niedziela, 30 września 2012

2-dniowy spacer po Kent.

Dwa dni, 50 kilometrow, 2 noce w namiocie, slonce, deszcz, wiatr, pot, zmeczenie, bol w nogach i radosc z pokonanych kilometrow i niemy zachwyt nad mijanymi miejscami. Cudowna wyprawa, ktora byla jednoczesnie testem naszego sprzetu przed polrocznym wyjazdem do Ameryki Poludniowej.

Do Dover dotarlismy okolo 23.00. Bylo ciemno, wialo i padalo, co nie zniechecilo nas do wedrowki. W ciemnosci wspielismy sie na klif, skad moglismy podziwiac nocne zycie portu. Po okolo godzinnym marszu, gdy juz uznalismy, ze jestesmy wystarczajaco zmarznieci, mokrzy i daleko od wszelakich siedzib ludzkich (spanie w namiocie na terenie parku nie jest tak do konca legalne...) rozbilismy namiot za niewielkim krzakiem, ktory mial nas chociaz minimalnie ochronic od dosyc silnego wiatru. 
Rozbijanie po raz pierwszy namiotu w srodku nocy i przy padajacym deszczu nie nalezy do najlepszych pomyslow... Zajelo nam to okolo godziny (!!!). Sama nie wiem jak to zrobilismy... Na szczescie akcja zakonczyla sie sukcesem (sic!) i okolo 1.00 moglismy sie wygodnie rozlozyc w naszym nowym mobilnym domu.
W nagrode za nocne meczarnie (ja troche zmarzlam, ale dalo sie przezyc. Albin za to spal jak zabity!) rano powital nas taki piekny wschod slonca. Na horyznocie majaczyl sie brzeg Francji, a po morzu jeden za drugim kursowaly promy. I czlowiekowi od razu wraca dobry humor i sily na caly dzien wedrowki z plecakiem. 
Sesja zdjeciowa z portem w Dover. 
Nasz szlak.
Sniadanie jedlismy juz po zlozeniu namiotu w swietle wschodzacego slonca. 
Widok na St. Margaret's Bay. Pierwsza nadmorska wioska na trasie. 
Slynne klify widziane z plazy w St Margaret's Bay
 



Opuszczone po sezonie domki letniskowe w Kingsdown. 

Od kiedy opuscilismy klifowe wybrzeze, taka dzika, opuszczona plaza towarzyszyla nam przez wieksza czesc trasy. 


W malych nadmorskich wioseczkach przy plazy stoja piekne wille. Domy z widokiem na morze sa w Anglii szczegolnie cenione. Jak dla mnie moglby to byc idealny sposob spedzenia swojej emerytury. Opuszczona plaza wydaje sie byc idealnym miejscem na refleksje, odpoczynek, poczytanie ksiazki... A ten dom na zdjeciu wyjatkowo przypomina mi USA. Szczegolnie z ta flaga wywieszona przed wejsciem :)

Na naszym szlaku znajdowaly sie dwa zamki - twierdze. Wygladaly one prawie identycznie. Typowe fortece wybudowane dla obrony wybrzeza. Tutaj Walmer Castle.
Przygotowane na zime zaglowki w Deal. 



Deal sprawia wrazenie powoli umierajacego letniska. Opuszczone lodki na plazy czy zaniedbane pole do mini golfa sprawiaja przygnebiajace wrazenie. 
Za Deal szlismy wzdluz pola golfowego. Ostrzegaly nas o tym miedzy innymi dosyc oryginalne znaki.

Lunch na plazy w Sandwich Bay. Nasze ostatnie spotkanie z morzem. Tutaj skrecalismy w glab ladu, aby dotrzec do Canterbury. 

Kolejna opustoszala o tej porze roku plaza.
Aby dojsc do Sandwich musielismy przejsc przez sam srodek pola golfowego. Staralismy sie uwaznie rozgladac, coby nas nie zaskoczyla jakas latajaca pileczka i jakos udalo sie nam dostac na druga strone bez uszczerbku na zdrowiu :)


Sandwich jest uroczym miasteczkiem, w ktorym ja calkowicie stracilam sily do dalszego marszu, po zobaczeniu znaku: Dover 16 miles - Canterbury 17 miles. Gdy uswiadomilam sobie, ze mamy wiecej niz polowe do przejscia (pomimo, iz wczesniej myslelismy, ze zostala nam tylko 1/3 drogi), sily i jakakolwiek motywacja mnie zupelnie opuscily. Tym bardziej, ze prognoza pogody na niedziele byla bardzo dolujaca: silny deszcz i wiatr. Na szczescie pozniej sie okazalo, ze znak dotyczyl drogi rowerowej a nie pieszej i nam rzeczywiscie zostalo okolo 1/3 drogi do przejscia. Ale to sie okazalo dopiero nastepnego dnia. Sandwich natomiast zapamietam jako straszny spadek mojego morale...
Ciekawostka Sandwich, ktora nie moglam sie nawet cieszyc w zwiazku z moim fatalnym nastrojem.

Za Sandwich krajobraz zmienil sie na typowo rolniczy i moglismy sie poczuc nieco jak w Polsce. 
Czesc szlaku prowadzila przez sady, ktore wygladaja szczegolnie uroczo jesienia, kiedy drzewa sa bogato obsypane owocami. 

Druga noc ponownie spedzilismy nie do konca legalnie na czyims polu. Ale rozbilismy sie juz po ciemku i zebralismy ponownie do drogi o swicie. W Anglii mozna rozbijac namioty legalnie tylko za zgoda wlasciciela terenu, na ktorym rozbijamy namiot. W praktyce jednak istnieje dlugoletnia tradycja camping'owania na dziko i jezeli jestesmy dyskretni i nikomu nie przeszkadzamy, to na jedna noc mozna sie rozbic gdzie chcemy (trzeba byc jednak gotowym na wyproszenie, jesli nas o to poprosi wlasciciel). Takie infromacje znalazlam na roznych forach i tego sie staralismy trzymac podczas naszego wyjazdu. 
Rano przechodzilismy przez kolejne sady. 


Niemalze wszytskie wioski, ktore po drodze mijalismy mialy miano wiosek historycznych (historic village), a w centrum mozna bylo odnalezc tablice z krotka historia miejscowosci. Byly one urocze i bardzo klimatyczne jak przystalo na ich wiek:)

Tym razem sniadanie na lawce w Preston. 
Uroczy maly kosciolek z klimatycznym cmentarzem. Preston 

Przypadkowa lokomotywa.  
W niedziele zgodnie z prognazami pogoda nam nie dopisywala. Na szczescie rano bylo tylko pochmurno, a na dobre padac zaczelo tuz przed Canterbury.
Pomimo tego na sam koniec dosyc porzadnie zmoklismy (chcielismy testu sprzetu to go dostalismy!)
W Canterbury marzylam juz tylko o tym, aby sobie usiasc w pubie przy piwku i jakims cieplym jedzonku. Nog juz w ogole nie czulam i zwiedzalam miasto w deszczu resztka sil. 


Zasluzony posilek :) W pubie przyszlo nam siedziec jakies 5 godzin, gdyz nasz autobus odjezdzal dopiero o 19.00, a do Canterbury dotarlismy juz w poludnie. Ogladnelismy mecz rugby, wypilismy pare piwek, zjedlismy tradcyjny angielski Sunday Roast i w koncu zmeczeni, ale bardzo z siebie zadowoleni moglismy wracac do domu. 
Podsumowanie:
Dzien 1 (23.00 - 00.00) - 4.40km
Dzien 2 (7.00 - 19.00) - 29.10km
Dzien 3 (7.00 - 12.00) - 16.60km