwała zbyt długo. Po jakiś 20 minutach ‘nowy’ przewodnik zbuntował się i powiedział żebym szedł dalej sam, a nie po jego śladach. Bo ja przecież nie zapłaciłem za ‘wycieczkę’ więc on nie będzie mnie prowadził na szczyt. Po ostrej wymianie zdań i kilku niecenzuralnych słowach z mojej strony ruszylem dalej po jego śladach (nigdzie mi się nie śpieszyło więc odczekałem trochę i ruszyłem jakieś 5 minut po nim – w sumie nikt mi w górach nie możę zabronić iść wolno czyimiś śladami). W tym człowieku nie widzialem żadnego ducha solidarności górskiej, nawet czystego odruchu ludzkiej pomocy, tylko czysta żądża pieniądza.

Kiedy byłem już pewny dalszej drogi na szczyt tzn. jakieś 45 minut przed celem, na prostej, wówczas ’włączyłem drugi bieg’ i wyprzedziłem całą grupę, która zresztą w celu kolejnej próby ‘’zgubienia’’ mnie zarzadziła przerwę. Na szczyt Misti dotarłem około godziny 10—po niemal 9 godzinach marszu. Nic nie opisze radości jaka mną ogarnęła kiedy stanałem na szczycie. Niebo było nadal bezchmurne, ale wiało niemiłosiernie. Przy tym było grubo poniżej zera, no cóż w końcu byłem na wysokości 5822 metrów n.p.m. Widok jaki się z tamtąd rozpościerał zapierał dech w piersiach. Wszystkie okoliczne wulkany jak i góry było widać jak na dłoni. Nieco poniżej mogłem zajrzeć do krateru samego wulkanu Misti, a trochę niżej (jakieś 3600 metrów poniżej) majaczyło miasto Arequipa.

W sumie na szczycie spedziłem około godzinę. Niestety wkrótce nadszedł czas zejścia w dół. W końcu nic nie trwa wiecznia, a mnie czekało jeszcze kilka godzin zejścia. Na drogę powrotną wybrałem tą samą drogę co Chilijczycy. Była krótsza, ale trochę trudniejsza technicznie. Żleb  którym schodziłem był przykryty głebokim zamarzniętym śniegiem. Gdy już mi się wydawało że jestem na poziomie gdzie powinien znajdować się mój namiot spotkała mnie niemiła niespodzianka.  Namiotu nie było w moim zasięgu wzroku. Ałć. W sumie nie do końca poznawałem okolice powyżej campingu jako że opuściłem obozowisko nocą kiedy jeszcze panowały egipskie ciemności. Tak więc ruszyłem trawersem w poszukiwaniu campingu. Po przejściu kilku zagłębień moim oczom ukazało się obozowisko, jednak było znacznie poniżej mnie, tak więc czekało mnie jeszcze  kilkadziesiąt minut dodatkowego przedzierania się między głazami i śniegiem. W końcu koło 11.30 wyczerpany dotarłem do celu i przysiadłem w pobliżu swoich rzeczy by trochę odetchnąć.

Po krótkim odpoczynku spakowałem plecak i ruszyłem w drogę powrotną. Samo schodzenie w dół zajęło mi znacznie mniej czasu niż dzień wcześniej droga w przeciwną stronę. Już pod koniec marszu postanowiłem sprawdzić się po raz ostatni. Moim mottem przez resztę drogi było ‘maszeruj albo zdychaj’ znana maksyma z Legii Cudzoziemskiej. Tak więc po całym dniu chodzenia po wulkanie postanowiłem  przejść ostatnie 7 kilometrów  w czasie 1 godziny. Słońce, kurz, zmęczenie, brak jedzenia oraz załadowany plecak ‘stawiały’ opór. Jednak najważniejsze była silna motywacja i wewnętrzna siła. Tempo marszu miałem całkiem niezłe i w sumie byłem bliski osiągnięcia celu. Cały dystans udało mi się ‘zrobić’ w godzinę i 10 minut. Byłem całkiem zadowolony z siebie. Tym mocnym akcentem zakończyłem się swoje zwykłe – niezwykłe urodziny.

English:
by Albin

June 20, 2013, for many people it was probably another normal day in their lives. But for me it was my next birthday in my life. The idea of ​​'unconventional' celebration crystallized during 11-day trekking from Cachora to Machu Picchu. One of the French, with whom we then walked -  Arnaud had birthday just a day after my birthday (June 21). So we came up with the idea that we can go together to the volcano Misti close to Arequipa and spend two days at the top. Unfortunately, due to some circumstances Arnou was not able to make it on time to Arequipa. Thus I had to celebrate alone.

From an organizational point of view, the expedition itself was not a difficult task. I saw it as just another mountain trip, so I knew I had to take the tent, sleeping bag, warm clothes, food and water supply. Everything was clear. I just had to prepare myself mentally. This was to be my first mountain of almost 6000 meters above sea level. It was the height of which have never climbed before. So far, the highest mountain I climbed was a volcano Pichincha (4700 meters above sea level) in Ecuador. Moreover, in Peru we went to few 'hills' and pass around 4500-4600 meters, but Misti was to be my first major ordeal.

The top fascinated me, attracted with the kind of mysterious power. Walking and exploring Arequipa I looked at the volcano before my “challenge”. However, every glance in her direction resulted in a slight fear and anxiety, as well as creeps. It was something I had never experienced before, and I wanted that lasted as long as possible. On the one hand, I wanted to get it, but I knew that it will not be easy.

My trip to Misti I started a day before my birthday (June 19) at 5 am. In a packed local bus to Chiguata I was the only 'gringo'. Knowing in advance that I would be condemned to rely on the guidance of local people where to get off I cautiously equipped himself in 'mini'-concise dictionary with simple phrases in Spanish.

Once I was alone in the wilderness I was captivated immediately by surrounding silence. No car horns, people shouting or traffic noise. I was away from the bustle of the big city (Arequipa), surrounded by harsh mountain landscape with great Misti volcano cone in front of me. The road to the foot of the volcano was not difficult. I had only about 7 km to walk on a dirty, bumpy and dusty road. During the first stage of the march I had a good luck. Almost at the beginning of my trip a large truck stopped and the driver offered me a ride. During the 'conversation' in my broken Spanish, I learned that the driver runs as a daily to a nearby quarry, which was located at the foot of the volcano. Fortunately, part of the route coincides with the direction in which I followed. So after a short drive driver dropped me off at a crossroads where I continued on the path toward Misti.

Jeep stopped right next to me after only several minutes of walking. It turned out that it was a couple of New Zealanders, about fifty, who also chose to climb alone on the volcano. We continued climbing together. After a short period of time I realised that my new traveling companion’ backpacks are much lighter than mine. Also they were fitter and much more experienced in mountain climbing than I was. Therefore, after about two hours of a joint march I gave them to understand that they do not need to wait for me and they can go in their 'normal' pace.

For the remaining hours I walked Misti myself. At once you can realize that you're dealing with a volcano, because on the ground there was very fine volcanic dust, which with combination with merciless sun gave a really touch experience. Besides, there was lush vegetation around the grassy, ​​and numerous shrubs that give to manifest itself through its spines, which are often pierced even by long pants and shirt while walking through the narrow paths.

On-site campground, I found myself quite as inviting place, sheltered from the wind. A couple from New Zealand came here before as well and besides, it turned out that a guided group from Chile will climb with as the next day. During a conversation with a guide I found out that the amount of snow that we found already at 4700 meters is not the norm for this time of year. Unfortunately two weeks earlier in the higher parts of the mountain a large amount of snow felt.

As it got dark already at 5pm I decided to go to sleep, but how to get your body to sleep so early - even for me who I go to bed so early was a real challenge. Finally, after a few hours of drilling in a sleeping bag I managed to squint.

I planned to leave camp at 1:00am. After getting out of the warm tent, I was surprised by the starry sky without a single cloud. The day before, I asked the Chilean group’s guide if I could join them (look for the road in the dark is not the easiest of tasks), and he easily agreed. We all followed the guide who even in the darkness was able to recognize the distinctive boulders. Because the day before I lost my gloves, now I had to improvise. So I used my extra pair of thick socks. Overall, I was warm, but no revelations. After about 1.5 hours we found that one of the Chilean girls felt very cold and begun to seriously freeze - especially her hands and feet. I have to admit that at first glance she had a pretty good outfit, so it seems to me that freezing may have more psychological aspect. With time, the woman was getting worse so a few times we had to stop for longer at some niche to try to warm her with possible ways. From time to time she even had panic attacks from cold. Then she cried that she didn’t feel your fingers and toes. What should I feel with his 'gloves' made from sock?

Between 5 and 6 am there was an amazing spectacle of sunrise. Almost everyone looked forward to the first rays of sunshine to warm up little frost-bones. Still a very strong wind was blowing, which often precipitated me vertical. Misti also looked beautiful at sunrise. Her huge shadow on the background of one millionth city made a huge impression. Taking several photos (which was associated with taking off the 'gloves') cost me a terrible agony frozen fingers. I asked the guide if I could borrow his spare glove. To my delight he agreed. Anyway, I was so cold that I didn’t give up my socks in the middle :)

Around 9 o'clock when we saw the top of volcano whole group decided to take a break and relax. When I saw the eyes of Chilean girl I knew she had enough and gave up. Also the rest of the companions were slowly losing the battle with the volcano. All the time they asked about break and how much was it to peak. When they heard in response that it was 1.5-2 hours they dropped without power. I knew none of them would go any further. But I did not want to resign 'right' in front of the goal. I had already seen the top what motivated me even more to continue the march. Unfortunately the guide had to go back with all three people from his group to the base. I knew that it will not give up easily. I've been to 5500 meters above sea level. And nothing was wrong with me. I wasn’t exhausted by the few hour climb, I was not cold and I didn’t feel any effects of altitude sickness. It was then or never.

During the last break we caught up with other organized group of English-French, which took off from the camp located much lower than ours (the Chilean delayed us a lot). I went after another group towards the summit. This time there were no stones, and was typical traverse with the snow along a smaller peak. I wouldn’t say it was easy. Snow on the knee, and sometimes as a descended from the trail that could be buried up to his waist (it happened to me twice). The guide was miraculously finding the trail in the snow. The idyll did not last too long. After about 20 minutes my 'new' guide rebelled and told me to go on alone, and not in his footsteps. Because I hadn’t paid for the 'tour' so he wouldn’t lead me to the top. After a sharp exchange of words and a few obscene words on my part I moved on in his footsteps (I was not in a hurry so I waited a bit and I started some five minutes after him - nobody in the mountains can stop me from going on one’s footsteps). This man did not understand any of solidarity mountain, even pure human instinct to help, just pure lust for money.

When I was sure the road to the top, ie about 45 minutes before the summit I speeded up and overtook the entire group. I reached the Misti’s summit around 10 o'clock after nearly nine hours of walking. Nothing can describe the joy which seized me when I stood at the top. The sky was still clear, but the wind blew mercilessly. It was well below zero, well, I was finally at an altitude of 5822 meters above sea level. The view from there was really breath-taking. All the surrounding volcanoes and mountains could be seen at a glance. A little lower I could have a look into the crater of Misti volcano, and a little lower (about 3600 meters below) there was city of Arequipa.

In total, I spent about an hour on the summit. Unfortunately, soon it was time to descend down. In the end nothing lasts forever, and I still had a few hours to descend. On the way back I have chosen the same path as Chileans. It was shorter, but a little more difficult technically. I went down the gully which was covered with deep frozen snow. Once I thought I was on a level where I should find my tent I met an unpleasant surprise. The tent was not in my sight. Ouch. All in all I really didn’t have a chance to get to know the area above the campground as I left the camp at night when I was pitch dark. So I set off in search of traverse terrain. After passing a few cavities in my eyes appeared the camp, but it was well below me, so I had a few minutes extra of going down. In the end I got to the campsite about 11.30am and exhausted I had little break.


After a short rest I packed my backpack and set off on the return journey. Descent down it took me less time than the road in the opposite direction the day before. At the end of the march I decided to check myself one last time. My motto for the rest of the way was 'march or dye' famous maxim of the Foreign Legion. So after a long day of walking around the volcano I decided to go last 7 km in 1 hr. The sun, dust, fatigue, lack of food and loaded backpack 'put up' resistance. But the most important was a strong motivation and inner strength. I had a pretty good pace and I was close to reach my goal. The entire distance I managed to 'do' in an hour and 10 minutes. I was quite pleased with myself. The strong accent finished in my usual - unusual birthday.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Magiczne Jezioro Titicaca / Magical Titicaca Lake

Scroll down for the English version


Jezioro Titicaca od zawsze było dla mnie magiczne. Nie wiem czy wynikało to z jego magicznie brzmiącej, jakże rytmicznej nazwy, czy ze zdjęć, których się naoglądałam na długo zanim pomysł wyjazdu do Ameryki Południowej narodził się nam w głowach, a na których to jezioro miało niesamowicie głęboką niebieską barwę... A być może magia ta narodziła się z legendy, według której z Jeziora Titicaca wyłoniło się słońce i księżyc oraz pierwsi z dynastii Inków...

Do Puno, które położone jest nad samym jeziorem dojechaliśmy z Arequipy. Chyba po raz pierwszy podczas tej podróży udało mi się nie przespać całej podróży. Najczęściej bowiem gdy tylko wsiądę do autobusu zasypiam kamiennym snem i jak to Albin mówi „marnuję widoki” :) Tym razem było jednak inaczej i dobrze bowiem za oknem przemijały mi cudne krajobrazy Rezerwatu Salinas y Aguada Blanca. Po drodze co chwila mijaliśmy mniejsze i większe stada pasących się wikuni. Bez pośpiechu, w spokiju przeżuwały one wysuszone źdźbła traw. Popołudniu, w ciepłych promieniach zachodzącego słońca, mijane przez nas góry przybrały piękny odcień koloru starego złota. Gdzieniegdzie tylko połyskiwały srebrne pozostałości powoli topniejącego śniegu. W mijanych potoczkach i strumyczkach odbijało się natomiast błękitnoniebieskie niebo.


Z Puno wybraliśmy się na trzy wycieczki: do Lampy, w której znajduje się olbrzymi kościół; do Juli zwanej Małym Rzymem Ameryki ze względu na jej położenie pośród wzgórz oraz piękne kościoły oraz na całkiem popularny wyjazd na wyspy Jeziora Titicaca. W Lampie i Juli nie spotkaliśmy żadnych turystów. Lokalni mieszkańcy przypatrywali się nam jedynie z zainteresowaniem, najwyraźniej nie przyzwyczajeni do odwiedzin ich miasteczek przez obcych.

Wybierając się na wyspy jeziora wykupiliśmy rano bilety u jednego z przewoźników i popłynęliśmy najpierw na jedną z pływających wysp Uros. Obecnie wygląda ona jak żywy skansen. Mieszka na niej 10 rodzin z dziećmi i poza przyjmowaniem turystów zajmują się oni głównie rybołóstwem. Na kolejnej z wysp – Amantani, mieliśmy nocleg u jednej z mieszkających tam kobiet. W cenie noclegu mieliśmy także zapewnione trzy posiłki, które Irma – nasza gospodyni dla nas gotowała. Od Irmy dowiedzieliśmy się także, że ze względu na dużą ilość rodzin zainteresowanych przyjmowaniem turystów u siebie w domach oraz rotację przyjęć, ona ma gości jedynie 2-3 razy w
miesiącu. Za każdym razem bardzo się ona cieszy, mogąc gościć u siebie turystów z całego świata. Razem z nami u Irmy nocowała para Francuzów, którą poznaliśmy na łódce i to razem z nimi poszliśmy na obchód wyspy, Na samym początku Albin postanowił się wykąpać w lodowatej wodzie jeziora. Ja razem z Francuzami ograniczyliśmy się do moczenia sobie stóp oraz puszczania kaczek na spokojnych wodach jeziora. Po relaksie na plaży nadszedł czas na zwiedzanie ruin, do których musieliśmy się nieco powspinać. Ze szczytu rozpościerał się jednak widok, który zdecydowanie rekompensował nam męczarnię wspinaczki. Szczególnie zachód słońca odebrał nam resztki naszego tchu w piersiach :)

Zachód słońca spodobał się nam tak bardzo, że rano postanowiliśmy z Albinem wspiąć się ponownie na górę, aby tym razem podziwiać słońce budzące się do życia. Drugiego dnia nadeszła pora na trzecią i ostatnią z wysp – Taquile. Jest ona zdecydowanie bardziej turystyczna od Amantani. Miejscowi, chyba już znudzeni turystami nie odpowiadają na życzliwe pozdrowienia i dużo trudniej jest ich skłonić do zwykłej rozmowy. Nam jednak udało się znaleźć zarówno miejsca, w których poza nami nie było nikogo jak i spotkać ludzi, którzy byli chętni podzielić się z nami swoimi historiami.
English:

Lake Titicaca has always been magical for me. I do not know whether this was due to its magical rhythmical name, or photos, which is have seen so many long before the idea of ​​going to South America was born in our heads and on which the lake had extremely deep blue colour ... Or maybe the magic is born in the legend, according to which from Lake Titicaca emerged the sun and the moon and the first of the dynasty of the Incas ...

To Puno, which is located right on the lake we arrived from Arequipa. Perhaps for the first time on this trip I managed not to sleep the whole trip. Usually as soon as I enter the bus I fall asleep and as Albin says "I am wasting views" :) This time it was different and it was well worth it with the wonderful landscapes of Reserve Salinas y Aguada Blanca over the window. Along the way, all the time time we passed the small and large herds of vicuñas. Calmly they were eating dried blades of grass. In the afternoon, the warm rays of the setting sun gave a hills a nice shade of old gold. Here and there only the silver gleaming of slowly melting snow remained. In streams and rivulets we passed deep blue sky reflected.


In Puno we went on three trips: to the Lampa, where is a huge church, to Juli due to its location in the hills and the beautiful churches called Little Rome of America and the very popular trip to the islands of Lake Titicaca. In Lampa and Juli we did not meet any tourists. Local residents looked at us with interest, obviously not accustomed to strangers visiting their villages.

Going to the islands on the lake we purchased a ticket from one of the carriers in the morning and first we sailed to one of the floating islands of Uros. Now it looks like a living museum. 10 families live there now with their children. Their main activity is to show tourists around and fishing. In another of the islands - Amantani, we stayed overnight in the local house. We had three meals included in our accommodation. Irma - our hostess cooked them for us. From Irma we learned that due to the large number of families interested in hosting tourists at their homes, and the rotation in hosting, she can have tourists only 2-3 times a month. Every time she is very glad to host at home tourists from all over the world. A couple of French who we met on the boat stayed together with us at Irma’s place.
We went with them on the tour of the island, at the very beginning, Albin decided to take a bath in the icy water of the lake. I together with the French decided to only soak the feet. After relaxing time on the beach it was time to explore the ruins, where we had a little climb. From the summit, however, the views definitely compensate us climbing agony. Especially sunset took our remaining breath away :)



We liked sunset so much that with Albin we decided to climb to the top again in morning, this time to enjoy the sun awakening to life. On the second day it was time for the third and last of the islands - Taquile. It is much more touristic site than Amantani. Locals, probably already bored with tourists, do not correspond to the kind greetings and it is much more difficult to convince them to ordinary conversation. However, we managed to find both places where there was no one else but us and meet people who were willing to share with us their stories.

PICTURES

wtorek, 9 lipca 2013

Cotahuasi - Najglebszy i Najpiekniejszy Kanion Swiata / Cotahuasi - the Deepest and the Most Beautiful Canyon in the World

Scroll down for the English version

Cotahuasi nie chciało nas... Wszystko szło jak po gruzie... Zacząwszy od wyjazdu... Gdy dzień wcześniej rozmawialiśmy z Albinem, powiedziałam mu:

 „Po co będziemy jechać kupować bilet wcześniej. Cotahuasi nie jest popularną miejscowością turystyczą i na pewno uda nam się kupić bilety godzinę przed odjazdem!”

Hmmm.. Byłam w błędzie... Przybyliśmy na dworzec autobusowy razem z naszymi plecakami spakowanymi jak trzeba na 4-dniowe łażenie po górach. Dosyć szybko przekonaliśmy się, że tego dnia nigdzie nie pojedziemy. Cotahauasi może i nie jest popularną miejscowością turystyczną, ale wszystko wskazuje na to, że jego mieszkańcy dosyć często odwiedzają stolicę regionu, którą jest Arequipa. Postawieni w takiej sytuacji kupiliśmy bilety na autobus na następny dzień (na który również zostało raptem 5 wolnych miejsc!) i skruszeni wróciliśmy do hostelu.


Następnego dnia stawiliśmy się jak trzeba na dworcu autobusowym, gdzie okazało się, że będziemy jechać całkiem przyzwoitym autobusem z porządnie rozkładanymi siedzeniami (naprawdę super sprawa przy 10-godzinnej podróży!) Moja radość na myśl o dobrze przespanej nocy minęła najpierw kiedy okazało się, że mniej więcej w połowie drogi skończył się asfalt a autobusem zaczęło trzęść we wszystkich możliwych kierunkach. Po kolejnej godzinie pasażerowi siedzącemu przede mną zacięło się okno (które co chwila otwierał i zamykał) i w moim kierunku do końca drogi wiał niemiłosiernie zimny wiatr. Ależ się wtedy cieszyłam, że zdecydowałam się wziąć śpiwór do środka!

Niezbyt wyspana, o 4:00 wysiadłam razem z Albinem (któremu nie przeszkadzało ani otwarte okno, ani trzęsący się autobus i całą drogę spał jak zabity) w małej wiosce,  którą jest Cotahuasi. Ponieważ nasz kolejny autobus odjeżdżał dopiero o 6:30, postanowiliśmy się rozłożyć koło przystanka autobusowego i nieco przespać. I tutaj znowu Albin spał sobie smacznie podczas gdy ja trzęsłam się z zimna i tylko co chwila odpowiadałam na serdeczne pozdrowienia patrzących na nas z zainteresowaniem mieszkańców.

W końcu około godziny 7:30 dojechaliśmy do wodospadu Sipia, skąd zaczynaliśmy nasz trekking. Wodospad ten ma wysokość 153m i jest nieco ukryty w czeluściach kanionu. Wsłuchując się w szum spadającej wody zjedliśmy skromne śniadanie i wyruszyliśmy w drogę. Kanion Cotahuasi niemal od razu powalił mnie na kolana. Niesamowite urwiska, wysokie na ponad 1000m ściany z obu stron rzeki, bajeczna czerwono-złota kolorystyka... Kanion ten reklamuje się jako najgłębszy i najpiękniejszy na świecie (El canon mas profundo y bello del mundo). Jest on podobno nieco wyższy od dużo bardziej znanego Kanionu Colca i moim zdaniem zdecydowanie od niego ładniejszy. Idąc w stonę wioski Quechualla, do jego najgłębszej części nie mogłam wyjść z zachwytu. Do tego około godziny 9:00 nad naszymi głowami zaczęły szybować majestatyczne kondory.

Maszerowaliśmy tak aż do około godziny 15:00. Tego dnia mieliśmy zamiar rozbić namiot w okolicy Quechualla, aby następnego dnia na spokojnie dotrzeć do Ushua, uznawanego za najgłębsze miejsce kanionu, a później pójść do Charcany, znajdującej się po drugiej stronie gór. Niestety nasze plany legły w gruzach, gdy przed nami na drodze pojawiło się wielkie zawalisko. Zaczęliśmy pytać miejscowych robotników, którędy w takim razie możemy dojść do Quechualla, ale ciągle tylko słyszeliśmy, że to jest bardzo niebezpieczne i nie da się go obejść, a innej drogi nie ma. Zrezygnowani przeszliśmy po starym i trzęsącym się moście na drugą stronę rzeki i na sporym polu kaktusów, położonym na stromym zboczu kanionu rozbiliśmy namiot.

Następnego dnia planowaliśmy wrócić do Cotahuasi i stamtąd do Arequipy. Jednakże gdy rano weszliśmy do autobusu, z zaskoczeniem obserwowaliśmy miejscowych mieszkańców z gracją przechodzących przez zawaloną drogę. Podpytaliśmy jeszcze na wszelki wypadek spotkanego Francuza, który właśnie z Quechualla wrócił i potwierdził on to co widziały nasze oczy: przez zawalisko można w miarę bezpiecznie przejść! Szybka decyzja: idziemy! Po około 3 godzinach wędrówki wzdłuż rzeki doszliśmy do odciętej od świata wioski: Quechualla. Stamtąd miała prowadzić w miarę prosta droga do Ushua. My jednak próbowaliśmy trzech różnych ścieżek i żadna z nich nie wydawała się być tą dobrą. Jak wspomniałam na początku: Cotahuasi nas za bardzo nie chciało przyjąć... W końcu zmęczeni upałem poddaliśmy się i zaczęliśmy wracać w stronę zawaliska skąd następnego dnia mieliśmy wracać do wioski Cotahuasi. Tego dnia spaliśmy w inkaskich ruinach przy rzece.

Gdy wróciliśmy do wioski okazało się, że podobnie jak z wyjazdem stąd są podobne problemy jak z przyjazdem. Dlatego też czekały nas 24 godziny w Cotahuasi. Na szczęście dla nas akurat odbywały się obchody peruwiańskiego dnia nauczyciela i w związku z tym w wiosce odbywał się festyn: turniej siatkówki, apel, koncert, tańce... Z związku z tym sporo czasu spędziliśmy na terenie tutejszej szkoły oraz Plaza de Armas obserwując tutejszą fiestę.

Droga powrotna do Arequipy minęła nam bez większych przygód. Ja wprawdzie nieco odchorowałam pobyt w Cotahuasi, ale teraz już jesteśmy gotowi na kolejny punkt naszej wycieczki i jutro wyjeżdżamy w końcu do Puno :)


English:

Cotahuasi did not want us... Everything was going not as it should... Starting from leaving Arequipa... When I talked the day before with Albin, I told him:

 "I don’t see why we should go to buy a ticket in advance. Cotahuasi is not a popular tourist resort and for sure we will be able buy tickets an hour before departure! "

Hmmm... I was wrong... We arrived at the bus station with our backpacks bundled up as it should be for a 4-day mountain hiking. Pretty soon we found out that this day we will not go anywhere. Cotahauasi may not be a popular tourist destination, but it seems that its residents quite often visit the capital of the region, which is Arequipa. Brought in such a situation, we bought bus tickets for the next day (for which were also only five seats left!) And we returned to the hostel.


The next day we arrive on time at the bus station, where we found that we go in a pretty decent bus with seats properly reclining (really cool thing with a 10-hour journey!) My joy at the prospect of a good night sleep disappeared at first when it appeared that less halfway the asphalt was over and the bus started shaking in all possible directions. After another hour, the passenger seated in front of me stuck the window (which every now and then he was opening and closing) and the mercilessly cold wind was blowing in my direction until the end of the journey. And then I was glad that I decided to take a sleeping bag inside!

I got off at 4:00am with Albin (who was not bothered neither by open window nor by shaking bus and he slept like a baby) in a small village, which is Cotahuasi. As our next bus was not leaving until 6:30am, we decided to spread near the bus stop and have a little sleep. And here again Albin slept soundly while I was shaking from the cold, all the time answering to heartfelt greetings from the residents staring at us with interest.

Finally around 7:30 am we arrived at the waterfall Sipia, where we started our trek. This waterfall has a height of 153m and is somewhat hidden in the depths of the canyon. Listening to the sound of falling water we ate a modest breakfast and hit the road. Canyon Cotahuasi knocked me to my knees almost immediately. Amazing cliffs, over 1000 meters high walls on both sides of the river, fabulous red and gold colours ... Canyon that advertises itself as the deepest and most beautiful in the world (El canon mas profundo y mas bello del mundo). It is apparently somewhat higher than the much more famous Colca Canyon, and in my opinion much nicer than it. Going towards Quechualla village, to the deepest part of the canyon I could not get out of admiration. Until about 9:00 am over our heads majestic condors began to soar.

We marched so until about 3pm. That day we were going to pitch a tent in the area Quechualla so the next day we could easily reach Ushua, which is considered the deepest part of the canyon, and then go to Charcana, located on the other side of the mountains. Unfortunately, our plans were shattered when on the road in front of us we found a huge landslide. We began to ask local workers, which way then we can come to Quechualla, but all we heard was that it was very dangerous and cannot be passed, and there is no other way. Resigned we went through the old and shaky bridge across the river and we camped into a huge cactus field, located on a steep slope of the canyon.

The next day we planned to go back to Cotahuasi and then to Arequipa. However, when we got on the bus in the morning, with a surprise we saw local people passing through the collapsed road with the grace. We also asked a Frenchman we met, who had just returned from Quechualla and he confirmed what our eyes have seen: one can fairly safe pass the landslide! Quick decision: let's go! After about 3 hours walking along the river we came to the villages cut off from the world: Quechualla. From there should be simple way to Ushua. However, we tried three different paths and none of them seemed to be the good one. As I mentioned at the beginning: Cotahuasi didn’t want us to be there... Finally, tired of the heat we gave up and started walking back toward the landslide from where the next day we had to go back to the village Cotahuasi. That day we slept in Inca ruins by the river.

When we returned to the village, it turned out that, there were the similar problems with departure from the village as we had with the arrival here. Therefore, we waited 24 hours in Cotahuasi for our bus to come. Luckily for us the celebration of Peruvian teacher’s day was held and, therefore, a little fiesta took place in a village: volleyball tournament, parade, show, dancing... Because of that we spent a lot of time in the local school and the Plaza de Armas observing the local fiesta.


The way back to Arequipa passed us without much adventure. I fell ill after coming back from Cotahuasi but now we're ready for the next point of our trip and tomorrow we are eventually leaving to Puno :)