niedziela, 30 czerwca 2013

Kanion Colca - pot, kurz i zgrzytanie zebów / Colca Canyon - sweat, dust and gnashing of teeth

Scroll down for the English version

Sama nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Piotrze Chmielińskim i Andrzeju Piętowskim, którzy w 1981 roku jako pierwsi przepłynęli kajakiem Kanion Colca. Czasami mam wrażenie, że o tej wyprawie wiedziałam od zawsze (co z oczywistych względów nie jest możliwe). Wydaje mi się, że pierwszy raz musiałam się o nich dowiedzieć w liceum, kiedy to byłam szczególnie zainteresowana odkryciami i osiągnięciami Polaków na świecie. Nie wiem... Może wpadł mi wtedy w ręce jakiś stary numer National Geographic, a może po prostu natknęłam się na jakiś artykuł o ich wyprawie, w którymś z licznych magazynów podróżniczych, które w tamtych czasach czytałam. Faktem jest, że od zawsze wiedziałam, że kiedyś pojadę do Kanionu Colca, aby na własne oczy zobaczyć jeden z najgłębszych na świecie kanionów.

Okazja do odwiedzenia go nawinęła się podczas naszej wycieczki po Ameryce Południowej. Nie mogłam jej oczywiście zmarnować. Będąc w Arequipie dowiedzieliśmy się, jak możemy się do kanionu dostać oraz wyznaczyliśmy trasę naszego 3-dniowego trekkingu. Pierwszego dnia dojechaliśmy do Cabanaconde około godziny 10:00. Zanim zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy była 11:00. Ponieważ zaczęliśmy stosunkowo późno, a na dodatek nie byliśmy rozgrzani (tzn. Albin po wejściu na Misti pewnie nie miałby problemów z chodzeniem, ale ja po parotygodniowej przerwie od naszego trekkingu do Machu Picchu oraz Tres Cruces, nie miałam ochoty umierać z bólu następnego dnia) postanowiliśmy, że tego dnia połazimy jedynie przez 4 godziny. Głównie zejście do rzeki (jakieś 1000 metrów pionowo w dół), pierwszy kontakt z Colca i jedynie na koniec delikatne podejście do Llahuar, leżącego u ujścia rzeki Huaruro do Colca.


W Llahuar zatrzymaliśmy się w przesympatycznym schronisku, gdzie odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z pracującą tam panią. Zapytała się mnie ona po co uczyć się języków, jeśli się nie podróżuje. Oczywiście miałam ochotę podać jej argumenty o otwartości na świat, poznawaniu nowych ludzi, kultur... Jednak szybko dotarło do mnie, że niewiele to wszystko będzie znaczyć dla kogoś, kto nie ma dostępu do internetu, mieszka w wiosce, do której nie można nawet dojechać samochodem... W tym momencie straciłam moje argumenty... A zaczęło się od tego jak to język keczua traci na znaczeniu w tym regionie, jak coraz mniej osób (szczególnie młodych) jest w stanie dogadać się w keczua. Ja oczywiście stwierdziłam, że jest to strasznie smutne. Ona stwierdziła, że tak musi być. Hiszpański jest językiem  łatwiejszym oraz bardziej rozpowszechnionym.

Drugiego dnia znowu mieliśmy krótką trasę. Po zejściu w dół czułam każdy mięsień w moich nogach, ale na szczęście, trasa nie była bardzo trudna (pomimo stromego podejścia na koniec). Drugi nocleg mieliśmy w miejscowym hospedaje (noclegowni), w malutkiej wiosce Fure, do której nie dociera zbyt wielu turystów. Za jedyne 30 soli mieliśmy dla siebie całą zbudowaną z gliny chatkę. Warunki wprawdzie bardzo prymitywne (w chatce nie było nic poza łózkiem – nawet okien), ale jakie autentyczne! W takich bowiem chatkach na codzień mieszkają Peruwiańczycy na wsiach. Ponieważ do Fure dotarliśmy stosunkowo wcześnie na koniec dnia poszliśmy jeszcze na spacer do wodospadu Huaruro.

Dzień trzeci natomiast był dla mnie naprawdę męczarnią. Niech tylko wspomnę, że czekało nas podejście z powrotem w górę kanionu – 1200 metrów. I może nie byłoby to tak straszne, gdyby nie to, że wcześniej przeszliśmy już jakieś 15 kilometrów z Fure do Oazy. Normalnie ta trasa jest rozkładana na dwa dni. No, ale przecież MY nie jesteśmy jakimiś mięczakami i spokojnie możemy ją zrobić w ciągu jednego dnia! Grrrr... Zła decyzja! Nogi bolały mnie już zanim doszliśmy do Oazy. Gdy zaczęliśmy podchodzić pod górę (w samo południe!!!) od razu wiedziałam, że będzie ciężko... nawet bardzo ciężko... tym bardziej, że nie mieliśmy ze sobą wystarczającej ilości wody... Po około 2 godzinach podejścia, kiedy ciągle została nam jeszcze połowa góry przed nami, a wody zostało tyle, co na zmoczenie ust od czasu do czasu, miałam ochotę usiąść na ścieżce i się popłakać. Na szczęście moja druga „Ja”, ta silniejsza, co chwila mi w głowie powtarzała: „siądziesz i co? Dalej nie będziesz miała wody, dalej będziesz zmęczona, a do celu nie będzie ani trochę bliżej. Wstawaj i idź!” Więc szłam... Ale było naprawdę ciężko... i gorąco... Gdy w końcu doszłam na szczyt byłam zbyt zmęczona, żeby się z tego cieszyć... W pierwszym sklepie kupiliśmy napoje, aby zaspokoić nasze pragnienie. Ach! Cóż to była za rozkosz J

W drodze powrotnej do Arequipy zatrzymaliśmy się w słynnym Cruz del Condor – punkcie widokowym, który jest obowiązkowym przystankiem wszystkich wycieczek do Kanionu Colca. Wielkie ptaszory latały nam nad głowami, czasami mijając nas niemalże na wyciągnięcie ręki. Patrząc z góry na kanion i płynącą w dole rzekę po raz kolejny zastanawiałam się jak wyglądała wyprawa naszych dzielnych Polaków w 1981 roku. W których miejscach spali? Czy spotykali po drodze jakiś zaskoczonych ich widokiem rybaków? Czy byli bardzo zmęczeni? Jaką pogodę mieli? Czy mieli jakieś mapy? Te oraz tysiąc innych pytań krążyło mi po głowie podczas całej wędrówki. Bardzo żałuję, że przed przyjazdem tutaj nie udało mi się przeczytać żadnej książki z relacją tej wyprawy. Zdecydowanie będę musiała nadrobić zaległości po powrocie do Europy!


English:


I do not know when I first heard about Andrzej Piętowski and Piotr Chmieliński who were the first to kayak the Colca Canyon in 1981. Sometimes I have the impression that I knew about this trip forever (what of course is not possible). It seems to me that the first time I had to learn about them in high school, when I was particularly interested in the discoveries and achievements of Poles in the world. I do not know ... Maybe then I read an old issue of National Geographic, or maybe I just came across an article about their trip, in one of the many travel magazines that I read at that time. The fact is that I always knew that one day I will go to the Colca Canyon to see one of the deepest canyons in the world.

The opportunity to visit it happened during our tour of South America. I could not lose it, of course. While in Arequipa, we learned how we can get to the canyon and have set the route of our three-day trek. The first day we got to Cobanaconde about 10:00 am. At the time we ate breakfast and set off was 11:00 am. Since we started relatively late, and in addition we weren’t warmed up (I mean Albin after climbing Misti probably would not have problems with walking, but me after a long break from our trek to Machu Picchu and the Tres Cruces, I did not want to die in pain the next day) we decided that this day we would walk only for 4 hours. Mainly going down to the river (about 1000 meters straight down), the first contact with the Colca and only at the end of gentle approach to Llahuar, lying at the mouth of the river Huaruro to Colca.


In Llahuar we stayed in the really nice hostel, where I had a very interesting conversation with the lady working there. She asked me what it is the purpose to learn languages ​​if you do not travel. Of course I wanted to give her arguments for openness to the world, meeting new people, cultures ... However, it soon dawned on me that all of this will mean nothing for someone who does not have access to the internet, lives in the village, which cannot even be reached by car ... At this point I lost my arguments ... And all started from the discussion about Quechua language losing its importance in the region, as more and more people (especially young people) are not able to speak Quechua any more. I certainly found that it is terribly sad. She said that it must be so. Spanish is the language easier and more widespread.

On the second day we had a short walk again. After going down a day before I felt every muscle in my legs, but fortunately, the track was not very difficult (although steep climb at the end). The second night we stayed in a local hospedaje (shelter), in the tiny village of Fure, which does not get too many visitors. For only 30 soles we had to ourselves a little house made of clay. The conditions were very primitive (in the hut there was nothing out of bed - even the windows), but it was so authentic! The Peruvians in villages live in these cabins on a daily basis. Because we got to Fure relatively early at the end of the day we went for a walk to the waterfall Huaruro.

The third day was a really torture for me. Let's just remember that we had to climb back up to the canyon - 1200 meters. And maybe it would not be so terrible if not the fact that we have made earlier about 15 km from Fure to Oasis. Normally this route is spread over the two days. No, but then WE are not some molluscs and we can easily do it in one day! Grrrr ... Bad decision! Legs hurt me before we came to the Oasis. When we started to approach the hill (at noon!) I immediately knew it would be hard ... even very hard ... Especially that we had not enough water ... After about 2 hours climb, when we still had about half of the way to climb, and we had as much water as to wet the lips from time to time, I wanted to sit down on the path and to cry. Fortunately, my second "I", the stronger me, kept saying, "you sit and what? You still will have no water, you will still be tired, and the top will not be any nearer. Get up and go! "So I went ... But it was really hard ... and hot ... When at last I reached the top I was too tired to enjoy it ... In the first store we bought drinks to satisfy our thirst. Ah! Well, it was a delight :)


On the way back to Arequipa we stopped at the famous Cruz del Condor - a lookout point, which is a mandatory stop on any tour to the Colca Canyon. Big birds flew over our heads, sometimes passing us so close we could almost touch them. Looking from the top of the canyon on the river flowing down once again I wondered how it looked like when our brave Poles had their expedition in 1981. Where did they sleep? Did they meet some fishermen surprised by the view? Were they very tired? What kind of weather they had? Did they have any maps? These and a thousand other questions circled in my head during the whole journey. I deeply regret that before coming here, I could not read a book with the report of the expedition. I will definitely have to catch up when I return to Europe!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pamiatkowy kryzys / Souvenir's crisis



Scroll down for the English version

W końcu po prawie czterech miesiącach w podróży po Ameryce znalazłem natchnienie na mój pierwszy post na Naszym blogu. Może nie jestem osobą zbyt wylewną ani lekkiego pióra, ale czas najwyższy zaznaczyć swoją obecność podczas  tej wyprawy.

Jako że już wcześniej podróżowaliśmy trochę po Europie mogę sie w pewnym stopniu tytułować ‘rasowym’ podróżnikiem. A jak przystało na taką istotę staram sie z każdego wyjazdu – czy to bliższego, czy też dalszego przywieść jakąś pamiatkę (ang. suvenir) . Nie musi to być jakieś dzieło sztuki, po prostu lubię mieć w domu jakiś przedmiot, dzięki któremu mogę w mgnieniu oka i w dowolnej chwili przywołać pozytywne wspomnienia  z minionego wyjazdu. Pozwala  mi to w pewnym stopniu zapomnieć o szarej monotonii życia codziennego (praca-dom-praca) jak również daje energi i motywacji na planowanie, a przede wszystkim oszczędzanie funduszy na następny wyjazd.

Rodzaj kupowanych pamiątek w dużej mierze zależy od gustu samego ‘podróżnika’. Nie bez znaczenia są ograniczenia w wielkości bagażu który jest dostępny no i przede wszystkim nie można zapomnieć o zasobności portfela :). A tak w ogóle wachlarz dostępnych pamiątek jest olbrzymi jeśli nie nieograniczony. Bo dla jednego kamień zebrany z plaży na której spędziło się romantyczny wieczór we dwoje będzie więcej znaczył niż wyszukana rzeźba wykonana przez lokalnego artystę.

Spośród rzeczy które można zakupić w lokalnych sklepach lub na straganach  gama dostępnych pamiątek może wręcz doprowadzić o zawrót głowy. Począwszy od kamyczków szcześcia poprzez wszelkiego rodzaju bryloczki, wisiorki i naszyjniki, a skończywszy na ubraniach, obrazach, plakatach, czy też sztuce użytkowej. Należy wspomnieć że ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Również ich pochodzenie nie zawsze zwiazane jest z miejscem ich zakupu. Bo jak wytłumaczyć zakup ‘przecudnego’ naszyjnika z muszelek w górach czy też czarodziejskiej różdżki gdziekolwiek na świecie. Niewątpliwie w większości szcześliwymi  nabywcami tych skarbów są dzieci, które ulegają chwili i uraczone magią kolorów dają się skusić na ich zakup. Ale jak zrozumieć ludzi dorosłych którzy zakupują zestaw garnków w miescowości uzdrowiskowej czy też ‘przecudną’ karykaturę zrobioną na ulicy, która w każdym innym mieście nie dość że byłaby znacznie tańsza to jeszcze jej wykonanie byłoby bardziej staranne.

Tak więc ludzie wracając z podróży okupują się wszelkiego rodzaju gadżetami, które są im bardziej lub mniej potrzebne.

Patrząc na siebie nie mogę powiedzieć że jestem inny od reszty. Ja również lubię się otaczać przedmiotami, które przywracają pozytywne wibracje z minionych podróży. Niestety ze względu na niewielką przestrzeń mieszkalną jaką posiadamy staramy się ograniczyć ich gabaryty. Nasza kolekcja magnesów na lodówkę robi całkiem duże wrażenie. Poza tym ilość kolczyków zgromadzonych przez Justynę może również wprowadzić w osłupienie.

Jednak dla mnie osobiście celem numer jeden podczas ‘polowania’ na pamiątki są... widokówki. Można powiedzieć że na ich punkcie mam prawdziwego fioła. Ale nie mówię tu o tych ze standartowym widokiem (zabytków, ludzi, zwierząt). Dla mnie byłoby to zbyt proste i konwencjonalne. Ja staram się wynajdywać takie które przedstawiają miejsca w które odwiedziłem (zazwyczaj są to miasta), ale wyłącznie z lotu ptaka. Muszę powiedzieć że nie są to widokówki zbyt popularne ani łatwo dostępne. Po dziś dzień nie potrafię do końca wytłumaczyć fascynacji  takimi, a nie innymi ‘kartkami’. Bo cóż po pocztówce gdzie wszystkie zabytki są wielkości główki od szpilki i niewiele widać poza ‘lasem’ zabudowy miejskiej. W przypadku ‘tradycyjnych’ pocztówek  zawsze można pokazać znajomym miejsca które się widziało.

Jak już wspomniałem udało mi się zobaczyć kawałek świata (chociaż muszę szczerze powiedzieć więcej było w tym Europy niz Świata J). Ze swojego doświadczenia mogę stwierdzić że na Starym Kontynencie – a w szczególności w krajach Europy Zachodniej nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem jakichkolwiek pocztówek. Do wyboru, do koloru. Są one dostępne/osiągalne niemal na każdym rogu w niemal każdej nawet najmniejszej miejscowości. Taka różnorodność daje duże pole do popisu i zawsze można znaleść jakąś kartkę która zadowoli każdą ze ston. Bo jak to często bywa na wszelkiego rodzaju rekreacyjnych wyjazdach, czy też wakacjach ludzie starają się wysłać rodzinie czy też znajomym pocztówkę, która ‘uzmysłowi’ im na jakim super wyjeździe właśnie przebywamy.

Inaczej przedstawia się dostępność pocztówek we wschodniej części Europy. Tutaj niestety swój negatywny wpływ odcisnął socjalizm, który ‘gościł’ na tych ziemiach przez niemal 50 lat (1945-90). Widokówki są dostępne niemal w każdym mieście jednak ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Często zdjęcia są również nie do końca aktualne. Nie mówię tu o pocztówkach okolicznościowych (urodzinowe, ślubne itd.) których gałąź rozwija się bardzo intensywnie. Na szczęście również te podróżnicze/turystyczne starają się nadgonić stracony czas. Większe miasta widzą w tym całkiem dobrą promocję, więc na rynku pojawia się coraz więcej pocztówek z wizerunkiem miasta jakie chcielibyśmy odwiedzić.

Natomiast zupełnie inaczej sprawa z pocztówkami wygląda w Ameryce Południowej. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że pod tym względem sytuacja w Kolumbii, Ekwadorze czy też Peru (bo jak na razie te trzy kraje udało mi się odwiedzić) jest zupełnie w powijakach. We wszystkich tych krajach znalezienie jakiejkolwiek widokówek graniczy wręcz z cudem. Nie ma ich w punktach sprzedaży gazet, ani na ulicznych stoiskach. Jedynym miejscem gdzie można je spostkać to księgarnie. Ale i tu może nas spotkać niemiła niespodzianka. W większości przypadków są one gdzieś pochowane pod ladą i jedynie zostaną nam pokazane na nasze życzenie. A i tak ich wybór nie zachwyca. W większości są to jakieś zwierzęta lub zbytki ale sprzed 20 lat. No cóż pewnie u nich nic się nie zmienia to po co uaktualniać zdjęcia pocztówkowe.

Muszę stwierdzić że zupełnie inna sytuacja rysuje się w bardziej turystycznych miejscach takich jak: Quito, Cuenca, Lima, Cusco. Tutaj gdzie można spotkać rzesze turystów z zagranicy również rynek widokówek jest znacznie rozbudowany. Ich wielorakość może wręcz przytłaczać. Czasami aż trudno wybrać jakąś sensowną. Można więc znależć pocztówki z zabytkami, zwierzętami, roślinami, dziećmi, scenki z życia, typowe potrawy badź stroje. Tak więc w tych miejscach każdy maniak pocztówkowy będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Patrząc z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że nie we wszystkich krajach Ameryki ‘wysyłanie’ pocztówek z wakacji jest mocno spopularyzowane. W większości kartki pocztowe kupują i wysyłają turyści z zagranicy (głównie z Europy: Niemcy, Francuzi, Anglicy), dla których odwiedzane miejsca są egzotyczne z odmienna, zaskakująca kulturą oraz miejscami których nie spotkają nigdzie indziej. Poza tym dysponują oni znacznie większymi środkami finansowymi niż turyści ‘lokalni’ (pochodzący z Ameryki).  Z drugiej strony ‘lokalni’ turyści bardziej preferują robienie zdjęć niż kupowanie pocztówek na których można zobaczyć dokładnie to samo. To wszystko sprawia że ten specyficzny dział pamiątkarski zlokalizowany jest w miejscach najbardziej turystycznych gdzie ciągła ‘rzeka’ obcokrajowców zapewnia stały zbyt.

English:

Finally, after almost four months travelling around America, I found inspiration for my first post on our blog. Maybe I'm not too effusive person or don’t have light of writing, but it's time to make my mark on this trip.

As we have already travelled a bit in Europe I can to some extent titled myself 'true' traveller. And as such a person from every trip - whether it closer or further I try to bring some souvenir. This don’t need to be a work of art, I just like to have an object in the house, so that I can snap at any time to recall positive memories of the last trip. This allows me to somewhat forget about the grey monotony of everyday life (work-home-work) as well as give me the energy and motivation to plan, and above all saving funds for our next trip.

Type of souvenirs largely depends on your taste as the 'traveller'. Significant as also luggage limit and of course you cannot forget about the funds available :) And anyway range of souvenirs available is enormous, if not unlimited. Because for one stone collected from the beach where one spent a romantic evening together will mean more than elaborate sculpture made by a local artist.

Among the items that can be purchased in local shops or stalls range of souvenirs available may well result in dizziness. Starting from lucky stones, all kind of key rings, pendants, necklace, ending on cloths, paintings, posters or the applied arts. It should be mentioned that the quality often leaves much to be desired. Also, their origin is not always related to the place of purchase. Because, how to explain the purchase of 'miracle' necklace of shells in the mountains or a magic wand anywhere in the world. Undoubtedly, the best buyers of these treasures are the children who are easily tempted to buy anything. But how to understand the adults who purchase a set of pots in the towns as a spa or a 'marvellous' caricature done on the street, which in any other city not only that it would be much cheaper yet its finishing would be better.

Thus, people returning from travel come back with all kinds of gadgets that are the more or less useless / unnecessary.

Looking at myself I cannot say that I'm different from the rest. I also like to surround myself with objects that bring back the positive vibes from the last trip. Unfortunately, due to the small living space we have, we try to reduce their size. Our collection of refrigerator magnets makes a pretty big impression. Besides that the amount of earrings collected by Justyna is also quite big.

But for me personally to number one in 'hunting' for souvenirs are ... postcards. You can tell that I am real postcard freak. But I'm not talking about those with a standard view (monuments, people or animals). For me it would be too simple and conventional. I'm trying to find such that depict places I have visited (usually the city), but only from the air. I have to say that they are not too popular or easily accessible postcards. To this day I cannot explain this fascination. On this kind of postcards you cannot see much more than the ‘forest’ of city jungle. In the case of 'traditional' postcards you can always show your friends a place that you have seen.

As I said, I managed to see a bit of the world (although to say honestly there was more of Europe than the rest of the world :)). From my experience I can say that the old continent - particularly in Western European countries I do not have the slightest problem with finding any postcards. They are available / achievable in almost every corner of almost every even the smallest village. This diversity provides a wide field of possibilities and you can always find a postcard for everyone. Because, as is often the case for all kinds of recreational trips or holidays, people are trying to send their families or friends a postcard, which shows them how great trip they just have.

The situation is different in the availability of postcards in the eastern part of Europe. Here, unfortunately, a negative impact cut off socialism, which dominated these lands for nearly 50 years (1945-1990). Postcards are available in almost every city but their quality leaves much to be desired. Often the images are not very up to date. I'm not talking about the occasional post cards (birthday, wedding, etc.) which choice is very big. Fortunately, also touristic cities are trying to catch up now. Larger cities see postcard industry as a pretty good promotion, so on the market appears more and more postcards with a picture of what we would like to visit.

However, a situation with postcards looks completely differently in South America. From my own experience I can say that in this respect the situation in Colombia, Ecuador or Peru (because so far the three countries I visited) is completely in its infancy. In all these countries to find any postcards is almost impossible. They are not in newsagents or at street stands. The only places where you can find them are the bookstores. But here comes an unpleasant surprise. In most cases, they are hidden somewhere under the counter and will only be showed us if we ask for it. And still their choice is not impressive. The majority show some animals or luxuries but 20 years ago. Well, probably here, nothing changes so then why postcards should be updated?

I have to say that situation looks completely differently in the more tourist areas such as Quito, Cuenca, Lima or Cusco. Here is where you can meet thousands of tourists from abroad and the market is full of postcards. Their diversity may even overwhelm. Sometimes it's hard to find the ones you are looking for. You can find postcards of monuments, animals, plants, and children, scenes from the life, typical dishes or the costumes. So in these places every postcard freak will be fully satisfied.

After spending some time here I must say that not in all countries of America sending postcards from holiday is very popular. In most of them tourists from abroad buy and send postcards (mainly from Europe: German, French, English); for whom the visited places are exotic and different with surprising culture and places they cannot see anywhere else. Besides, they have significantly greater financial resources than the national tourists (from the South America). On the other hand 'local' tourists prefer taking pictures than buying postcards on which you can see exactly the same things. All of that cause that this unique souvenir industry is located in the most touristic places where continuous 'river' of foreigners ensures a constant market for them too.

sobota, 22 czerwca 2013

Arequipa - w Krainie Zych Ludzi / Arequipa - in the Land of Bad People

Scroll down for the English version

Znane polskie przysłowie mówi, że diabeł tkwi w szczegółach. Ja bym jednak powiedziała, że diabeł tkwi w Arequipie. Tkwi i to w głębi osadzony w samym centrum miasta. W jego religijnym sercu – tutejszej katedrze. Siedzi sobie tam cichutko pod amboną i z ukrycia wpływa na tutejszych mieszkańców. W tym przepięknym swoją drogą mieście mieszka bowiem dużo złych ludzi. Za dużo...

Serio, nie lubię Arequipy. Tak jakos od pierwszego momentu... Gdy tu wjeżdżaliśmy wydała mi się niegościnna. I wcale nie mam tutaj na myśli urody miasta. Bo miasto jest prześliczne. Ma uroczą starówkę, wybudowaną z białego kamienia wulkanicznego, w której co i rusz można odnaleźć piękne kolorowe dziedzińce starych kamienic. Z wyglądu miasto bardzo mi się podoba. Nawet tak bardzo, że parę razy powiedziałam Albinowi, że mogłabym tutaj mieszkać. Chodzi jednak o ludzi. Tutejsi ludzie, według moich (bardzo zresztą subiektywnych) obserwacji, należą do najgorszego gatunku naciągaczy. Nie chcą i w ogóle nie starają sie być mili. Nie wiem, czy wynika może to z dużej ilości turystów przyjeżdżających tutaj? Ale w sumie do Cuzco przyjeżdża więcej osób, a jego mieszkańcy, pomimo tego są niesamowicie sympatyczni...

No ale może wyjaśnię o co chodzi... Spotkało mnie tutaj parę nienajmilszych sytuacji. Począwszy od pań w sklepie, które nie wydają prawidłowej reszty. Nie była to jednorazowa sytuacja, tak żebym mogła pomyśleć, że to zwykły przypadek, głupi błąd. Tych sytuacji było przynajmniej kilka, na szczęście szybko przez nas zauważonych.

Na drugi rzut pójdą supermarkety z ich promocjami. Ponownie: kilka razy zdarzyło się nam kupić produkty „z promocji”, które, gdy sprawdziliśmy rachunek, okazały się wcale nie być tańsze. Raz nawet zdecydowaliśmy się produkt zwrócić, gdyż różnica w cenie była tak znacząca. Okazuje się bowiem, że supermarkety stosują przebiegłe triki (czego również nie było w innych miastach Peru, albo przynajmniej my tego nie zauważyliśmy). I tak na przykład malutką czcionką piszą, że promocja jest ważna dopiero na drugi zakupiony produkt. OK, tutaj jest nasza wina, że nie czytamy małej czcionki. Ale drugi trik jest dużo podlejszy: na półce z wielkim znakiem dotyczącym promocji leżą prdukty tej samej firmy, w bardzo podobnych opakowaniach, tyle, że trzy razy droższe od tych z promocji. Produkty promocyjne znajdują się natomiast na półce niżej (czego nie do końca świadomy konsument nie wie i koniec końców kupuje produkt droższy!). Na te „promocje” nie tylko my się nabieramy, gdyż widzieliśmy także Peruwiańczyków zaskoczonych wysoką ceną przy płaceniu rachunku.

Kolejny przykład „złych” ludzi: pani w biurze podróży. Chcieliśmy wypożyczyć palnik na trekking do Kanionu Colca, ale go nie miała. Zaczęliśmy się pytać o wycieczki jakie oferuje i ich cenę. Wszystko w bardzo miłej atmosferze. Miała ona na ścianie wywieszoną mapę, która zainteresowała Albina więc zapytał się czy może jej zrobić zdjęcie (nie była to żadna zabytkowa mapa, a zwykła mapa do kupienia w sklepie, ale nie u tej pani), a ona odpowiedziała „Nie”. Ot tak po prostu. Bez wytłumaczenia. Zwykła, głupia mapa (później Albin znalazł lepszą mapę w innym biurze podróży i zrobił jej bez problemu zdjęcie).

Kolejny przykład: zapytaliśmy się w innm biurze podróży o kupno wcześniej wspomnianego palnika. Pan wystrzelił nam cenę z kosmosu: 400 soli! To jest 10 razy tyle co w Cuzco! W Cuzco taki palnik kosztuje 45-60 soli. Identyczny! Gdy o tym wspomnieliśmy pan nam odpowiedział „To jest reszta Peru, a to jest Arequipa. Nie możecie przekładać cen z reszty Peru do Arequipy” Świetnie!


No i na koniec chłopak w hostelu, do którego się przenieśliśmy. Przenieśliśmy się, bo Albin szedł na Misti i ja miałam zostać sama więc nie chcieliśmy płacić za pokój dwuosobowy, który mieliśmy w poprzednim miejscu. Nowy hostel polecany na Tripadvisor, cena za osobę też wyższa, no ale ma internet, ciepłą wodę i jeszcze parę innych bajerów. Najpierw noc: nasz pokój znajduje się nad recepcją i dlatego jest tańszy. Wiadomo: hałas ludzi wracających po nocy, ciągłe otwieranie drzwi itd. OK. Rozumiem. Ale nie rozumiem, że recepcjonista pozwala grupie dziewczyn siedzieć, gadać (wcale nie sciszonymi głosami), śmiać się przez ponad pół godziny wiedząc, że nad głowami śpią ludzie, którzy słyszą każde (nawet to mówione szeptem) słowo. W końcu Albin, który miał wstać o 5:00 nie wytrzymał i poszedł im zwrócić uwagę. Ale to nie powinno być jego zadanie. Myślę, że od tego jest recepcjonista! I już szczyt wszystkiego rano (co zainspirowało mnie do napisania tego wywodu). Tak jak wspomniałam w hostelu miało być wi-fi. Okazało się, że z jakiegoś powodu na moim laptopie internet nie działa. Poszłam zgłosić to do recepcji i poprosić o zrestartowanie rutera, na co pan mi odpowiedział, że to na pewno problem z moim komputerem, bo on ma internet na swoim smart phonie! Nawet nie spróbował mi pomóc (pomimo mojego nalegania). Gdy już w pełni zrezygnowana poszłam na taras na dachu, po jakiejś godzinie okazało się, że wi-fi zaczęło działać. Gdy zeszłam na dół chłopak z recepcji odpowiedział: „Wiesz, jak później sprawdziłem internet u mnie na laptopie okazało się, że też mi nie działał więc jednak zdecydowałem się zrestartować  ruter” I nie można było tak od początku??

I jeszcze po powrocie z Misti Albin opowiedział mi o przewodniku, którego spotkał na górze, który wolał zatrzymać swoją grupę i kazać im czekać niż powiedzieć Albinowi gdzie ma iść. Wszystko dlatego, że Albin szedł sam i nie zdecydował się płacić za usługi przewodnika! A ja zawsze wierzyłam, że w górach ludzie sobie pomagają...

Na koniec, żeby jednak nie było, że mieszkają tu tylko źli ludzie. Spotkaliśmy także parę naprawdę miłych osób. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu inny przewodnik spotkany przez Albina na Misti. Gdy dowiedział się on, że Albin po drodze zgubił swoje rękawiczki, pożyczył mu zapasową parę, którą niósł dla swoich klientów.
English:

Famous Polish proverb says that the devil is in the details. I would, however, say that the devil is in Arequipa. And it lies in the depth found in the very centre of the city; in its religious centre - the local cathedral. He sits there quietly under the pulpit and affect local residents. As in this beautiful by the way city a lot of bad people live.

Seriously, I do not like Arequipa. Somehow from the first moment ... When we entered here, it seemed inhospitable. And I do not mean here the beauty of the city. Because the town is lovely. It has a charming old town, built of white volcanic stone; you can find here beautiful colourful courtyards of old buildings. From the look of the city I really like. Actually I like it so much that a few times I said to Albin that I could live here. It is about people. The people, according to my (very subjective anyway) observations are the worst kind of hustlers. They do not want and do not try to be nice. I do not know if this can be a result of a large number of tourists coming here? But to Cuzco come more people, and its inhabitants are extremely friendly...

I think I should explain what I mean: We had quite few not very nice situations. Let’s start from the ladies in the shop, who don’t give a proper change. It was not a one-off situation, so that I can think that it's just a coincidence, stupid mistake. There were quite few situations like that, which fortunately we quickly noticed.

The second will go supermarkets with their promotions. A few times it happened that we buy products "of promotion," which, when we checked the bill, were actually not cheaper at all. Once we even decided to return the product because the price difference was so significant. It turns out that supermarkets use cunning tricks (which also was not in the other cities of Peru, or at least we did not notice them). For example, it is written in the tiny font that promotion is valid only for a second product you purchase. OK, here's our fault that we do not read the small font. But the second trick is a lot meaner: on a shelf with a big sign about the promotion there are products of the same company, in a very similar packaging, which are about three times more expensive than those of the promotion. Promotional products are on the lower shelf (not entirely conscious consumer does not know it and end up buying the more expensive product!). We have seen the Peruvians also surprised by a high price when paying the bill.

Another example of "bad" people: travel agents. We wanted to rent a stove for the trek to the Colca Canyon, but the woman in the agency didn’t have them. We started to ask about the tours offered and their prices. All in a very relaxed atmosphere. She had a wall map hanging I the office that Albin was interested in so he asked if he could take a picture of it (it was not a historical map, a normal map for purchase in the store, but not from this lady), and she replied "No". Just like that. Without explanation. Simple, stupid map (Albin later found a better map in another travel agent and took a picture without any problem).

Another example: we asked in another travel agency to buy the above mentioned stove. The guy gave us really high price of 400 sales! It is 10 times as much as in Cuzco! In Cuzco identical stove costs 45-60 soles. When we mentioned about it he said, "This is the rest of Peru, and that is Arequipa. You cannot translate the prices of the rest of Peru to Arequipa "Great!

There was also the guy in the hostel, to which we moved. We moved because Albin went on Misti and I had to be alone so I do not want to pay for a double room, which we had in the previous location. New hostel is recommended on Tripadvisor, the price per person is also higher, but it supposed to have internet, hot water and a few other goodies. First night: our room is located above the reception and therefore is cheaper. And I understand: the noise of people coming back at night, constantly opening doors, etc. OK. Fine. But I do not understand that the receptionist allows a group of girls sit, talk (not in hushed tones), laugh for more than half an hour, knowing that over their heads people are sleeping and these people can  any (even a whisper spoken) word. At the end Albin, who had to get up at 5:00am, went to ask them to be quiet. But it should not be his job. And then situation in the morning happened (which inspired me to write this post). As I mentioned in the hostel was supposed to be Wi-Fi. It turned out that for some reason on my laptop to the internet does not work. I went to speak to the front desk and ask to reboot the router and what was I said? I was said that it is definitely a problem with my computer, because the receptionist it has the internet on his smart phone! He even didn’t try to help me (despite my insistence). Once fully resigned, I went to a rooftop terrace. After some time, it turned out that the Wi-Fi operated. When I went downstairs to the front desk guy said, "You know, after I checked the internet on my laptop, it turned out that it did not work, however, so I decided to reboot the router”. Why couldn’t he do it before?

And after returning from Misti Albin told me about the mountain guide, who he met at the top, who preferred to keep his group waiting rather than to say Albin which direction he should go. That's because Albin went alone and decided not to pay for the services of a guide! And I always believed that in the mountains, people help each other...


At the end of that I want to say that of course there are not only bad people in Arequpia. We also met some really nice people. Another mountain guide met by Albina at Misti specially deserves to be mention here. When he found out that Albin lost his gloves on the way to the top, he lent him a spare pair he carried for his customers.

czwartek, 20 czerwca 2013

Jak świętują Peruwiańczycy? / How do Peruvians celebrate?

Scroll down for the English version


Będąc przez prawie miesiąc w Cusco mieliśmy okazję uczestniczyć w kilku paradach, procesjach oraz obserwować przygotowania do nich. Tak się akurat złożyło, że byliśmy tam w okresie Bożego Ciała zwanego tutaj Corpus Cristi. Główne święto nas ominęło, gdyż wyruszyliśmy wtedy na nasz trekking do MachuPicchu. W tym czasie była w Cusco jednak moja kuzynka i obchody Bożego Ciała zrelacjonowała u siebie na blogu. Ponieważ jednak Peruwiańczycy uwielbiają świętować, tak też Boże Ciało nie trwa tam jeden dzień (jak w Polsce), ale obchody rozciągnięte są mniej więcej na 10 dni. Główne dni to oczywiście samo Boże Ciało, ale także czwartek i piątek tydzień póżniej.

Aby jednak zrozumieć całe to świętowanie powinnam zacząć od początku (czyli Bożego Ciała, którego nie widzieliśmy). W Boże Ciało do katedry z Cusco znoszone są olbrzymie figury, przynoszone ze wszystkich lokalnych kościołów. Temu wydarzeniu towarzyszą oczywiście huczne procesje, którym towarzyszy muzyka, ożywiają je kolorowe stroje mieszkańców, a na porozstawianych straganach można spróbować różnych „smakołyków”.

Przez cały tydzień figury te grzecznie sobie stoją w katedrze, gdzie można je oglądać (oczywiście za odpowiednią opłatą... No chyba, że odwiedzimy katedrę podczas jednej z odbywających się tam mszy). Natomiast tydzień później, z równie wielką fetą figury katedrę opuszczają. Zaczynają one powoli, jedna za drugą, wychodzić z katedry, równie powoli okrążają Plaza de Armas po czym żegnane przez jedną z figur rozchodzą się do swoich kościołów. Figury te są naprawdę sporych rozmiarów i widać, że ważą bardzo dużo. Niesione są przez grupy mężczyzn uginających się pod ich ciężarem, idących równym krokiem, w rytm przygrywających im orkiestr. Każda z figur ma bowiem swoją własną orkiestrę. Oczywiście efekt jest taki, że na Plaza de Armas panuje istna kakofonia dźwięków, ale jak się domyślam, bez ich rytmicznej muzyki, noszenie figur byłoby dużo trudniejsze.

Figury świętych są pięknie poubierane, w kolorowe, bogato zdobione stroje. Podobnie niosący je mężczyźni: wszyscy noszą jednakowe, kolorowe stroje. Część z nich poubierana jest w tradycyjne, stroje regionalne, część po prostu nosi jednokolorowe koszule. Dla wszystkich męczących się mężczyzn widać uczestnictwo w święcie bardzo dużo znaczy. Pomimo zmęczenia, wysiłku widocznego na ich twarzach, widać także pewną satysfakcję, dumę...

Niektóre z figur mają też swoje podesty, na których spoczywają w momentach postoju, dając wytchnienie niosącym je uczestnikom. Podesty te niesione są raźnym krokiem przez młodych (na oko 8-12-letnich) chłopaszków. Mając przy tym dużo zabawy, przygotowują się oni w ten sposób do niesienia samych figur w przyszłości. Pomimo ich raźnego kroku i na ich twarzach widać wysiłek, a podesty będąc sporych rozmiarów do najlżejszych na pewno nie należą.

Tego dnia, na Plaza San Francisco, można zjeść potrawę jedzoną tylko w czasie Corpus Christi. Jest to Chiriuchu, na które składa się faszerowana ziołami świnka morska, kawałek kurczaka, kawałek kiełbasy, tutejszego białego sera, trochę kukurydzy, jakieś dziwne białe kuleczki, a wszystko posypane jest wodorostami. Spróbowaliśmy tego cuda i szczerze mówiąc nie powaliło nas ono na kolana... Zdecydowanie nie...

Gdy wyszliśmy dzień po procesji, w piątek, do miasta znowu spotkaliśmy procesje z figurami! Jak się bowiem okazało w czwartek zbierały się one w jednym z kościołów, aby w piątek ruszyć w dalszą drogę, wracając do swoich parafii. Ponownie były one niesione przez pięknie ubranych mężczyzn, z orkiestrami i całą pompą. Na dodatek przy wejściach do poszczególnych kościołów trwały normalne imprezy z muzyką, tańcami i pitym w dużych ilościach piwem. Tak więc jak widać jednodniowe u nas święto, tutaj przeradza się w całotygodniową imprezę.

Kilkakrotnie zdarzyło się nam także trafić na jakieś parady, które były zorganizowane z bliżej przez nas niewiadomego powodu. Podczas tych parad była muzyka na żywo, tańce, ludzie poubierani w swoje stroje regionalne... Odbywały się one w sumie co kilka dni. Czasem mniejsze, czasem większe. Czasami uczestniczyło w nich raptem parę osób niosących krzyż, a czasem składały się one z kilkunastu grup niosących transparenty przeciwko pracy dzieci, albo namawiające do lepszego traktowania starszych osób.

Także podczas pobytu w Cusco co chwila napotykaliśmy grupy dzieciaków (w wieku od lat 3 do lat 18) ćwiczące regionalne tańce. Przypuszczamy, że przygotowywały się one do festiwalu Inti Raymi, który odbywa się co roku 24 czerwca i jest jednym z większych świąt obchodzonych w Cusco. Im bliżej święta tym więcej grup ćwiczyło wieczorami na Plaza de Armas.

Bardzo nam się podoba sposób świętowania Peruwiańczyków. Niemal na każdym kroku widać, że bardzo kultywują oni swoją tradycję, a wszystkie święta oraz uczestnictwo w nich dużo dla nich znaczy. Życzyłabym sobie, aby i w Polsce święta były obchodzone z taką pompą, z troską o nasze bardzo zresztą bogate zwyczaje, zamiast ślepego przejmowania zwyczajów amerykańskich...

ZDJECIA

English:


Being almost a month in Cusco we had the opportunity to participate in several parades, processions and observe the preparations for them. It happened that we were there during the Corpus Christi. Unfortunately we missed the main festival, because of our trek to Machu Picchu. However, as the Peruvians love to celebrate, so the Corpus Christi does not lasts one day (as in Poland), but the celebration lasts for more or less at 10 days. The main day is of course the same Corpus Christi, but Thursday and Friday a week later are also important.

But to understand all this celebration I should start from the beginning (that is, of Corpus Christi, which we have not seen). On the Corpus Christi huge figures of saints are carried to the cathedral of Cusco. They are brought from all the local churches. Of course this event is accompanied by sumptuous processions accompanied by music, there are colourful costumes and on the stalls you can try a variety of "goodies".

Throughout the week, these figures stand politely in the cathedral itself, where you can watch them (for a fee of course ... Well, unless you visit the Cathedral during one of the mass held there). However, a week later, with as much feta figures leave the cathedral. They start slowly, one after the other, leave the cathedral, as slowly circle the Plaza de Armas, and then they say goodbye for one of the figures and they go to their churches. These figures are really generous in size and you can see that they weigh a lot. They are carried by a group of men sagging under their weight, walking in a steady pace, in the rhythm of the orchestra, as each of the figures has its own orchestra. Of course, the effect is that on the Plaza de Armas there is a veritable cacophony of sounds, but I presume, without their rhythmic music, carrying the figures would be much more difficult.

Statues of saints are dressed really nicely, in colourful, ornate costumes. Similarly, the men carrying them: all wear the same, colourful clothes. Some of them wear traditional regional costumes, some wear just one colour shirts. Although tiredness and much effort visible on the men’s faces, you can see a certain satisfaction, pride of participation...

Some of the figures also have their own platforms, on which they rest in the moments of stopping, giving moment of relax for carrying them men. These platforms are briskly carried by young (approximately 8 to 12 years old) boys. Having a lot of fun, they are preparing in this way to carry the figures in the future.

On that day, on the Plaza San Francisco, you can eat the food eaten only during Corpus Christi period. It is Chiriuchu, which consists of guinea pig stuffed with herbs, a piece of chicken, a piece of sausage, local cheese, some corn, some strange white balls, everything is topped with seaweed. We tried this miracle and to be honest it has not struck us on the knees ... Definitely not ...

When we went to the city the day after the procession, on Friday, once again we met processions with statues! As it turned out on Thursday, they gathered in a church so on Friday they could continue returning to their parishes. Again, they were carried by beautifully dressed men, with orchestras and the whole celebrations. In addition, at the entrances to various churches there were fiestas with music, dancing and drinking large quantities of beer. So as you can see our one day feast, here turns into whole week party.

Several times it happened that we also come across some of the parades, which was organized for unknown for us reason. During the parade there was live music, dancing, people wearing their regional costumes ... We could find them literally every few days. Sometimes there were less people, sometimes more. Sometimes it was only very few people carrying the cross, and sometimes they consist of several groups carrying banners against child labour, or urging to improve the treatment of older people.

Also, while in Cusco quite often we encountered groups of kids (aged from 3 to 18 years) exercising regional dances. We believe that they were preparing for the festival of Inti Raymi, which is held every year on June 24 and is one of the biggest holidays celebrated in Cusco. The closer it was to the festival, the more groups were practicing in the evening on the Plaza de Armas.


We really liked how Peruvians celebrate. Almost everywhere you can see that they really cultivate their traditions, and all the holidays and participation in them mean a lot to them. I wish in Poland we took so much care of our customs, instead of blindly taking over American traditions...

PICTURES

Tres Cruces - magiczne wschody slonca i rocznica slubu / Tres Cruces - magical sunrises and wedding anniversary

Scroll down for the English version

Nasza podróż w miarę upływu czasu spowalnia coraz bardziej. Początkowo gnaliśmy w typowo europejskim zapałem z jednego miasta do drugiego według ściśle określonego planu. Plan ten już jakiś czas temu przestał cokolwiek dla nas znaczyć. Teraz delektujemy się atmosferą mijanych miast i miasteczek. Dostosowujemy się do spowolniongo rytmu Ameryki Południowej, do jej spokojnie bijącego serca...

Taki właśnie lekko nostalgiczny i niesamowicie powolny był nasz wypad na górę Tres Cruces. Jest to jedna z ostatnich gór w łańcuchu Andów. Z jej szczytu rozpościera się niesamowity widok na leżącą poniżej dżunglę. Szczególnie spektakularne są tutaj wschody słońca, podziwiać które przybywa tutaj większość (nielicznych zresztą) turystów.

Można tam niby pojechać z wycieczką, ale to tak nie w naszym stylu! Zdecydowaliśmy się więc pojechać tam na własną rękę. Okazało się jednak, że nie jest to znowuż takie proste... Najtrudniejsze okazało się znalezienie skąd odjeżdża autobus do Pilkopaty, który miał nas zabrać do wejścia do Parku Narodowego Manu, w którym znajduje się Tres Cruces. Wydawało nam się, że dzień wcześniej znaleźliśmy miejsce odjazdu autobusu oraz dowiedzieliśmy się godzinę odjazdu. Gdy jednak przybyliśmy na miejsce o nieludzkiej godzinie 4:30, autobusu do Pilkopaty tam nie zastaliśmy... Miły pan poinformował nas, że autobusy tam odjeżdżają z leżącego na przedmieściach Cusco San Jeronimo... Cóż mieliśmy zrobić, poprosiliśmy naszego taksówkarza, aby nas tam zawiózł. Na miejscu okazało się, że colectivo jadące do Pilkopata rzeczywiście tam czeka, ale odjeżdża dopiero około 8:00... I po co nam było tak wcześnie wstawac? Poprosiliśmy kierowcę czy możemy poczekać w środku i szybko wpadliśmy w objęcia Morfeusza.


Po drodze do Manu zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w Paucatambo – uroczej, malutkiej miejscowości, z białymi kamieniczkami okalającymi rynek. Stamtąd tylko godzina jazdy i zostaliśmy wysadzeni przy wejściu do parku. Teraz czekał nas 3-godzinny marsz drogą na górę. Gdy dotarliśmy na szczyt, licząc na pierwsze widoki na Amazonię, zostaliśmy przywitani przez gęstą chmurę, zasłaniającą nie tylko dżunglę poniżej, ale wszystko dookoła... Mając nadzieję na ładny wschód słońca rozbiliśmy namiot i niedługo potem poszliśmy spać.

Rano obudziły nas ciepłe promienie wschodzącego słońca. Wprawdzie było ono otoczone wianuszkiem chmur, ale chyba tylko dodawały mu one uroku... :) Amazoni wprawdzie za bardzo nie widzieliśmy, ale widoki były nieziemskie. Ponieważ następnego dnia obchodziliśmy naszą drugą rocznicę ślubu, na górze postanowiliśmy spędzić dwie noce. W związku z tym cały dzień byczyliśmy się przed namiotem podziwiając przewalające się dookoła nas chmury. Dzięki nim krajobraz dookoła nas zmieniał się nieustannie, nie pozwalając się sobą znudzić. Natomiast gdy wieczorem wyszłam na chwilę z namiotu zaskoczyło mnie całkowicie bezchmurne, usiane milionem gwiazd niebo, obiecujące piekny wschód słońca o poranku.

Obietnice te okazały się nie być bez pokrycia. Naszą rocznicę rozpoczęliśmy w niesamowicie romantycznych okolicznościach: niemal bezchmurne niebo, pięknie widoczna dżungla poniżej oraz krwistoczerwone słońce powoli wschodzące ponad linię horyzontu. Jakże inny widok od tego z dnia poprzedniego!

Krótko po wschodzie słońca zaczęliśmy się zbierać do zejścia nie wiedząc kiedy uda nam się złapać jakiś samochód jadący z powrotem do Cusco. Przez 40 minut czekaliśmy przy drodze, po której nie przejechał nawet jeden samochód... Jednak czekanie nie było bezowocne: po 40 minutach zatrzymał się nam samochód jadący prosto do Cusco! Do tego zabrał nas tam za darmo :)

Nie obyło się jednak bez przygód. Najpierw okazało się, że na głównej drodze prowadzącej do Cusco trwają akurat roboty i droga będzie zamknięta przez najbliższe 4 godziny. Na szczęście nasz kierowca, jak przystało na osobę stamtąd, znał objazd: malutką, wąziutką i do tego dosyć stromą drogą. Podobnie jak za pierwszym razem, tak i teraz mieliśmy przerwę na lunch w Paucatambo. Tutaj jednak zonk: nasz kierowca zatrzasnął kluczyki w samochodzie... Godzinę zajęło nam wyciąganie ich przez odkrytą szparę w oknie. Na szczęście to był koniec niespodzianek i bez większych przygód dotarliśmy do Cusco, gdzie Conny i Chris z naszego hostelu przygotowali nam małą niespodziankę z okazji rocznicy ślubu... :)

ZDJECIA TRES CRUCES

English:

Our trip over time slows down more and more. Initially we sped with typically European enthusiasm from one city to another according to a specific plan. This plan some time ago ceased to mean anything for us. Now we enjoy the atmosphere of passing towns and villages. We adjust ourselves to the slow rhythm of the South America, its heart beating calmly ...

This is how slightly nostalgic and incredibly slow was our trip to the top of Tres Cruces. It is one of the last mountains in the Andes. From its peak stretches an amazing view on the underlying jungle. Here are particularly spectacular sunrises – the reason to come here for most of tourists.

You can go there with a tour, but it's not in our style! So we decided to go there on our own. It turned out, however, that it is not so easy... The hardest part was finding where the bus to Pilkopata leaves from. This bus would take us to the entrance to the Manu National Park, where Tres Cruces is located. It seemed to us that the day before we found the place of departure of the bus and that we learned departure time. But when we arrived at 4:30am ungodly hour, there was not a sign of the bus to Pilkopaty... Nice man told us that the buses leave from San Jeronimo which is outside Cusco... What could we do… we asked a taxi driver to take us there. It turned out that colectivo going to Pilkopata was already waiting there but it didn’t plan to leave before 8:00am... And why did we get up so early? We asked the driver if we could wait inside and quickly ran into the arms of Morpheus.
 
On the way to Manu we stopped for a lunch at Paucatambo - charming, tiny town, with white tenements around market. From there, only an hour away and we disembarked at the entrance to the park. Now, we had a three-hour march to the top. When we reached the summit, hoping for a first view of the Amazon, we were greeted by a dense cloud that covered not only the jungle below, but all around ... Hoping for a nice sunrise we camped and soon after went to bed.

In the morning we were awakened by the warm rays of the rising sun. It was surrounded by a ring of clouds, but I think they just gave the charm ... :) We have not seen much of Amazon, but the views were spectacular. Since the day after we celebrated our second wedding anniversary, we decided to spend two nights at the top. We hung out all day in front of the tent admiring clouds around us. The constantly changing landscape around us, didn’t allow us to get bored. When in the evening I came out of the tent for a moment I was totally surprised by completely cloudless sky studded with millions of stars, promising beautiful morning sunrise.
 
These promises were not without coverage. Our anniversary started with incredibly romantic circumstances: almost cloudless sky, beautifully displayed jungle below, and blood-red sun slowly rising over the horizon. How different view from that of the previous day!

Shortly after sunrise we started to get ready to go down, not knowing when we can catch a car going back to Cusco. For 40 minutes we were waiting on the road where no cars were going at all... But the wait was not fruitless: after 40 minutes we stopped the car driving straight to Cusco! And the driver took us there for free :)


We had some adventures on the way. First, we found that on the main road to Cusco there were some work roads and the road would be closed for the next four hours. Fortunately, our driver, as a local person, he knew the detour: a tiny, very narrow and steep road. Just like the first time, now we had a lunch break in Paucatambo. Here, however, we had an unpleasant surprise: our driver slammed the car keys in the car ... It took us an hour to take them out though a crack in the window. Fortunately, that was the end and after that without any major surprises and adventures we got back to Cusco, where Conny and Chris from our hostel prepared a little surprise for our wedding anniversary ... :

PICTURES TRES CRUCES