poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Lima – cząstka Europy w Ameryce Południowej / Lima - a piece of Europe in South America

Scroll down for the English version


Po przeczytaniu tytułu posta zapewne wiele osób się oburzy – jaka Europa? A slamsów nie widzieliście? A biedy na ulicach nie widzieliście? Oczywiście, że widzieliśmy. Tyle, że akurat w Limie z daleka. Tak się nam zdarzyło, że przez cały tygodniowy pobyt tutaj mieszkaliśmy na Miraflores, a wszyscy, którzy Limę znają potwierdzą, że jest to Gringolandia. Ładne apartamentowce, parki z krótko przystrzyżoną trawką, McDonalds i Starbucks niemal na każdym rogu. Oczywiście nie siedzieliśmy cały czas na Miraflores tylko zwiedzaliśmy Limę i to nawet dosyć intensywnie. Całe centrum historyczne poznaliśmy chyba od podszewki. Ale tutaj znowu: centrum historyczne jest ładne, zadbane i takie... europejskie... Mówiłam Albinowi, że jeżeli ktoś by mnie tutaj wysadził i powiedział, że jestem np. w Hiszpani z łatwością bym w to uwierzyła. Brak tutaj wszechobecnego południowoamerykańskiego bałaganu, niedokończonych budynków, nawet kierowcy na ulicach jakoś bardziej szanują pieszych, a ludzie w autobusach aż tak się nie przepychają jak miało to miejsce w innych miastach.

Oczywiście wszystko to dotyczy tylko Centrum oraz Miraflores. Filip (o którym już wspominałam w poprzednim poście), który dopiero co wylądował w Limie, a na dodatek mieszkał gdzieś na północy miasta miał o niej zupełnie inne zdanie. Powiedział wręcz, że jest ona koszmarem urbanisty pod względem liczby niedokończonych budynków, na ulicach panuje kompletny chaos, a kierowcy nieustannie używają klaksonów. I to również jest prawdziwy wizerunek Limy.

Jeszcze do cech typowo południowoamerykańskich dodałabym specjalizacje dzielnic handlowo-usługowych. Wygląda to nieco jak u nas w średniowieczu, kiedy to na jednej ulicy mieszkali i pracowali sami krawcy, a na drugiej piekarze. Tutaj natknęliśmy się na dzielnicę drukarską, muzyczną, optyczną... W każdej z nich znajduje się całe mnóstwo sklepików oferujących dokładnie te same usługi. Aż zastanawiamy się z Albinem jak to może funkcjonować. Jest to system bardzo wygodny dla klienta (nie trzeba latać po calym mieście, aby porównać ceny czy usługi), ale będący zdecydowanym utrudnieniem dla przedsiębiorców.

Jak już wspomniałam w poprzednim poście udało się nam tutaj spotkać z moją kuzynką Asią oraz naszym znajomym Filipem. Z Filipem planowaliśmy się także spotkać w Ayacucho, jednakże dosyć niespodziewany przyjazd siostry Albina plany te pokrzyżował. Żeby nie było nam za mało rodzinnych spotkań i ona przyleciała do Peru w czasie kiedy akurat przebywaliśmy w Limie. Ona akurat przyleciała zawodowo, jako że pracuje jako pilot wycieczek, ale i tak udało się jej wygospodarować jeden wieczór na spotkanie z nami. Tym sposobem pobyt w Limie wydłużył się nam do tygodnia (zamiast planowanych 5 dni), ale myślę, że warto było :)

A jeżeli chodzi o zwiedzanie Limy to tak jak już wspomniałam: zwiedziliśmy całe centrum historyczne, odwiedziliśmy sporo różnych kościołów, muzeów, pojechaliśmy na dwa punkty widokowe, byliśmy na plaży i Albin nawet się kąpał w oceanie. Wpadliśmy na zachód słońca do Barranco, ja byłam na kawie w San Miguel, zwiedzaliśmy ruiny kultury Lima w Miraflores i San Isidro (dwie piramidki), a także wybraliśmy się na dwie wycieczki pod Limę: do Caral, czyli najstarszego miasta obu Ameryk, starszego nawet od piramid w Egipcie (w sumie zszedł nam tam cały dzień i wcale nie było się tam tak łatwo dostać..) oraz do Pachacamac, które aż do czasów Inków było ważnym miejscem pielgrzymkowym.

Tak nam minął tydzień, podczas którego ja miałam niby odpocząć, ale w sumie średnio mi się to udało m.in. ze względu na intensywność zwiedzania. Teraz wybieramy sie do Ayacucho zobaczyć kolejne ruiny na naszej trasie (Albin obiecuje, że po Peru będzie ich mniej! :)), a potem na kilka dni planujemy przeczekać weekend majowy w parku narodowym Paracas. Mam  nadzieję, że tam w końcu mi się uda podładować nieco baterie, bo coraz bardziej potrzebuję odpoczynku... :)

ZDJECIA SECHIN
ZDJECIA LIMA
ZDJECIA PACHACAMAC
ZDJECIA CARAL

English:


I guess that after reading the post title a lot of people might be outraged - what Europe? Haven’t I seen slums? Haven’t I seen poverty on the streets? Of course I've seen all of that. But from the distance. For all the time we stayed in Lima we stayed in Miraflores – which seems to be Gringoland here. Nice apartment buildings, parks with short trimmed grass, McDonalds and Starbucks on almost every corner. Of course, we did not spend all the time just visiting Miraflores.  We have done quite a lot of sightseeing in Lima. We have seen the entire historic centre. But here again, the historical centre is nice, neat and so ... European ... I said to Albin that if someone would have dropped me here and told me I was in Spain for example, I would have easily believed it. There is none of the South American mess here, unfinished buildings, even drivers on the streets somehow more respect pedestrians and people on buses are not so rude as it was in other cities.

Of course, all this applies only to the Centre and Miraflores. Filip (which I mentioned in a previous post), who had just arrived in Lima, and in addition he lived somewhere in the north of the city had a completely different opinion about the city. He said simply that it is a nightmare for urban planners in terms of unfinished buildings, the streets full of chaos, with drivers using horn all the time. And it also is a real image of Lima.

Yet the characteristics typical for South American cities are for example specialized districts. It looks a bit like Europe in the Middle Ages, when on the same street lived and worked tailors and on the other bakers. Here we came across the district of printers, musicians, opticians... In each of them there are a whole lot of shops offering exactly the same services. We wonder how this can work. This system is very convenient for the customers (you do not have to run all over the city to compare prices and services), but being a strong obstacle for entrepreneurs.

As I mentioned in a previous post, we were able to meet here with my cousin Asia and one of our friends Filip. With Filip we also planned to meet in Ayacucho, but quite unexpected arrival of Albin’s sister changed our plans. She came here professionally, as she works as a tour guide, but still she managed to find time one evening to meet us. In this way our stay in Lima extended for over a week (instead of the planned five days), but I think it was worth it J

And if talking about sightseeing Lima as I said before: we toured the entire historical centre, we visited many different churches, museums, went on a two viewpoints, we were on the beach and Albin even swam in the ocean. We ran into the sunset to Barranco, I was having coffee in San Miguel, we visited the ruins of the Lima culture in Miraflores and San Isidro (two pyramids) and we went for two tours outside Lima: the Caral, the oldest city in the Americas and even older than the pyramids in Egypt (in total we went there all day and it was not so easy to get there...) and to Pachacamac, which up to the time of the Incas was an important place of pilgrimage.

So we spent there over a week and now we are going to see more ruins in Ayacucho (Albin promises that after Peru there will be less of them! J), and then for a few days we plan to spend in Paracas national park. I hope that eventually there will recharge my batteries a bit because I need to rest more ... J

PICTURES SECHIN
PICTURES LIMA
PICTURES PACHACAMAC
PICTURES CARAL

środa, 24 kwietnia 2013

W archeologicznym raju - Peru / In the archaeological paradise - Peru

Scroll down for the English version
Kopalnia zlota w Zarumie / Gold mine
in Zaruma


Z powodu sporych opóźnień w pisaniu, nasze ostatnie trzy tygodnie będą opisane w sporym skrócie… Z Quito wyjechaliśmy nocnym autobusem do Lojy, na południu Ekwadoru, gdzie zostaliśmy ciepło przyjęci przez naszego hosta Juana. Okazało się, że studiował on w Rosji ładnych parę lat, w związku z czym dosyć niespodziewanie, już po raz drugi w Ameryce Południowej miałam okazje poćwiczyć mowę naszych w wschodnich sąsiadów. Sama Loja nie jest jakimś super ciekawym miastem, ale będąc w niej wybraliśmy się do Zarumy – mało w sumie znanego miasteczka, które oddalone jest od Lojy o jakieś 3 godziny jazdy trzęsącym się autobusem po pylastych drogach. Zaruma na pierwszy rzut oka przypomina nieco stare górnicze miasteczko z amerykańskich westernów.

Naszym ostatnim przystankiem w Ekwadorze była Vilcabamba, słynąca ze znajdujących się tam źródeł długowieczności. Jest to również wioska pełna podstarzałych hipisów oraz nieco nawiedzonych backpackersów. Spędziliśmy tam dwa spokojne dni sącząc piwko w lokalnym barze, obserwując powolnie toczące się życie wioski oraz chodząc nieco po okolicznych górkach.

Przekraczając granicę z Peru niestety musieliśmy pożegnać się z super tanimi autobusami ekwadorskimi oraz (przynajmniej na jakiś czas) górskimi krajobrazami. W zamian za to przywitały nas surowe pustynie, pyszne jedzenie oraz niezliczone ruiny. Już w Chiclayo, które było naszym pierwszym przystankiem mieliśmy okazje spróbować typowo peruwiańskich dań takich jak serce krowy czy arroz con leche oraz odwiedzić pierwsze z ruin. Potem było juz tylko coraz lepiej: codziennie mogliśmy podziwiać coraz to nowe stanowiska archeologiczne pochodzące z przeróżnych okresów począwszy od kilkutysięcy lat wstecz (jak na przyklad Sechin) po stosunkowo współczesne zabytki z czasów konkwisty (np. architektura Cajamarki).

Peru wydaje nam się póki co być dużo mniej zorganizowane od Ekwadoru czy Kolumbii. W wielu miejscach można natknąć się na niedokończone budynki, w których już mieszkają ludzie. Spotykaliśmy się z tym już wprawdzie i w Kolumbii i w Ekwadorze, ale jakoś tutaj zjawisko to wydaje się występować na dużo większą skalę. Nawet u jednego z naszych hostów mieszkaliśmy w takim domu, na dachu (a właściwie rozpoczętym, ale niedokończonym pierwszym piętrze) rozbijając sobie namiot. Tak samo jest tutaj dużo więcej śmieci na ulicach, kurzu, hałasu...

W Peru także znowu zaczęliśmy wzbudzać większe zainteresowanie, podobnie jak miało to już miejsce w Kolumbii. Już kilkakrotnie zdarzyło się nam, że ludzie prosili, aby zrobić sobie z nami zdjęcie, a podczas wizyty w jednym z muzeów koło Trujillo, wzięliśmy nawet udział w reklamie jednej z firm autobusowych J

Couch Surfing w Peru póki co działa nam bez zastrzeżeń (i odpukać, żeby tak już zostało! J) U jednego z hostów jak już wspomniałam spaliśmy na dachu w namiocie, z jednym dzieliliśmy jego malutki pokoik, a jeden pokazywał nam swoje zdobycze: ceramikę wykradzioną z grobów w czasach kiedy to jeszcze był nastolatkiem.


No i na koniec jeszcze tylko wspomnę, że w Peru również spotykamy starych znajomych: po pierwsze moją kuzynkę, która obecnie mieszka w Limie i uczy tam angielskiego (http://askazwiedzaswiat.blogspot.com/), a po drugie Filipa (http://stacjafilipa.wordpress.com/), którego gościliśmy u siebie, kiedy to jeszcze mieszkaliśmy w Londynie. Filip tak pozazdrościł nam naszej wycieczki do Ameryki Południowej, że aż po powrocie do Polski kupił sobie bilet do Limy i obecnie podróżuje po Peru (to tak w dużym skrócie J).

Teraz siedzimy sobie w Limie, gdzie zamierzamy spędzić nieco wiecej czasu, mając nadzieję złapać nieco oddechu na dalszą podróż i przygotować się na natłok turystów w południowym Peru. Rozpieszczeni przez położone poza najpopularniejszymi turystycznymi szlakami miejsca, mam wrażenie, że ciężko będzie się nam przyzwyczaić do zatłoczonych zabytków... No, ale i to będzie trzeba nam jakoś przeżyć J

ZDJECIA LOJA
ZDJECIA ZARUMA
ZDJECIA VILCABAMBA
ZDJECIA CHICLAYO
ZDJECIA KUELAP
ZDJECIA CAJAMARCA
ZDJECIA TRUJILLO
ZDJECIA HUARAZ

English:

Relaks w Vilcabambie / Relax in Vilcabamba
Due to significant delays in writing, our last three weeks will be described quite briefly… We left Quito by overnight bus to Loja in southern Ecuador, where we were warmly welcomed by our host Juan. It turned out that he studied in Russia for quite a few years, therefore, quite unexpectedly, for the second time in South America I had the opportunity to practice my Russian. Loja itself is not some super-interesting city, but from there we went to Zaruma - little-known town, which is located about 3 hours’ drive from Loja by shaking bus driving on the dusty roads. Zaruma at first glance reminds me an old mining town of American westerns.

Our last stop in Ecuador was Vilcabamba, famous for are there sources of longevity. It is also a village full of elderly hippies and some weird backpackers. We spent there two days, enjoying some beer in a local bar, watching the slow-going life of the village and walking a bit around the surrounding hills.

Crossing the border with Peru, unfortunately we had to say goodbye to the super-cheap Ecuadorian buses and (at least temporarily) mountain landscape. Instead, we were met by harsh deserts, delicious food and countless ruins. Already in Chiclayo, which was our first stop we had a chance to try typical Peruvian dishes such as heart of cow or arroz con leche and visit our first ruins. After that it was only getting better: every day we could enjoy more and more new archaeological sites from various periods from the few thousand years ago (for example, Sechin) until relatively modern monuments from the time of the conquest (eg architecture of Cajamarca).

Peru seems to be much less organized than Ecuador and Colombia. In many places, you come across the unfinished buildings where people already moved in. We met up with this already in Colombia and Ecuador, but somehow here, this phenomenon seems to occur on a much larger scale. Even with one of our hosts we lived in a house on the roof (actually it was unfinished first floor) in our tent. There is also a lot more garbage on the streets, dust, noise ...

In Peru also we started to be again kind of attraction for local people, as we already were in Colombia. It has already happened to us several times that people asked to take a picture with us and during a visit to a museum near Trujillo we even took part in the commercial for one of the bus companies J

Couch Surfing in Peru has been working perfectly so far (and touch the wood it will stay like that! J). At the place of one of our hosts we slept in the tent on the roof as I have mentioned before, one shared his tiny room  and all his free time with us and another one showed us his secret treasure: collection of ceramics stolen from the graves at the time when he was still a teenager.

In Peru we have managed to meet with some old friends: first with my cousin, who now lives in Lima and teaches English there (http://askazwiedzaswiat.blogspot.com/), and after that with Filip (http://stacjafilipa.wordpress.com/), who we hosted in London before. Filip was so jealous of our trip to South America that after returning to Poland he bought a ticket to Lima and Peru and currently he is travelling here (that is just very brief history J).

Now we are sitting in Lima, where we plan to spend a bit more time, hoping to catch some breath to continue the journey and prepare for the influx of tourists in southern Peru. I feel that it will be hard for us to get used to the crowded, touristic places of southern Peru as we got spoiled by a quite towns, located outside a popular tourist trails... Hey, but it will need us to survive it as well J


PICTURES LOJA
PICTURES ZARUMA
PICTURES VILCABAMBA
PICTURES CHICLAYO
PICTURES KUELAP
PICTURES CAJAMARCA
PICTURES TRUJILLO
PICTURES HUARAZ

piątek, 19 kwietnia 2013

Pichincha i Wielkanoc w Quito / Pichincha and Easter in Quito

Scroll down for the English version

Jednym z powodow naszego powrotu do Quito byla chec zobaczenia slynnej procesji wielkopiatkowej, ktora co roku przyciaga do stolicy Ekwadoru tlumy turystow oraz poboznych pielgrzymow. Wybralismy sie na nia nieco wczesniej niz nam polecano, aby zajac sobie dobre miejsca do robienia zdjec. Okazalo sie, ze procesja rozpoczela sie nie o 12:00 jak nam wszyscy mowili, tylko o 11:00, tak wiec mielismy sporo szczescia w naszej nadgorliwosci (a ktos mi kiedys mowil, ze nadgorliwosc jest gorsza od faszyzmu :)). Ulicami starego miasta, przez prawie poltorej godziny podazal nieprzerwany potok patnikow w fioletowych strojach ze spiczastymi kapturami. Niektorzy z nich poprzebierani byli za Chrystusa i niesli krzyze, inni przewiazani byli drutem kolczastym, mieli do nog poprzypinane ciezkie lancuchy badz biczowali sie cienkimi galazkami. Niesamowite wrazenie robily, calkiem male dzieci (okolo 6-7-letnie) uczestniczace w procesji. Podobnie jak dorosli niosly one ciezkie krzyze, byly poprzebierane w fioletowe stroje patnikow, badz tez stroje Rzymian. Najbardziej jednak utkwil mi w pamieci mezczyzna z krzyzem z kaktusa przyczepionym do plecow oraz niepelnosprawny przemierzajacy droge krzyzowa na kolanach. 

W Wielka Sobote obudzilo nas piekne slonce, ktorego nie chcielismy zmarnowac. Spakowalismy plecaki i wyruszlismy na podboj kolejnego wulkanu: Pichinchy. Wznosi sie on dumnie nad Quito na wysokosc 4696m n.p.m, Do wysokosci 4100m n.p.m. mozna wjechac kolejka i dopiero stamtad podchodzi sie stosunkowo prostym podejsciem na szczyt. Jedyna trudnoscia w podejsciu jest walka z wysokoscia (jak dla mnie nie zawsze zwycieska, o czym mozecie przeczytac tutaj). Tym razem postanowilam, ze nie moge sie poddac i musze wejsc na szczyt, chocby mieli mnie tam wnosic! :) Poczatkowo wspinaczka nie przysparzala mi wiekszych trudnosci. Te pojawily sie po przekroczeniu granicy mniej wiecej 4400-4500 m n.p.m. Jak to Albin stwierdzil wygladalo to jakby mi ktos zasilanie wylaczyl... Zwolnilam o polowe i na sam szczyt niemalze sie wczolgalam... Ale dalam rade! I jestem z siebie bardzo dumna :) 

Wielkanoc spedzilismy w polskim gronie, na haciendzie u brata pana konsula. Mielismy tam msze odprawiona w kaplicy dla siedmiu Polakow i czterech Indian, ktorzy pracuja na haciendzie oraz pyszne sniadanie wielkanocne. Jedlismy miedzy innymi makowiec oraz mazurek, ktore sama upieklam (nawet calkiem niezle mi wyszly ;)) oraz cala sterte innych typowo polskich dan. Po tak mile spedzonym dniu wrocilismy do Quito, gdzie przewegetowalismy smingus dyngus pomieszany z prima aprilis, aby wieczorem w poniedzialek wyjechac na poludnie do Loja.

ZDJECIA Z WIELKIEGO PIATKU
ZDJECIA Z PICHINCHY
WIELKANOC

English:

One of the reasons why we returned to Quito was a desire to see the famous Good Friday procession, which annually attracts to Quito tones of tourists and pilgrims. We went there a little bit earlier than had  been  recommend in order to take a good place to take pictures. It turned out that procession began not at 12:00 as we're said but about 11:00 am, so we had a lot of luck in our over-zeal (and someone I once spoke with over-zeal is worse than fascism :)). In the streets of the old town, for almost an hour and a half followed a continuous stream of pilgrims in violet dress with pointed hoods. Some of them were dressed as Christ and carried crosses, others were tied with barbed wire, had heavy chains on their legs or were whipping themselves by the thin twigs. I was also impressed by quite small children (about 6-7-year-old) participating in the procession. Just like adults, they bore heavy crosses, were dressed as pilgrims in violet dress, or dressed as the Romans. The most, however, man with a cross from the cactus strapped to his back and disabled man traversing the stations of the cross on his knees, stuck in my memory.


On Saturday we were woken up by a beautiful sun which we did not want to waste. We packed our backpacks and went to conquer another volcano: Pichincha. It looks over Quito from its altitude of 4696 m above sea level. It is possible to go by cable car from Quito up to the 4100 m above sea level and from there there is relatively simple route to the summit. The only difficulty might be the altitude (for me sometimes a big problem as you can read here). This time, I decided that I can not give up and I have to get to the top even if Albin will have to carry me there! :) At first climb wasn't that difficult. Difficulties appeared after crossing the border of more or less 4400-4500 m above sea level As Albin stated that it looked as if someone turned off my power... I slowed down a lot and to the top I almost crawled ... But I did it! I climbed my first volcano :) And I'm very proud of myself :)

Easter we spent  with some Ecuadorian Poles, on the hacienda of the consul's brother. We had a Mass celebrated in the chapel for the seven Poles and four Indians, who worked on hacienda and delicious Easter breakfast. Among other things, we ate makowiec and mazurek (two Polish cakes), which I baked myself ;), and a lot of other typical Polish dishes. After such a pleasant day, we returned to Quito, where we did nothing on Easter Monday and on the Monday Evening we left Quito to go south to Loja.

PICTURES FROM GOOD FRIDAY
PICTURES FROM PICHINCHA
EASTER

piątek, 5 kwietnia 2013

Wulkan i targ / Volcano and market

Scroll down for the English version

Przed przyjazdem do Quito na swieta, wpadlismy doslownie na chwile do Latacungi. Dotarlismy tam nocnym autobusem z Cuenca po 8 godzinach jazdy. Pierwszym zadaniem bylo znalezienie noclegu. Po przejsciu o 6:00 rano kilku hoteli okazalo sie, ze najtansza opcja jest jeden z hoteli przy dworcu. Gdy zapytalismy o cene pani odpowiedziala nam, ze pokoj kosztuje 6 dolarow. Tchnieta przeczuciem zapytalam sie czy to jest do jutra (ach, to doswiadczenie z pracy w Ibisie! :)), na co pani grzecznie odparla, ze nie to jest na pol dnia. Mhm... czy my naprawde wygladamy na kogos kto potrzebuje pokoju na godziny? Wloczac sie z dwoma wielkimi plecakami po miescie nie marzymy o niczym innym tylko o szybkim numerku w obskornym hotelu :) No nic, dogadalismy sie na cene 12 dolarow za dzien i dostalismy za to ciemna nore bez okien i lazienki, w ktorej ledwo miescilo sie male lozko (nawet nie wiem czy to byla dwojka...) i fotel. No coz, nie zamierzalismy tam spedzac zbyt wiele czasu wiec niech bedzie :)

Po zameldowaniu sie wyruszylismy na zwiedzanie miasta. W Latacundze szczerze mowiac nie ma zbyt wiele do zobaczenia i w ciagu 2 godzin udalo sie nam przejsc cale centrum, zobaczyc tutejszy cmentarz i jeszcze zrobic zakupy. O 10:00 mielismy autobus do Quilotoa, co bylo naszym glownym przyjazdem do Latacungi. W Quilotoa znajduje sie przesliczne jeziorko polozone w zapadnietej kalderze wygaslego wulkanu. Mozna do niego zejsc 400 m, co tez oczywiscie uczynilsmy. Schodzac podziwialismy przepiekne widok na jeziorko mieniace sie roznymi odcieniami blekitu i zieleni. Zamiast wchodzic na gore, mozna wykupic przejazdzke na koniu. Przez chwile bylam nawet skuszona ta oferta (400 metrow niemal pionowo w gore!), ale gdy spojrzalam na te biedne umeczone zwierzeta, dzwigajace tych leniwych turystow postanowilam sama wniesc swoje cztery litery z powrotem do wioski. Umeczylam sie niezle, ale dalam rade i bylam z siebie niesamowicie dumna :) Samo miasteczko Quilotoa jest typowo turystyczna wioska, pelna hoteli, sklepow z pamiatkami i restauracji. O dziwo wszystko jest pieknie wykonczone (nie jak to zwykle bywa w Ekwadorze :)) i widac, ze zainwestowano tu gruba kase, aby przyciagnac turystow. 

Drugiego dnia, przed wyjazdem do Quito wybralismy sie do malego miasteczka Saquisili, w ktorym co czwartek odbywa sie wielki targ. Wyczytalismy w przewodniku, ze targ ten jest duzo bardziej autentyczny niz najbardziej znany trag ekwadorski w Otavalo, wiec decyzja byla szybka: jedziemy! W Saquisili przywitala nas feeria barw i dzwiekow. Na 7 placach miasteczka porozkladane byly stoiska z owocami, warzywami, gotowym jedzeniem, ubraniami, rekodzielem, zwierzetami... Jesli sie nie myle, mozna tam bylo kupic niemalze wszystko co potrzebne jest w codziennym zyciu (lacznie z przenosnymi kuchenkami czy wyrobami ze starych opon). Z niemal kazdego zakatka miasta dobiegaly nas okrzyki zachecajace nas do zakupow najrozniejszych towarow. I nie da sie ukryc, ze troche zesmy sie tam obkupili :) Kupilismy miedzy innymi rozowe banany, ktorych jeszcze do tej pory nie probowalismy, Albin kupil sobie kapelusz, oboje kupilismy sobie lekkie spodnie i ja kupilam sobie buty (moje stare Nike'i mialy juz olbrzymie dziury i nie nadawaly sie do chodzenia...).

Po tej krotkiej wizycie wrocilismy na swieta do Quito....

ZDJECIA LATACUNGA
ZDJECIA QUILOTOA
ZDJECIA SAQUISILI

English:


Before coming to Quito for Easter, we visited Latacunga for a moment. We got there by the night bus from Cuenca after 8 hours of driving. The first task here was to find accommodation. After going to several hotels at 6:00 am, it turned out that the cheapest option was one of the hotels next to the bus station. When asked about the price woman in the hotel replied to us that room costed 6 dollars. I had a feeling that this is slightly too cheap and I asked if this was until tomorrow (oh, the experience of working in Ibis :)). Then I have heard that this was just for the half of the day. Mm ... Do we really look like someone who needs a room for hours? Hanging around the city with two big backpacks, the last thing we dream about is to have a quick sex in some dodgy hotel :) Well, we agreed for the price of 12 dollars per day, and we got a dark den with no windows and bathroom, where bed hardly fit (I don't even know if that was a double bed...). Well, we were not going to spend there too much time, so let it be :)



After check-in we went to explore the city. To be honest there is not much to see in Latacunga, and within two hours we managed to walk the entire city, see the local cemetery, and even do some shopping. About 10am we had a bus to Quilotoa, which was our main reason to come to Latacunga. The lovely Quilotoa lake is located in the caldera of extinct volcano. You can go down 400 m, what we have done (of course! :)). Going down we admired the view of the amazing lake blazing with all shades of blue and green. Instead of climbing up you can purchase a ride on a horse. For a moment I was even tempted to do it (400 meters almost straight up!), But when I looked at these poor tortured animals, carrying some lazy tourists I decided to bring my ass back to the village by myself. I've got really tired but I managed to do it and I was incredibly proud of myself :) Quilotoa itself is typical tourist village, full of hotels, souvenir shops and restaurants. Amazingly everything is beautifully finished off (not as it is usually the case in Ecuador :)) and you can see that there were invested hell a lot of money, in order to attract tourists.



On the second day, before leaving for Quito we went to a small town Saquisili. Every Thursday a big market takes place there. We had read in the guidebook that this market is much more authentic than the most famous Ecuadorian market in Otavalo, so the decision was fast: let's go! In Saquisili we were greeted by plethora of colors and sounds. 7 squares of the town were full with fruits, vegetables, ready food, clothes, crafts, animals ... If I'm not mistaken, there one could buy everything possibly needed in everyday life (including portable cookers and products from old tires). In almost every corner of the city people shouting encouraging us to purchases of various commodities could be heard .We have bought quite few things there as well :) We bought a pink bananas, which we have not tried yet, Albin bought the hat, we both bought the lightweight pants and I bought the shoes (my old Nike had already a huge hole and were not suitable for walking anymore...).


After this short visit, we returned to Quito for Easter...

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Cuenca i okolice / Cuenca and surroundings

Scroll down for the English version

Cuenca jest trzecim co do wielkosci miastem Ekwadoru. Pomimo, ze mieszka tam okolo 400 tys mieszkancow, centrum nie zatracilo swojego prowincjalnego charakteru. Jedna rzecza, ktora niesamowicie rzuca sie w oczy jest duza liczba turystow. Cuenca jest obowiazkowym punktem zwiedzania dla osob odwiedzajacych Ekwador. W zwiazku z tym jest tez duzo bardziej uporzadkowana od innych miast. Na ulicach nie znajdziemy tutaj wielu Indianek jedzenie prosto z gara, tudziez smazacych jedzenie na ulicy. Znajduje sie tutaj natomiast cale mnostwo mniej lub bardziej eleganckich restauracji, barow, kawiarni... Wszystko byle tylko zadowolic wymagajacych gringos. A tych jest tutaj mnostwo, gdyz Cuenca jest nie tylko popularnym miejscem turystycznym, ale takze modnym miastem, aby tu spedzic swoja emeryture. W zwiazku z tym w miescie rosna ceny nieruchomosci, a taksowki sa nawet drozsze niz w Quito. 

My w Cuence spedzilismy piec dni, wloczac sie po tutejszych uliczkach, odwiedzajac miejscowy targ, probujac lokalnego jedzenia... Centrum miasta bardzo przypadlo nam do gustu ze swoimi pieknymi, kolonialnymi budynkami, licznymi kosciolami otoczonymi przez okoliczne wzgorza. W Cuence spedzilismy tez Niedziele Palmowa. W przeciwnosci do Niedzieli Palmowej w Polsce w tym roku (gdzie panowala istnie zimowa aura), tutaj pogoda nam dopisala, caly dzien bylo cieplo i slonecznie. Od rana ludzie
sprzedawali pod kosciolem palmy, kwiaty, plecionki... Wszystko niesamowicie kolorowe, pelne zycia i radosci. Ten sielankowy widok zakloca nieco widok malych dzieci pracujacych na ulicy razem z rodzicami. Dzieci juz w wieku okolo 5-6 lat sprzedaja palemki spogladajac na przechodzacych ludzi swoimi niewinnymi oczami. Poniewaz jak juz wspomnialam Cuenca jest miastem bardzo uporzadkowanym jak na ekwadorskie warunki, totez policja nie pozwala byle komu sprzedawac na ulicy. Siedzac nieco dluzej przed katedra i ogladajac jak sobie plynie tutejsze zycie mialam okazje zaobserwowac policjantow sprawdzajacych pozwolenia na sprzedaz uliczna oraz przeganiajacych ludzi, ktorzy tych pozwolen nie mieli... W moim odczuciu odbiera to poludniowoamerykanskiej autentycznosci temu miastu... 

Z Cuenki wybralismy sie na dwie jednodniowe wycieczki poza miasto. Pierwsza z nich byl wyjazd do Parku Narodowego Las Cajas. Znajduje sie on okolo godziny jazdy autobusem od miasta. My wybralismy sie tam o swicie. Czekajac na autobus, mielismy okazje zobaczyc jak budzi sie do zycia tutejszy rynek. Gdy dotarlismy do parku, bylismy tam pierwszymi turystami. I dobrze, gdyz po pierwsze okazalo sie, ze jest tam dzienny limit wejsc: 92 osoby, a po drugie pozwolilo nam to w samotnosci delektowac sie tutejszymi dzikimi krajobrazami. Wybralismy sie w stosunkowo krotka trase, gdyz szczerze mowiac nie przygotowalismy sie na caly dzien chodzenia i nie zabralismy ze soba wystarczajacej ilosci wody i jedzenia. Park znajduje sie na wysokosci niemal 4000 m n.p.m. i pomimo krotkiej trasy, dal mi nieco w kosc. Na kazdym, nawet najmniejszym podejsciu dyszalam jak stara lokomotywa. Na szczescie piekne widoki rekompensowaly z nawiazka trudy spaceru :)

Druga wycieczka byl to wyjazd do Ingapirca - najbardziej znaczacych ruin inkaskich w Ekwadorze. Podobno na osobach, ktore byly wczesniej w Peru nie robia one wiekszego wrazenia. Nam sie jednak bardzo spodobaly (pomimo, ze musielismy je zwiedzac z przewodnikiem czego nie znosimy!) Na terenie ruin mozemy zobaczyc niezle zachowana swiatynie slonca oraz pozostalosci swiatyni ksiezyca, a takze dowiedziec sie co nieco o kulturze Canari, ktora wystepowala tutaj przed przybyciem Inkow (mozemy na przyklad uslyszec historie jak to cwani Inkowie nie mogac podbic Canari, wyslali im swoje piekne kobiety, jako przyszle zony i tym sposobem zdominowali Canari). 

Z Cuenki skierowalismy sie z powrotem na polnoc, aby dotrzec na Wielkanoc do Quito. Po drodze jeszcze zahaczylismy o Latacunge, ale to juz inna historia :)

ZDJECIA CUENCA
ZDJECIA LAS CAJAS
ZDJECIA INGAPIRCA

English:

Cuenca is the third largest city in Ecuador. Although about 400 thousand inhabitants live there, the center has not lost its provincial character. One thing which is easily noticeable is the large number of tourists. Cuenca is a must-see for visitors to Ecuador. Because of that it is also much more organized than other cities. On the streets you will not find here a number of Indians selling food straight from the pans or frying food on the street. Plentiful of more or less fine restaurants, bars and coffee shops are located here ... Everything just to please the demanding gringos. A lot of this is here, because Cuenca is not only a popular tourist destination, but also a trendy city to spend retirement. Because of that in the city real estate prices are rising, and even taxis are more expensive than in Quito.

We  spent five days in Cuenca, wandering around the local streets, visiting the local market, trying local food... We really  liked the city center with its beautiful colonial buildings, numerous churches surrounded by the nearby hills. We also spent the Palm Sunday in Cuenca . In adversity for Palm Sunday in Poland this year (which was prevailing existing winter weather), here the weather was good to us, the whole day was warm and sunny. Since morning, people were selling the palm leaves, flowers, braids... All incredibly colorful, full of life and joy. The view of view of small children working on the street with their parents ruins this somewhat idyllic image. Children at the age of 5 or 6 sell palm leaves on the streets. They look at people walking by with their innocent eyes. Because as I mentioned Cuenca is a very organized city, the police cannot let just anyone to sell on the street. Sitting a little longer in front of the cathedral and watching the local flows and the life I saw police officers checking the permission for street sale and chasing off people who did not have these permissions ... In my opinion this is taking away the authenticity of this South American city ...

From Cuenca we went on two day trips outside the city. The first one was a trip to Las Cajas National Park. It is located about one hour by bus from the city. We went there at dawn. Waiting for the bus, we had the opportunity to see how life wakes up in the local market. When we got to the park we were the first tourists there. And it turned out to be a very good thing because it turned out that there is a daily limit of tourists allowed to come: 92 people, and secondly, it allowed us to enjoy in solitude wild landscapes of the park. We hiked a relatively short route, because to be honest we did not prepare to walk all day and we did not take with us enough water and food. The park is located at an altitude of nearly 4,000 meters above sea level and in spite of short routes, it was a little bit difficult to walk there. For each, even the smallest hill I was panting like an old locomotive. Fortunately beautiful views compensated difficulties walking :)

The second trip was a trip to Ingapirca - the most significant Inca ruins in Ecuador. Apparently the people, who were previously in Peru might not be really impressed. However, we really liked them (even though we had to take a guided tour which we hate!) In Ingapirca we can see quite well preserved ruins of the temple of the sun and remains of the temple of the moon, as well as learn a bit about Canari culture that existed here before the arrival of the Incas ( for example, we could hear stories like cunning Incas, who were not able to  conquer Canari, sent them their beautiful Inca woman, as future wives and thus dominated Canaria).

From Cuenca we headed back to the north to be in Quito for Easter. On the way stopped at Latacunga but that is another story :)


PICTURES CUENCA
PICTURES LAS CAJAS
PICTURES INGAPIRCA